Złota jesień w Szkocji.

Opublikowano Szkocja

Dzień 1/2

Nasz przylot do Glasgow miał miejsce późnym wieczorem, dlatego pierwszego dnia jedyną wątpliwą atrakcją był przejazd taksówką z lotniska do mieszkania znajomych, u których mieliśmy nocować. Przejażdżka z międzynarodowego lotniska na Govan kosztowała nas 18 funtów.

Następnego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Nie padało, więc już mogliśmy zaliczyć pierwszy dzień do udanych. W poznaniu Glasgow pomogli nam nasi znajomi, którzy na co dzień mieszkają w tym mieście.

Pierwszym odwiedzonym przez nas atrakcją była katedra w Glasgow. Budowla ta mierzy 32 m wysokości, 87 m długości oraz 20 m szerokości. Kościół przetrwał okres reformacji za sprawą lokalnej ludności, która go broniła. Początki katedry sięgają roku 550 r. Znakiem rozpoznawczym kościoła jest Millenium Window – witraż uznawany za jeden z najtrudniejszych do wykonania pod względem technicznym, autorstwa Johna Clarka.

Tuż przy katedrze stary wiktoriański cmentarz. Szczególnie polecam go odwiedzić ze względu na klimat tam panujący oraz możliwość zobaczenia panoramy miasta (cmentarz znajduje się na wzgórzu).

Przy katedrze znajduje się również Muzeum Religii, które warto odwiedzić choć na chwilę by poznać bóstwa i wierzenia z innych zakątków świata. Co ważne jest to impreza zupełnie darmowa, ponieważ wszystkie muzea w Szkocji są bezpłatne.

Kilka kroków od muzeum stoi najstarszy dom w Szkocji, który skrywa w sobie dużo historii. Nie będę jej przytaczał, żeby nikt nie zasnął przed końcem relacji. Jestem przekonany, że w tym domu mieszkali hobbici (za sprawą wielkości pomieszczeń). Tuż przy budynku znajduje się ogród, po którym można się przejść, żeby rozprostować nogi.

Z domku hobbitów udaliśmy się na główną ulicę miasta – Buchanan, wzdłuż której usytuowane są sklepy i centra handlowe (jak choćby Princess Square posiadające przepiękne wnętrze). Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy to na pewno je tam straci.

Przed Buchanan Street odwiedziliśmy jeszcze przyległy George Square z jego reprezentatywnymi budynkami. Nie mogliśmy nie wstąpić także na dworzec kolejowy, który zachwyca stylem.
Pierwszego dnia mieliśmy do odwiedzenia jeszcze dwie atrakcje miasta. Spod dworca wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy zobaczyć Uniwersytet Glasgow. Sam budynek wygląda jak pałac. Patrzy się na niego i myśli – tak, to musi być Szkocja. Spacer po dziedzińcu pozwala na chwilę poczuć się jak uczeń Hogwartu. Na Uniwersytecie otwarte jest dla wszystkich muzeum. Przy okazji pisania innej relacji wspominałem, że muzea lubię odwiedzać tylko jak na dworze pada mocny deszcz albo jest – 15 stopni. W przypadku muzeów w Glasgow musiałem złamać tę zasadę i skłamałbym pisząc, że mi się nie podobało.

Podtrzymując dobrą passę na zwiedzanie muzeów, odwiedziliśmy pierwszego dnia jeszcze jedno z nich. Tym razem padło na muzeum wszystkiego, bo zarówno sztuki, jak i przyrody, czy techniki. Wewnątrz oprócz zaczerpnięcia wiedzy, można było poczuć się jak na planie filmu „Noc w muzeum”.

Godziny mijały a w brzuchach zaczynało burczeć. Przyszedł tym samym czas na obiad, który zjedliśmy w World Buffet znajdującym się w centrum. Lokal typu płacisz raz, jesz ile chcesz obdarował nas licznymi potrawami. Mając w pamięci nasze wizyty w innych takich miejscach, muszę napisać, że jedzenie było tam mocno średnie, choć zdarzyły się wyjątki.

Gdyby ktoś był zainteresowany spojrzeniem na Glasgow z innej perspektywy, to taką możliwość daje przeszklona winda, znajdująca się w budynku kina (koniecznie trzeba wybrać windę nr 3 – pierwsza od ściany). Jadąc na 6 piętro można zobaczyć kawałek miasta z lotu ptaka.

W nocy warto podejść jeszcze na fioletowy most (tak go sobie określiłem, bo nie ma nazwy a podświetlony jest na fioletowo). Z tego miejsca rozprzestrzenia się widok na siedzibę BBC oraz nowoczesną halę koncertową. Pierwszym skojarzeniem, które przyszło mi na myśl było „małe Sydney” oraz „Stadion Wrocław”. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia wsiedliśmy do taksówki i wróciliśmy do domu. Do zwiedzania Glasgow mieliśmy jeszcze wrócić ostatniego dnia.

Dzień 3

Drugiego dnia wybraliśmy się do Edynburga, miasta uważanego za najładniejsze w Szkocji. Przejazd na trasie  Glasgow – Edynburg – Glasgow kosztował nas 10 euro. Jechaliśmy z przewoźnikiem Megabus, którego autobusy odjeżdżają z głównego dworca autobusowego (Buchanan Bus Station). Po wejściu na stronę Megabusa należy zmienić język z brytyjskiego na np. niemiecki lub włoski. Umożliwi to płatność w euro, a nie w funtach, dzięki czemu można zaoszczędzić na komunikacji.

Autobus z Glasgow do Edynburga pokonuje trasę w godzinę czasu. Po przyjeździe na miejsce skierowaliśmy się bezpośrednio na cudownie usytuowany punkt widokowy, który znajduje sie na Calton Hill. Na wzgórzu stoi kilka monumentów, ale największe wrażenie robi widok na panoramę miasta. Podczas wizyty w stolicy mieliśmy bardzo dobrą pogodę, więc i widoczność była wspaniała. Jedynym mankamentem był silnie wiejący wiatr, który przestawiał nas z miejsca na miejsce.

Z Calton Hill przeszliśmy pod wejście na Arthur’S Seat – wzniesienie liczące 251 m n.p.m i będące symbolem miasta. Legenda głosi, że na samej górze Król Arthur siedział i oglądał przegraną przez jego wojska bitwę z Piktami. Nam trekking zajął około 45 minut. Oprócz walki z wysokością, musieliśmy zmagać się z silnym wiatrem, który nie chciał nas dopuścić na szczyt.

Po zejściu z Arthur’S Seat rozpoczęliśmy spacer Królewską Milą. Pierwszym punktem okazał się Pałac Holyrood będący siedzibą monarchów brytyjskich w  Szkocji. Pałac można zwiedzać po wykupieniu biletów za 11.50f/os lub 16f/os, jeśli zamierzamy zobaczyć także Galerię Królowej. My nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie, ponieważ i tak mieliśmy sporo do zobaczenia, a ponad 30f piechotą nie chodzi.

Tuż obok Pałacu stoi Parlament. Budynek nowoczesny, możliwy do zwiedzania jedynie po wcześniejszym umówieniu wizyty.

Dalej na naszej drodze stanęły liczne monumenty, kościoły, tawerny, które swoim wyglądem przenosiły nas do średniowiecza. Wzdłuż ulicy można było odwiedzić liczne sklepy z pamiątkami lub tak jak my wejść do szkockiej fabryki czekolady i trochę osłodzić sobie życie.

Nie mogliśmy sobie odmówić zajrzenia do Muzeum Narodowego w Edynburgu. Współczynnik zachwytu wzrósł, gdy znaleźliśmy się w holu głównym, skąd wchodziło się do tematycznych sal. Myślę, że śmiało można spędzić tam pół dnia. Muzeum wypełnione jest komputerami z multimedialną rozrywką co jeszcze bardziej ułatwia przyswajanie wiedzy tym najmłodszym odwiedzającym.  Koszt wstępu to oczywiście 0f.

W Muzeum Narodowym przesiedzieliśmy 1,5h i po wyjściu z niego czekała nas w zasadzie wizyta w jeszcze jednym miejscu. Wcześniej jednak musiałem pstryknąć kolejne serie zdjęć dla pojawiających się znikąd historycznych budynków.

Na sam koniec naszej wycieczki zostawiliśmy sobie wizytę w The Scotch Whisky Experience. W miejscu tym dowiedzieliśmy się wszystkiego istotnego o produkcji whisky, jej przechowywaniu, pochodzeniu, rodzajach i smakach. Wykupiliśmy sobie silver tour, który rozpoczął się od wejścia do beczki, a następnie przejechaniu w niej po kilku piętrach, gdzie krok po kroku dowiedzieliśmy się jak powstaje whisky. Warte odnotowania jest, że wszystkie filmy, które zostały nam puszczone podczas przejazdu w beczce miały polskiego lektora. W dalszej części dostaliśmy specjalne telefony, w których wprowadzało się widniejące na planszach  numery i one również były wyposażone w polski język. Trzecim etap miał miejsce w sali do testowania. Dostaliśmy zapachowe kartki, na których były naniesione zapachy 4 rodzajów whisky. Po opowiedzeniu przez przewodnika o każdym z nich, mogliśmy sobie wybrać jeden, który będziemy próbować. Pandzia wybrała Islay whisky a ja Highland.  Śmiało możemy powiedzieć, że whisky to tylko z colą. Dzięki wycieczce mogliśmy zobaczyć ponad 400 butelek tego trunku zgromadzonych w specjalnych gablotach. Mieć taki barek w domu byłoby szczytem bogactwa. W budynku mieści się również sklep, w którym zakupić można każdą whisky o jakiej świat słyszał. Nawet taką za 27,500 funtów. Osobiście nie zdecydowałem się na zakup takiej butelki, pomimo tego że zaschło mi w gardle. W sumie całe szczęście, bo za rogiem kupiłem 3 puszki coli waniliowej za 1f. To się nazywa fart. Jeśli kiedyś będziecie w Edynburgu koniecznie musicie odwiedzić The Scotch Whisky Experience. Bilet wstępu na silver tour kosztuje 14f/os.

W drodze powrotnej na dworzec autobusowy przeszliśmy się jeszcze Ogrodem Księżniczki i tak zakończył się nasz królewski dzień w Edynburgu.

Dzień 4

Czwartego dnia zaczęła się nasza pierwsza czynna podróż lewą stroną. O 9 rano wynajęliśmy samochód w wypożyczalni Hertz i ruszyliśmy na podbój Szkocji. Przez trzy dni mieliśmy zatoczyć koło po szkockich ziemiach i przy okazji zobaczyć co ciekawsze miejsca. Wynajęcie auta na 3 dni kosztowało nas 50f. Rezerwowałem je przez stronę ryanair.com. Niezbędna była oczywiście karta kredytowa oraz wystarczające środki na założenie blokady (200f), które zostały zwrócone w dzień zwrotu auta.

Przed wylotem do Szkocji mieliśmy duże wątpliwości czy wynająć auto, czy korzystać z wycieczek zorganizowanych. Pandzia nigdy nie prowadziła auta po lewej stronie. Pojawiła się więc niepewność i stres czy wszystko się uda. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wynająć auto, dzięki czemu staliśmy się niezależni od określonych programów biur turystycznych i mogliśmy sami planować postoje. Na dodatek zaoszczędziliśmy przy tym sporo pieniędzy. Wycieczka zorganizowana, jednodniowa, dla naszej dwójki kosztowała około 100f (przejazdy + bilety wstępu), a my za 50f mieliśmy własny transport na 3 dni. Dodatkowo doszły do tego koszty benzyny w kwocie 41f (zrobiliśmy jakieś 800-1000 km).

Kilka minut po 9 wyruszyliśmy w kierunku wschodniej części wyspy. Ostrożnie, bez pośpiechu weszliśmy w rytm jazdy po lewej stronie. Pandzia gazowała, a ja podawałem wskazówki. Po 20 minutach mogliśmy brać udział w wyścigu.

Pierwszym naszym celem tego dnia było zobaczenie zamku Stirling. Nie chcieliśmy oglądać go wewnątrz (nie ma za bardzo co tam oglądać). Ze względu na jego położenie, interesowało nas zrobienie zdjęć z zewnątrz. Niestety tak niefortunnie został ogrodzony, że szanse na czyste ujęcia były równe zeru. Koszt wejścia na teren zamku kosztuje 16,5f/os. Postanowiliśmy przeznaczyć pieniądze na inny cel. Przy okazji, tuż przy zamku znajduje się parking, który kosztuje 4f. Jeśli ktoś ma troszkę siły, to auto może zostawić na dole (przy drodze prowadzącej na zamek) i pokonać kilka schodów pieszo. Pod zamkiem są miejsca parkingowe. W zasadzie niby płatne, ale nawet miejscowi nie wiedzą gdzie stoi parkomat…

Kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem, choć nieplanowanym, okazały się Falklandy, a dokładnie Pałac Falkland, który niegdyś pełnił funkcję rezydencji królów Szkocji. Pałac kilka setek lat temu był zamkiem, ale później go przebudowali, a później jeszcze się w nim piastująca w tym czasie władzę dynastia mordowała. Super historia, ale najbardziej w tym wszystkim urzekł mnie najstarszy na świecie kort do gry w KRÓLEWSKIEGO tenisa. Tak, tak, to coś zupełnie innego niż tenis ziemny. W tym królewskim jest więcej finezji. Dla królów odbijanie przez siatkę było zbyt nudne, więc rozbudowali sobie grę. Najbardziej podoba mi się przebicie piłki przez dziurę w ścianie, co daje dodatkowe punkty. Jeśli chodzi o koszta. Wejście do Pałacu Falkland kosztuje 14f/os. Bilet tylko do ogrodów 6,5f/os.

Z Falklandów jak strzała polecieliśmy do St Andrews, które koniecznie trzeba zobaczyć poruszając się po regionie Fife. W St Andrews znają tylko jeden sport – golf. Pole golfowe Old Course znajduje się nieopodal centrum. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczyna się plaża ciągnąca się aż po horyzont. Jak w następnym życiu urodzę się morsem, to zażyję sobie kąpieli w przylegającym do niej morzu. Co innego w St Andrews? Katedra, kościół św. Regulusa, zamek św. Andrzeja i kompleks uniwersytecki. Pomyślicie nuda, a ja powiem nic bardziej mylnego. Jedne z najciekawszych ruin jakie widziałem w życiu (nie wliczam w to ruin remontowanej łazienki w moim domu). Tam wciąż zamknięte są tajemnice. No i ta sceneria. Bezkresne wody dookoła i East Sands.

To nie był koniec atrakcji na ten dzień. Po krótkiej jeździe trafiliśmy do Arbroath. Niewielkiego nadbrzeżnego miasta, które słynie z uroczych klifów. Szkoci zrobili długą promenadę, tak długą, że my jej końca nie widzieliśmy. Poskakaliśmy po klifach, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy do następnego miejsca. Im było bliżej wieczora, tym było jeszcze słoneczniej.

Ostatnim punktem pierwszego objazdowe go dnia był zamek Dunottar, położony ok. 2 km od miejscowości Stoneheaven. Zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo zamek zaczynał kłaść się do snu. Zdecydowanie to był nr 1 tego dnia. Budowla położona jest na cyplu, na szczycie klifów, co robi imponujące wrażenie. W ogóle jakiś średniowieczny klimat wciąż unosi się w tym miejscu, że aż się chciało wskoczyć na konia i wyruszyć na polowanie. Do tego zatoka, kamienista plaża, wodospad.  To trzeba zobaczyć, a zwłaszcza przed zachodem słońca.

Z Dunottar Castle pojechaliśmy na kolację do Stoneheaven. Jakiś życzliwy Szkot uratował nas przed niepotrzebną stratą pieniędzy na bilet parkingowy (po 18 parking był za darmo). Kolację zjedliśmy w restauracji The Square, która serwuje popularne Fish&Chips. Chyba wiedzieli, że tego dnia przypadały moje 18-ste urodziny, bo przyrządzili mi wędzoną makrelę niczym 5 pysznych tortów urodzinowych. Po przyjeździe do hotelu w okolicach Aberdeen czekała kolejna niespodzianka. Rezerwowałem przez venere.com sam pokój, a dostaliśmy dodatkowo za darmo śniadanie. Także za pokój dwuosobowy w hotelu 3* ze śniadaniem wyszło 36$ (płatność była online w dolarach).

Dzień 5

Budzik zadzwonił wcześnie. Na zegarku była godzina 7 i to oznaczało, że czas rozpocząć kolejny dzień w Szkocji. Po szybkim ogarnięciu naszych plecaków zeszliśmy na śniadanie, czyli english breakfast pełną parą.

Pogoda naprawdę się wkurzyła i ofiarowała nam litry deszczu. Taki stan utrzymywał się podczas pierwszych dwóch godzin jazdy. W tym czasie odwiedziliśmy Crathes Castle. Niestety lało tak mocno, że potrzebowałem ochotnika, który pójdzie i zobaczy z czym mamy do czynienia na zewnątrz. Oczywiście kandydat, a ściślej kandydatka siedziała w tym samym samochodzie, co ja i po założeniu peleryny ochoczo zgodziła się wyjść z auta. Jedyne co udało się zrobić to pstryknąć kilka zdjęć GoPro. Użycie lustrzanki w takich warunkach groziło pożegnaniem się ze sprzętem. Gdyby pogoda dopisała to myślę, że byłoby to jedno z najpiękniejszych miejsc, które odwiedziliśmy podczas tego wyjazdu. Może nie za sprawą samego zamku, ale jego otoczenia. Jesień w Szkocji jest po prostu obłędna.

Po wizycie w Crathes pojechaliśmy zobaczyć inny zamek. Tym razem była to królewska rezydencja Balmoral, którą królowa odwiedza dwa razy w roku. Na nasze nieszczęście zwiedzać to miejsce można tylko w wakacyjnych miesiącach. Październik niestety do takich nie należy. Tak naprawdę jak zwykle zależało nam na zobaczeniu zamku z zewnątrz, ale nawet tego nie mogliśmy zrobić, bo wszystko jest w ukryciu. Tyle dobrego, że w drodze do zamku mieliśmy całkiem przyjemne widoki.

Zagościliśmy za to w rezerwacie przyrody Muir of Dinnet. Deszcz przestał padać, więc nie było powodu, żeby kwitnąć w samochodzie i nie przejść się jednym z dostępnych szlaków. Czas nas nie co ograniczał, dlatego wybraliśmy trasę optymalną do Jeziora Kinord. Jeśli ktoś dysponuje większą ilością czasu, to może przeznaczyć go w całości na odwiedzenie rezerwatu. Ścieżek tutaj pod dostatkiem a jeszcze więcej czystego powietrza.

Po drodze do Loch Ness zajechaliśmy na chwilę do zamku Corgarff. W tym czasie poruszaliśmy się już po drodze Highlands Turist Road i w zasadzie co chwilę zatrzymywaliśmy się na zrobienie zdjęć. Inaczej się nie dało. Zamek Corgarff jest chyba najbardziej obciachowym w całej Szkocji. Wygląda jak budynek PGRu i raczej żadna księżniczka nie chciałaby w nim zamieszkać.

Główną atrakcją tego dnia miało być Jezioro Ness, w którym według legend pomieszkuje potwór. Komu uda się zrobić bestii zdjęcie, z pewnością na brak gotówki nie będzie musiał narzekać. Nagrodą jest fortuna. Samo Loch Ness jest ogromne, długie na 37 km. Wzdłuż drogi biegnącej przy jeziorze znajdują się parkingi. Miały prawdopodobnie służyć jako punkty widokowe, lecz po zatrzymaniu się przy większości z nich zobaczymy jedynie chaszcze. Raczej nie polecam kursu promem po jeziorze. W moim odczuciu może być po prostu nudno. Godzinne pływanie po miejscu, którego otoczenie praktycznie się nie zmienia, to zdecydowanie za długo (powtarzam – jak dla mnie). Polecam z kolei zatrzymać się przy Urquhart Castle, kolejnym ujmującym miejscu, którego widok zachwyca.

Dzień zakończyliśmy wizytą w restauracji Ben Nevis Inn. Tuż spod jej drzwi rozpoczyna się szlak na najwyższą górę w Szkocji – Ben Nevis. Trekking trwa kilka godzin. Na pewno spróbujemy wejść na nią przy okazji kolejnej wizyty w Szkocji. Na razie na pocieszenie zostało nam zrobienie pamiątkowego zdjęcia.  Koniecznie musicie zatrzymać się przy Command Monument znajdującym się za Fort William (jadąc w kierunku Fort Agustus, w którym też zróbcie obowiązkowy postój). Jest to idealne miejsce na złapanie Ben Nevisa w obiektywie. A jeśli chodzi o Ben Nevis Inn, to Tripadvisor nie kłamał. Jedzenie wyśmienite, a co najważniejsze tradycyjne i w dużych ilościach.

Dzień 5 

Piątego dnia musieliśmy nadrobić to, czego nie udało nam się zobaczyć poprzedniej doby. Chodziło nam przede wszystkim, żeby dotrzeć do ogromnego wiaduktu Glenfinnan, znanego z filmu o Harrym Potterze. Niestety ponownie padał deszcz, co utrudniało nam sprawę. Po zatrzymaniu się na parkingu trzeba przejść jeszcze 400 m, żeby dojść do atrakcji. Tym razem to ja przyodziałem płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłem pod wiadukt, żeby uwiecznić go na fotografii. Żałuję tylko, że żaden pociąg nie jechał do Hogwartu.

Z Glenfinnan pojechaliśmy do Glen Coe – Doliny Łez, najsłynniejszej doliny w Szkocji. W roku 1962 doszło w tym miejscu do krwawej masakry. Wojska króla Wilhelma III wymordowały jeden ze szkockich klanów. Tam też ujrzeliśmy fantastyczną przyrodę. Odwiedziliśmy centrum turystyczne, ponieważ miał się tam znajdować punkt widokowy. Okazało się, że masę piękniejszych widoków można ujrzeć zatrzymując się na parkingach przy drodze, co robiliśmy nieustannie. Zapisuję to miejsce w notatniku z dopiskiem „trekking w takich warunkach to konieczność”.

Po przejechaniu doliny skierowaliśmy się w stronę zamku Kilchurn. Obiekt interesował nas ze względu na swoje położenie (usytuowany jest na jeziorze). Nieopodal znajduje się także inny zamek –  Inveraray. Okazał się on być najpiękniejszą budowlą, którą widzieliśmy podczas wycieczki. Zamek tak nam się spodobał, że  postanowiliśmy wejść także do środka. Koszt biletów wyniósł nas 10f/os. Wnętrze Inveraray Castle robi nie mniejsze wrażenie. Większość sal jest otwarta dla zwiedzających, a przede wszystkim wypełniona pięknymi przedmiotami. Zamek jest siedzibą księcia Argyll, naczelnika klanu Campbel.

Na koniec podróży zostawiliśmy sobie jezioro Lomond, które pod względem wielkości jest największe w Szkocji (37 km długości, 8 km szerokości). Loch Lomond można oglądać zatrzymując się przy przydrożnych parkingach lub zajeżdżając do miasteczek przylegających do jeziora. My wybraliśmy kameralne miasteczko Luss. Przeszliśmy się piaszczystą plażą oraz po molo. Tak jak w przypadku Loch Ness, także i tutaj jest możliwość wykupienia rejsu po tafli jeziora. Tego dnia było zdecydowanie za zimno na takie atrakcje.

Po weekendowej zmianie czasu na ulicach zrobiło się szybciej ciemno i nie było sensu jeździć dalej. Zdecydowaliśmy się więc wrócić do Glasgow i zakończyć nasz mały trip po Szkocji.

Dzień 6

Pomału zaczęliśmy się żegnać ze Szkocją. Trochę bym skłamał pisząc, że nie byliśmy już zmęczeni tak aktywnym tygodniem. Pierwszym, co musieliśmy zrobić szóstego dnia było oddanie auta do wypożyczalni. Po raz kolejny misja pt „wypożyczenie auta” zakończyła się sukcesem. Bez własnego środka transportu nie zobaczylibyśmy wielu rzeczy.

Ledwo co wlekliśmy już tymi naszymi nogami, ale nie mogliśmy odpuścić zwiedzania, zwłaszcza że nie wiadomo kiedy będziemy mogli ponownie odwiedzić Szkocję. Kupiliśmy całodniowe bilety na metro za 4f i zaczęła się zabawa.

Na pierwszy rzut poszło Muzeum Komunikacji, które osobiście bardzo chciałem zobaczyć. Zachęcony dobrymi opiniami o Riverside Museum, trochę się bałem czy nie będzie zawodu. Na szczęście już po przekroczeniu progu zaczęły się „ochy” i „achy”, których nie było końca. W muzeum można zobaczyć chyba wszystkie środki lokomocji, którymi ludzie przemieszczali się na przestrzeni wieków. Naprawdę udanie spędziliśmy czas korzystając z licznych dostępnych atrakcji na miejscu.

O 13 spotkaliśmy się z Moniką, z którą mieliśmy kontynuować dalsze zwiedzanie. Wspólnie odwiedziliśmy Galerię Sztuki Współczesnej. Ja tej sztuki nie widziałem, bo byłem zupełnie trzeźwy… albo jej po prostu nie rozumiałem. A może dla mnie ta wystawa to był chleb powszedni i stąd brak zachwytu. W końcu mi też zdarza się zostawić na podłodze jakąś folię, źle odstawić krzesło, czy poplamić kartkę atramentem. Tak czy inaczej, jeśli kogoś kręcą takie rzeczy to w GoMA na pewno się odnajdzie.

Po tym wstrząsie artystycznym przejechaliśmy metrem do parku. W Green Glasgow, bo tak nazywa się to miejsce, można znaleźć niewielki ogród botaniczny. Znajduje się on w budynku, którego nazwy nie pamiętam, ale jest tam również muzeum… ale nazwy też nie pamiętam. Popytacie to dojdziecie.

Wróciliśmy do centrum, bo zapomnieliśmy o The Lighthouse. Jeśli po jedzeniu lubicie sobie beknąć, to raczej nie będzie to miejsce dla Was. Sztuka, sztuka, sztuka, dużo świateł, wystawy, Mackintosh itd. Po wjeździe na ostatnie piętro świetny widok na miasto.

Na koniec pojechaliśmy jeszcze do baru, który jest w… kościele. Pierwszy raz moje oczy widziały taki twór. Trochę się zaciekawiłem, trochę zdziwiłem, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mieli karty drinków. Nie miałem ściągawki z podpowiedzią, co chciałbym wypić i tak długo się nad tym zastanawiałem, że w końcu niczego się nie napiłem.

Co później? Później to była noc, poranek, taxi (Hampden) za 12f na lotnisko i powrót do domu. A co jest teraz? Teraz jest ponowne czekanie na kolejną podróż i oby nastąpiła jak najszybciej.

Jeśli chodzi o koszty to nie będę tym razem robił zestawienia, bo byłoby za ciężko. O podstawowych kosztach za wypożyczenie auta, czy dwa noclegi w hotelach napisałem w tekście. Dodam tylko, że do Glasgow lecieliśmy z Warszawy (Modlin), która była bezkonkurencyjna (względem Wrocławia) w kategorii tani przelot.

Lot z Wrocławia do Modlina kosztował nas 38 zł (Ryanair), lot na trasie Modlin – Glasgow – Modlin 556 zł (Ryanair), autobus na trasie Modlin – Metro Młociny 24 zł (ModlinBus), autobus z Warszawy do Wrocławia 40 zł (PolskiBus). Łącznie za dwie osoby wyszło – 658 zł, czyli po 329 zł za osobę. Można było taniej, ale biletów nie kupowaliśmy z wyprzedzeniem.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *