Turnus dla dorosłych. Teneryfa.

Opublikowano Hiszpania Teneryfa Wyspy Kanaryjskie

Dzień 1

Pomysł na Teneryfę miał być bardzo prosty. Polegał na zebraniu znajomych, ściągnięciu ich na wyspę i dobrej zabawie. Przez dziewięć kolejnych dni z uporem maniaka realizowaliśmy punkty, które długo przed wyjazdem naznaczyłem.

Wszystko zaczęło się 19 września, wtedy to wszyscy razem spotkaliśmy się na Teneryfie. A było nas w sumie 12 wspaniałych. Na miejscu jako pierwszy zameldował się dzień wcześniej Bartek z Anią, którzy zdecydowali się na wspólne wakacje kilka dni przed naszym wylotem. Wycieczkowicze z Fuerteventury, w tym ja, na wyspę trafili jako drudzy w poniedziałkowe południe, a pozostałe osoby lecąc bezpośrednio z Wrocławia pod wieczór.

Zamieszkaliśmy w villi wynajętej przez stronę homeway.com. Każdego z nas kosztowało to 142,5 euro za 9 dni. Bartek z Anią nie pomieścili się niestety na naszych 200 metrach kw. i zmuszeni byli znaleźć sobie inne gniazdko. Villa miała 5 sypialni, duży salon, sporą kuchnię, 3 łazienki, olbrzymi taras. Dodatkowo w cenie wynajmu dostaliśmy klucze na baseny oddalone 50 m od chaty.

Po wsypie poruszaliśmy się oczywiście autami, które wypożyczyliśmy na lotnisku przez firmę Autoreisen. Otrzymaliśmy dwa Seaty Ibiza (kombi), które kosztowały nas po 24 euro na głowę. Jak łatwo wyliczyć dzienny koszt wypożyczenia auta oscylował w granicach 50 zł/samochód. Paliwo na wyspie podczas naszej wizyty sięgało 0,84 euro za litr benzyny.

Nasza villa położona była w południowej części wyspy, dokładnie regionie Golf del Mar, oddalonym od lotniska o 5 km. Wiązało się to z dodatkową atrakcją, a mianowicie licznymi lotami samolotów tuż nad naszym dachem. Na szczęście w nocy ruch powietrzny był wstrzymany.

Pierwszego dnia nie mieliśmy sił podbijać świata. Udało nam się za to zrobić konkretne zakupy jedzeniowe. Wieczór w zasadzie to zapoznanie się z wyspą i wyjście na kolację, po której każdy przywitał się z Morfeuszem.

Dzień 2

Zabawę zaczęliśmy na spokojnie. Pierwszy oficjalny dzień na Teneryfie miał być po prostu błogim lenistwem. Nie planowałem tego dnia przeczołgać moich owieczek po górach, lecz zwyczajnie dać im pohasać po plaży. Skoro miała być plaża, to warto było wybrać tę polecaną. Wyszukiwarka jednoznacznie podpowiedziała, że tego dnia musimy odwiedzić plażę Las Teresitas, na którą piasek został przywieziony prosto z Sahary. Piękna plaża zatokowa, w otoczeniu gór najlepiej prezentowała się z punktu widokowego, znajdującego się tuż nad nią. Na Las Teresitas można spokojnie spędzić cały dzień. Jeśli ktoś marzy o cieniu, powinien przyjechać wcześniej rano, żeby zarezerwować sobie miejsce pod palmami. Jeśli ktoś zapomni w domu ręcznika, to za 2,5 euro można wypożyczyć leżak na cały dzień. A jeśli mama zapomni Wam włożyć kanapek do plecaka, to posilić się można w jednym z kilku barów na plaży.

Spędzenie całego dnia w jednym miejscu nie wchodziło w naszym przypadku w grę, dlatego w drugiej części dnia pojechaliśmy do Bajamar, żeby zobaczyć naturalne baseny skalne. Miejsce okazało się być fantastyczne. Zastaliśmy tam dwa baseny, do których wdzierały się fale z oceanu. Były one na tyle silne, że ilekroć człowiek starał się je pokonać, to wyrzucały go one poza basen. Jeśli ktoś się zastanawiał nad wizytą w Bajamar, to bez wątpienia jest to miejsce warte odwiedzenia. Choćby po to, żeby się przekonać, jak żywioł wody potrafi sobie z nas żartować.

Dzień 3

To miał być mój najlepszy dzień tych wakacji. Wycieczka na wulkan Teide miała dostarczyć mi masę pięknych zdjęć. Po odwiedzeniu Etny w 2014 r. pokochałem wulkany i ich surowy klimat. Liczyłem na spacer w chmurach, tonę pyłu na ciuchach itd. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna.

Już na dzień dobry zostałem poddany próbie cierpliwość, którą oczywiście oblałem. Jadąc do wyciągu górskiego, otrzymałem wiadomość z Parku Narodowego del Teide z podziękowaniami za wizytę w parku i prośbę o ocenę wycieczki, która odbyła się tydzień temu. Jakby ktoś postawił wtedy na mnie czajnik z wodą, to po paru chwilach można byłoby zalewać herbatę wrzątkiem – taki byłem zagotowany. Perspektywa wydawania kolejnych 200 euro na bilety przyprawiła mnie o zawał. Na szczęście na miejscu okazało się, że jednak nie jestem na tyle głupi, żeby nie kupić biletów na właściwy termin. Wina leżała po stronie parku i ich systemu rezerwacyjnego, który uległ uszkodzeniu i generował potwierdzenia ze złymi datami.

Po wyjaśnieniu wszelkich wątpliwości otrzymaliśmy nowe bilety i mogliśmy kontynuować wycieczkę. Wjazd kolejką górską na górną stację trwa około 5 minut. Wjazd rozpoczyna się od wysokości 2356 m n.p.m. i trwa do 3555 m n.p.m. Warto obserwować stronę internetową parku, ponieważ czasami, gdy jest wietrznie kolejka jest nieczynna. Po wjeździe na górną stację do wyboru są trzy trasy piesze. Dwie z nich nie wymagają specjalnych pozwoleń, natomiast najlepsza – na sam szczyt, wymaga posiadania pozwolenia, które można załatwić przez stronę internetową (https://www.reservasparquesnacionales.es) całkowicie za darmo. Nie radzę zostawiać tego na ostatnią chwilę, ponieważ liczba miejsc jest ograniczona i czasami nawet na miesiąc do przodu brakuje wolnych terminów.

Trasa na sam szczyt wulkanu jest dosyć wymagająca. To w zasadzie pionowe podejście, które powinno trwać około 40 minut. Koniecznie należy zabrać ze sobą bluzę, najlepiej z kapturem, ponieważ przez całą długość trasy towarzyszem jest silny wiatr. Na samym szczycie jest też chłodniej niż kilkadziesiąt metrów niżej.

Cała nasza grupa, tego dnia dokładnie 8 osób, postawiła stopę na samym szczycie wulkanu Teide. Trekking był dosyć wyczerpujący, choć nie na tyle, żeby podłączać się do respiratora. Jeśli chodzi o same widoki, to na pewno nie można takich zobaczyć w supermarkecie, ale w porównaniu z Etną, to Teide wypadł dosyć blado.

Oprócz wisienki na torcie, którą jest wejście na sam szczyt wulkanu, warto także posmakować widoków rozprzestrzeniających się z punktów widokowych, znajdujących się na terenie całego Parku Narodowego del Teide.

Dzień 4

Na Teneryfie są piękne plaże, trasy górskie, winnice, jest nawet wulkan. Pomimo tylu ciekawych atrakcji, wyspa zawsze będzie kojarzyć mi się z jednym miejsce – parkiem wodnym Siam Park. Park oferuje olbrzymią dawkę adrenaliny, a różnorodność atrakcji sprawia, że każdy kto przebywa na jego terenie znajdzie coś dla siebie. Cały park został zbudowany na wzór tajlandzkiego miasteczka i nie można się z tym nie zgodzić. Proponuję nie pić kawy z rana, tylko obudzić się w Siam Parku. Na większości zjeżdżalni korzysta się z pontonów cztero, dwu lub jednoosobowych. Każdy zjazd to niesamowite przeżycie. Przynajmniej raz musicie zjechać z Tower of Power, czyli ogromnej wieży (28m), na której prędkość zjazdu wynosi do 80 km/h. Cała zabawa trwa 6-7 sekund i kończy się w płytkim basenie, do którego wpada się uprzednio przejeżdżając przez akwarium z rekinami. Nie jest to może najlepsza atrakcja parku, ale prestiżu odmówić jej nie można. Budzi przerażenie nawet wśród największych śmiałków. Kiedy serce będzie Wam już bić za mocno albo gardło nie pozwoli wydobyć większej ilości krzyków, wtedy warto zrelaksować się na leżakach znajdujących się tuż przy sztucznej plaży. Co godzinę na basenie uruchomiona zostaje fala, która odbiega nieco od tych znanych choćby z polskich parków wodnych. Jeśli nie uratujesz się sama, to na pewno Pamela Andersona tego za Ciebie nie zrobi Jeśli chodzi o bilety, to ich cena jest zróżnicowana. Jeśli interesuje Was odwiedzenie także Loro Parku, to warto zakupić w internecie bilet twin, który kosztuje łącznie 58 euro. Jeśli bilet zamierzamy kupić w kasie, to cena jest stała i wynosi 34 euro. W innym przypadku, gdy najpierw zdecydowaliśmy się odwiedzić Loro Park, to na jego terenie można nabyć bilety do Siam Parku za 24 euro. Najatrakcyjniejsza oferta jest jednak dla osób, które odwiedziły już Siam Park i postanowiły, że zrobią to jeszcze raz do 15 dni od pierwszej wizyty. W takiej sytuacji koszt kolejnego biletu wynosi tylko 17 euro i taka cena obowiązuje jedynie w dniu wizyty w parku. W cenie biletu otrzymuje się całodzienny wstęp do parku i nieograniczoną ilość zjazdów na każdej z atrakcji. Niestety, ale szafki należy wykupić osobno. Mała kosztuje 3 euro, a duża 5 euro. Dodatkowo przy zakupie szafki trzeba zostawić depozyt 5 euro, który jest zwracany z chwilą oddania kluczy. Ten mały niuans nie może jednak przesłonić atrakcyjności tego miejsca. Mówi się, że Siam Park jest numerem 1 w Europie wśród parków wodnych i jeśli o mnie chodzi, to podpisuję się pod tym złotym długopisem.

Dzień 5

Po dawce emocji, które zafundował nam Siam Park poprzedniego dnia, zdecydowaliśmy się trochę uspokoić na teneryfskich plażach. Tym razem padło na Playa de Duque oraz El Tejita. Obie plaże uważane są za jedne z atrakcyjniejszych na wyspie, lecz zupełnie się od siebie różnią. Pierwsza z nich to plaża zatokowa z ładnym, jasnym piaskiem i z zapleczem gastronomicznym. Na plaży można wypożyczyć leżaki w standardowych cenach. Atutem tego miejsca jest czysta woda z dobrą przejrzystością oraz pobliskie skały, które dodają plaży charakteru. Na Playa del Duque spędziliśmy kilka godzin opalając się i walcząc z falami, które sporadycznie próbowały nas podmyć.
Na drugiej plaży zaznaliśmy całkowitego spokoju. Choć na El Tejita wciąż wieje, nie ma barów, to bardzo przypadła nam do gustu. Jest to idealne miejsce do spacerów, złapania drugiego oddechu. Plaża jest bardzo malownicza, niedaleko niej stoi Montana Roja, która mieni się w słońcu wieloma kolorami. Najlepiej jest przyjechać na El Tejita z samego rana, gdy do dyspozycji są jeszcze nieliczne leżaki (płatne) schowane za parawanem. Nie wyobrażam sobie rozłożenia ręczników bezpośrednio na ziemi. Piasek pod wpływem wiatru wciąż wędruję i po godzinie leżenia można stać się babką z piasku. Obok El Tejita znajduje się inna plaża – El Medano, na której surferzy i kitesurferzy odprawiają cuda. Tego miejsca również nie możecie ominąć.

Dzień 6

Kolejnego dnia udaliśmy się na przeciwległy kraniec wyspy, żeby odwiedzić Loro Park. W skrócie jest to park przyrodniczy na wzór naszego zoo, z takim wyjątkiem, że na Teneryfie tym zwierzakom jest chyba jednak lepiej. Jeśli zastanawiacie się, gdzie zabrać swoje dzieci będąc na Teneryfie, to Loro Park jest Waszym ratunkiem. Moje wakacyjne dzieci, choć trochę wyrośnięte, również bawiły się wyśmienicie. Największą atrakcją parku są pokazy delfinów, papug, ork, fok oraz lwów morskich. Psa można nauczyć podawać łapę, ale nauczyć orkę salta to już jest wyzwanie. Idealnie dopracowane show dostarczyły nam pozytywnych wrażeń. Oprócz pokazów, które są numerem 1, wartym zobaczenia jest również „świat pingwinów”, oceanarium, czy laboratorium, w którym poznać można drogę narodzin meduz.

Po wyjściu z parku przeszliśmy na czarną plażę Jardin, ale nie zostaliśmy tam długo. Tego dnia nie planowaliśmy plażować, lecz zobaczenia jednej z najsłynniejszych plaż na północy nie mogliśmy sobie odmówić. Następnie obraliśmy kierunek na La Oratavę, czyli zabytkowe miasteczko, gdzie najsłynniejszą atrakcją jest odrestaurowana XVII – wieczna Casa de los Balcones. Jest to dom, w którym zachowały się tradycyjne drewniane balkony. Na miejscu odbyliśmy spacer po wąskich uliczkach, oglądając zabytkowe budynki, do których wejście było w większości przypadków niemożliwe. Miasteczko jak malowane dla wielbicieli sztuki i architektury bez wątpienia będzie wielkim zaskoczeniem.

Na koniec dnia zafundowaliśmy sobie wizytę w winiarni Bodegas Monje. Koszt biletu wyniósł 12 euro za osobę. W cenie wejścia była krótka wycieczka po piwnicach winiarni, przedstawienie historii miejsca oraz degustacja trzech win i trzech przekąsek. Oczywiście na ostatnią część czekali wszyscy najbardziej. Położenie winiarni oraz balkon, z którego rozprzestrzeniał się imponujący widok na okolicę jeszcze bardziej zachęcał do relaksu przy winie. Podsumowując całą wycieczkę, nasuwają mi się trzy myśli. Pierwsza – dla mężczyzn Pani przewodnik była zbyt atrakcyjna, żeby mogli się skupić na historii miejsca. Druga – kobiety jak piją wino to tracą głowę. Trzecia – zamiast herbaty, tylko Monje Muscatel Dulce!

Dzień 7

Tydzień minął, a my wciąż pełni sił udaliśmy się na trekking po rezerwacie przyrody Barranco del Infierno. Wejście na teren rezerwatu kosztuje 8 euro. Znając datę odwiedzin, najlepiej jest wcześniej zrobić rezerwację, ponieważ ilośc wejść na trasę o konkretnej godzinie jest ograniczona. Ścieżka, która wiedzie do wodospadu jest naprawdę przyjemna i łatwa do przejścia. Podczas wędrówki obowiązkiem jest posiadanie kasku, który otrzymujemy w recepcji. Na trasie mijaliśmy kilku pracowników, którzy pilnowali, żeby kask nam z głowy nie spadł. Trekking pośród przyrody, w otoczeniu pięknych widoków był ciekawą odskocznią od ciągłego plażowania i zabawy. Przejście całości trasy w dwie strony i z przerwami zajęło nam około 3 godzin.

Dzień 8

Idąc za ciosem postanowiliśmy kolejnego dnia odbyć jeszcze jedną wędrówkę, tym razem o wiele bardziej wymagającą niż w przypadku Barranco del Infierno. Naszym celem tego dnia stał się wąwóz Masca. Szlak rozpoczyna się na widokowej trasie z Los Cristianos do miejscowości Masca. Nasz plan zakładał podróż własnymi autami do Los Cristianos, następnie pozostawienie aut na parkingu i skorzystanie z taksówki (25 euro za taksówkę). Po przejściu wąwozu, które w naszym przypadku trwało około 3 godzin, mieliśmy przepłynąć łodzią ponownie do Los Cristianos i odebrać auta. To rozwiązanie jest chyba najbardziej popularne wśród turystów i w zasadzie najrozsądniejsze.

Wąwóz Masca to zupełnie inna Teneryfa, niż ta którą można zaobserwować w miejscowościach Adeje, czy Los Cristianos. Masca to ta dzika część Teneryfy, pełna niezapomnianych widoków i niespodzianek. Dla ludzi kochających przyrodę, dopiero tutaj rozpoczyna się swobodne oddychanie. Już sam rezerwat Barranco del Infierno dał nam inne spojrzenie na wyspę, lecz to co zaprezentował wąwóz Masca przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pisząc w młodzieżowym żargonie: wąwóz pozamiatał.

Niech Was nie zwiedzie początkowa część trasy, która jest dosyć prosta. Dopiero później zaczynają się schody. Kamienie, skoki, podskoki, ześlizgiwanie się, buszowanie w trawie, przejście jaskinią, to wszystko czeka Was na szlaku, który kończy się na czarnej plaży. Jeśli następnym razem będę miał możliwość przejścia trasy, to z pewnością zabiorę ze sobą strój kąpielowy. Krystalicznie czysta woda, której w końcu się doczekałem po 14 dniach, na dodatek klimatyczna plaża w otoczeniu olbrzymich klifów. Cała ta sceneria wyglądała jak makieta z filmów kręconych o rozbitkach.

Jak wspominałem do Los Cristianos wróciliśmy łodziami MascaExpress. Bilet na motorówkę kosztował 10 euro/osoba i do kupienia były w Los Cristianos przy postoju taksówek, w samej taksówce oraz bezpośrednio na plaży. Łodzie wcześniej można zarezerwować na stronie: www.mascalosgigantes.com, do czego zachęcam, bo ma się wtedy pewne miejsce na łodzi.

Dzień 9

Na ostatni dzień wakacji nie było zaplanowane nic specjalnego. Był to dzień rezerwowy, który miał zostać wykorzystany w zależności od potrzeb. Z racji tego, że plan wycieczki zrealizowaliśmy w 100%, to nie musieliśmy ostatniego dnia przeznaczać na nic szczególnego. W związku z tym część z nas zdecydowała się ponownie odwiedzić Siam Park, a część pojechać na plażę. Chyba nie muszę pisać, w której grupie się znalazłem. Mało tego, kolejna wizyta w Siam Park okazała się jeszcze lepsza niż pierwsza. Po prostu było mniej osób, przez co kolejki do zjeżdżalni były o wiele krótsze. Ten park naprawdę ma moc.

Wieczorem pojechaliśmy na ostatnią wieczerzę do miejscowości Los Abrigos. W zasadzie byliśmy tam dzień w dzień w mniejszym lub większym składzie. Po prostu, jeśli planujecie zjeść świeże owoce morza, to wybieracie Los Abrigos. W każdej restauracji przy promenadzie serwuje się pyszne jedzenie, jednak najsmaczniej jadło się w Perlas del Mar oraz tuż za ścianą w Restaurante Los Abrigos. Ważna uwaga, następna dostawa ośmiornicy będzie dopiero w 2017r., ponieważ zjadłem wszystkie regionalne rezerwy.

Teneryfa okazała się wspaniałą i zróżnicowaną wyspą. Z pełnego wachlarza atrakcji mogą czerpać dosłownie wszyscy. Dla osoby takiej jak ja, czyli lubiącej uprawiać różne aktywności podczas podróży, była strzałem w 10. Naprawdę nie wiem co mają na myśli osoby piszące, że Teneryfa jest przereklamowana. Być może chodzi im o bilbordy Lidla, których faktycznie przy drogach było sporo. Wyspa jest mega ciekawa – wiele atrakcyjnych plaż, dobre i tanie jedzenie, piesze trasy górskie, Park Narodowy el Teide, Siam Park, można wymieniać w nieskończoność. Wystarczy się ruszyć z kanapy. Mam nadzieję wrócić jeszcze na Teneryfę, bo jest wyspa warta uwagi.

Na koniec relacji serdecznie dziękuję moim tegorocznym wakacyjnym towarzyszom za świetną zabawę, dobry humor i interesującą przygodę. Nie spodziewałem się, że wszystko wyjdzie tak dobrze. Spodziewałem się raczej pytań „Boże,za jakie grzechy?”, które miałem sobie zadawać każdego dnia, a nie musiałem. Jestem szczęśliwy, że pomiędzy ludźmi, którzy już wyłysieli, a dziećmi, którym niedawno odpadł pampers, nawiązała się nić porozumienia i mogliśmy się tymi wakacjami po prostu cieszyć. Przepraszam za Adę, ale rodziny się nie wybiera :p Mam cichą nadzieję, że weźmie przykład ze swoich starszych kolegów i na następnym wyjeździe będzie milsza dla swojego ukochanego wujaszka. Nie zrozum mnie źle, ja chcę po prostu mieć dobrego drona! Dzięki 🙂

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *