Aż rozbolą nas brzuchy. Kuala Lumpur.

Opublikowano Kuala Lumpur Malezja

Dzień 1

Nasz azjatycki plan podróży zakładał 11 dni w Malezji. Nie planowaliśmy wielkiego zwiedzania jak to miało miejsce na Sri Lance. Pierwsze cztery dni chcieliśmy spędzić w stolicy – Kuala Lumpur, natomiast pozostałe odpoczywając na wyspie Perhentian Basar. Przebywając w tej części świata najmocniej chcieliśmy się skupić na jedzeniu, które uważane jest tutaj za najlepsze na świecie.

Do stolicy Malezji dolecieliśmy dzięki linii AirAsia. Przelot z Colombo do Kuala Lumpur trwał 3h 20min. Koszt biletu wyniósł niecałe 200 zł za osobę (kupowany pół roku wcześniej). Lotnisko w Kuala Lumpur jest olbrzymie. Nowy terminal klia2 ma wiele sklepów, restauracji i kantorów. Po przylocie naszym pierwszym zadaniem było oczywiście zdobycie wiz, które dla obywateli polskich są darmowe i obowiązują przez 90 dni. Niestety, trochę czasu upłynęło zanim je otrzymaliśmy. Podczas rejestracji w systemie obowiązkowo musieliśmy zeskanować oba palce wskazujące. Po załatwieniu formalności chcieliśmy jeszcze wymienić część pieniędzy, a część wybrać z bankomatu. Ostatecznie nie udało się nam zrobić ani jednego (słaby kurs na lotnisku), ani drugiego (potrzebowaliśmy wybrać 1500 RM a bankomaty wydawały tylko 1000 RM). Drugą próbę postanowiliśmy podjąć po przyjeździe do centrum. Do miasta dojechaliśmy z firmą SkyBus, którą wybraliśmy za za pośrednictwem strony AirAsia. Bilety kosztowały nas 20 RM. Bus jechał trochę ponad godzinę do głównej stacji KL Sentral. Tam na początku miał się rozpocząć nasz spacer do hotelu, ale kobiety które pytaliśmy o drogę, wybiły nam to z głowy. Podpowiedziały natomiast, że najlepiej jak pojedziemy kolejką monorail. Był to świetny wybór, ponieważ bilety kosztowały łącznie tylko 2 RM, a od stacji Pasar Seni do hotelu mieliśmy raptem kilka kroków.

Na koniec dnia przekroczyliśmy bramy kulinarnego królestwa w dzielnicy Chinatown. Nie mieliśmy możliwości dokładnego obejrzenia wszystkiego, co tam serwują z uwagi na późną porę, ale co zjedliśmy to nasze. Zdecydowaliśmy się na grillowane szaszłyki, na które składały się różne mięsa, owoce morza i warzywa. Ceny jak z bajki od 1 do 5 RM za patyka z pysznościami. Później skusiliśmy się jeszcze na ryż z kurczakiem przyrządzany w specjalnym kociołku. Chinatown od razu dobitnie zaznaczyło się w naszej pamięci.

Dzień 2

Szukając informacji o Kuala Lumpur, natknąłem się na blog zuinasia.wordoress.com, który prowadzi Polka mieszkająca na stałe w stolicy Malezji. W jednym z napisanych przez nią postów, została przedstawiona propozycja na trzydniowe zwiedzanie Kuala Lumpur i okolic. Zaprezentowana w tym poście idea stała się dla nas na tyle ciekawa, że postanowiliśmy zrealizować przygotowany przez nią plan. Pierwszego dnia, który określony został „malajskim”, wybraliśmy się na zwiedzanie następujących atrakcji miasta:

1.Meczet Narodowy – meczet znajduje się nieopodal stacji Pasar Seni (zresztą jak reszta odwiedzanych miejsc w tym dniu). Wstęp do meczetu jest darmowy, a przed wejściem należy założyć nieodpłatnie wypożyczony strój. Zwiedzanie nie zajęło nam więcej jak 20 min. Po prostu meczet nie jest tak okazały jak np. w Abu Dhabi. Dobre wrażenie robi jedynie główna hala, gdzie odbywają się modlitwy (turyści nie mogą wejść do środka). Innymi atrakcjami w meczecie są fotele masujące oraz wiele gniazdek elektrycznych, z których korzystali wierni, modlący się na facebooku.

 

2. Muzeum Sztuki Islamskiej – nie wiem dlaczego, ale za muzeami nie przepadam. Chyba o prostu nie potrafię się skupić na tym, co oglądam w takich miejscach. Tym razem myślałem, że będzie podobnie, ale przyznam szczerze, że Muzeum Sztuki Islamskiej zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Sztuka islamska jest naprawdę fenomenalna i inspirująca. Tym razem za bilety musieliśmy już zapłacić, lecz tylko po 12 RM (było warto!). Wybierając się tutaj warto przeznaczyć minimum 2h na zwiedzanie. Pomieszczeń do oglądania jest kilka. Zwiedzanie rozpoczyna się od piętra, na którym znajdują się makiety najbardziej znanych meczetów na świecie. W kolejnych znajdziemy przedmioty związane z literaturą, ubiorem i życiem codziennym. Naprawdę warto odwiedzić to muzeum, bo jest piękne i dostarcza wielu cennych informacji o kulturze islamskiej.

3. Park ptaków – to kolejna atrakcja, którą odwiedziliśmy tego dnia i nie żałujemy. Jak sama nazwa wskazuje zobaczyliśmy wiele ptaków – cudownych (większość z nich pierwszy raz w życiu). Cześć z nich latała sobie „na wolności” (pod wielką siatką, która robi za dach), a część była zamknięta w klatkach. Ptaki nie uciekały przed ludźmi, którzy w specjalnych strefach mogli je karmić do woli. Mieliśmy też szczęście uczestniczyć w bird show, które odbywa się dwa razy w ciągu dnia. Prezentowane były ciekawe sztuczki, za które ptaki otrzymywały nagrody. Prowadzący ze swoim poczuciem humoru dopełnił cały pokaz. Jest to bez wątpienia obowiązkowy punkt w KL, choć bilet wstępu to wydatek rzędu 48 RM za osobę. Jeśli chcecie obejrzeć niespotykane okazy ptaków z różnych zakątków świata  (papugi, pawie, tucany, strusie, sowy i wiele innych), to park ptaków jest na to idealnym miejscem.

4. Park jeleni – w przypadku tego parku ciężko o ocenę. Gdybym miał się jednak o nią pokusić to powiedziałby, że nic specjalnego. Park jest darmowy, przechodzi się go w 10 minut, a jedyną atrakcją jest możliwość zobaczenia krzyżówki myszy z jeleniem (mousedeer) – zwierzęcia typowego dla Malezji.

5. Planetarium – na koniec zwiedzania przeszliśmy się jeszcze do planetarium. Zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo za jakiś czas mieli je zamknąć. Szedłem do niego z myślą, że zobaczę jakiś gwiazdozbiór przez teleskop, lecz niestety żadnego pokazu nie było. Wejście do planetarium jest darmowe. Jest ono czymś pokroju Centrum Kopernika w Warszawie, lecz ograniczone do jednego tematu. Kosmos, wszechświat, to zupełnie nie moja bajka. Osoba lubiąca takie klimaty na pewno lepiej odebrałaby to miejsce niż ja. Przede wszystkim dużą frajdę miały dzieciaki, które robiąc doświadczenia mogły dowiedzieć się wielu ciekawych informacji co i skąd pochodzi oraz jaki to ma wpływ na nasze życie codzienne.

 

 

Dzień zakończyliśmy ponownie na kolacji w Chinatown. Naprawdę było coraz trudniej zdecydować się co zjeść, bo chciałoby się po prostu wszystko. Ponadto, na targowisku zrobiliśmy pierwszy zakup – w moje posiadanie weszła koszulka converse za 20 RM (niby podróbka, ale ciężko odróżnić od oryginału). Gdyby to była nasza ostatnia destynacja, to musielibyśmy dokupić walizkę na ciuchy – ceny są tutaj bezkonkurencyjne.

Dzień 3

Trzeci dzień zaplanowany był na odkrywanie uroków kultury indyjskiej. Pojechaliśmy rano pociągiem do Batu Caves za 4 RM. Jest to kompleks jaskiń odkrytych pod koniec XIX w., w których wnętrzu zbudowane są świątynie. Pociąg (KTM) z dworca Kuala Lumpur (znajduje się przy stacji Pasar Seni) jechał 20 min. Atrakcja znajduje się 50 metrów od stacji Batu Caves i jest darmowa.

Po wyjściu z pociągu od razu w oczy rzuca się olbrzymia figurka bóstwa mającego postać małpy. Z kolei przy głównym wejściu do jaskiń, do których prowadzą 272 schody, postawiony jest jeszcze większy pozłacany posąg, tym razem dewy wojny i śmierci (według wierzeń hinduistòw) – Karttkieji. Schody podzielone są na trzy części i jeśli nie chcemy żeby duchy się rozzłościły, to nie powinniśmy poruszać się po części środkowej. Podobno jest zarezerwowana właśnie dla nich. Podczas wchodzenia i schodzenia należy uważać na liczne małpy, które bez skrupułów kradną ludziom wszystko, co sobie upatrzą.

Gdy weszliśmy na górę naszym oczom ukazała się ogromna jaskinia, w której zobaczyliśmy kilka świątyń i kapliczek. W czasie naszej wizyty w jednej z nich odbywała się ceremonia, ludzie śpiewali i grali na instrumentach. Cześć z nich składała kwiaty przy posągu, część zapalała świeczki, a jeszcze inni malowali twarze. Jaskinie swoim ogromem oraz zagospodarowaniem zrobiły na nas wrażenie.

Po zejściu zwiedziliśmy jeszcze inne pobliskie i ogólnodostępne świątynie. Skusiliśmy się także na wejście do jaskini z posągami, które przedstawiały sceny z życia bóstw. Kosztowało to nas 10 RM. Atrakcja adekwatna do ceny.

Kolejnym celem po Batu Caves była dzielnica Little India, do której bardzo łatwo można tam trafić. Wystarczy dojechać do dworca głównego KL Sentral, a następnie kierować się znakami (znajdują się one przy stanowisku autobusów odjeżdżających na lotnisko). Spacer powinien trwać maksymalnie 10 min. Szczerze mówiąc liczyłem na coś więcej. Oprócz ulicy wzdłuż której ciągną się kolorowe łuki oraz niedziałającej fontanny, nie zobaczyliśmy nic nadzwyczajnego. Oczywiście znajdziemy tam pełno sklepów z przeróżnymi hinduskimi rzeczami, czy restauracji serwujących indyjskie jedzenie. Jednak to wciąż mało jak na nazwę dzielnicy. Udało nam się za to kupić kartę sim (sieć Digi) z internetem na tydzień czasu, który przydać się miał na wyspach Perhentian. Koszt 20 RM.

Ostatnim punktem zwiedzania było zobaczenie najbardziej rozpoznawalnych budynków w Kuala Lumpur, czyli bliźniaczych wież Petronas. Pomimo swojego imponującego wyglądu i wysokości są prawie o połowę niższe (452 m) niż Burj Khalifa w Dubaju. Pod wieże (na stację KLCC) dojechaliśmy kolejką monorail z KL Sentral. Bilet kosztował 3,20 RM za dwie osoby. Pierwsza wieża należy w zupełności do firmy Petronas, natomiast druga oferuje swoją powierzchnię dla wielu innych światowych marek. Obie wieże połączone są łącznikiem na wysokości 41 i 42 poziomu. Przy wieżach stoi galeria handlowa Suria, która posiada setki sklepów i restauracji. Pokręciliśmy się trochę po jej poziomach, zjedliśmy obiad oraz lody durianowe jako deser (podarujcie takie swoim wrogom). Następnie wyszliśmy na zewnątrz galerii i usiedliśmy przy fontannach, zajadając się jacky fruit i czekając na pokaz o 20. Wieże Petronas dobrze jest fotografować z mostku przy fontannach. W ich pobliżu znajduje się także niewielki park z odkrytym basenem, ale raczej dla dzieciaków. Parę minut po 20 rozpoczął się pokaz i trwał 10 minut. Odbiór niestety został zakłócony przez fanatyków selfie, którzy chwilę po rozpoczęciu tłumnie podbiegli do fontann zrobić sobie milion takich samych zdjęć. Pokaz sam w sobie może nie był wielkim show, ale całkiem przyjemnie się go oglądało i na pewno warto zjawić się wieczorem pod wieżami żeby go zobaczyć.

Dzień 4

Ostatni dzień w Kuala Lumpur wypełniony był chińskimi symbolami. Naszego zwiedzanie nie mogliśmy rozpocząć inaczej, jak od wizyty w największej chińskiej świątyni Thean Hou. Świątynia położona na wzgórzu, kilka kilometrów od dworca centralnego, poświęcona jest bogini morza Tian Hou. Łączy ona w sobie elementy zarówno buddyjskie jak i taoistyczne. W głównej świątyni można wylosować dla siebie wróżbę. Bierze się stos patyków i rzuca do pojemnika. Z patyka, który wystaje najwyżej należy odczytać numerek, a następnie otworzyć skrytkę z taką samą liczbą. Przepowiednia kosztuje 1 MYR. W pobliżu świątyni znajdują się także rozstawione figury zwierząt. Znając swój rok urodzenia można sprawdzić jaki znak zodiaku jest naszym odpowiednikiem w horoskopie chińskim. W moim przypadku wyszło, że jestem smokiem, a w przypadku Pandzi mokra fretka (żartuję, wyszedł wąż). Na miejsce dostaliśmy się taksówką. Można dojść również pieszo, ale spacerowanie po KL nie należy do najprzyjemniejszych. Za transfer zapłaciliśmy 25 MYR.

Po odwiedzeniu Świątyni Thean Hou pojechaliśmy do naszej ulubionej dzielnicy Chinatown. Przyszedł w końcu czas na odwiedzenie słynnego targu – Central Market. Wszyscy fani zakupów i pamiątek powinni do niego trafić. Różnorodność towarów jest ogromna. Meczące mogą być ciągłe nawoływania sprzedawców, ale jak ktoś lubi zakupy, to nie będzie zwracać na to uwagi. Pamiętajcie – bez targowania nic nie kupujcie.

Kolejnym punktem okazała się Świątynia Guan Di Temple znajdująca się 100 m od naszego hotelu. Na pewno mniej okazała od Tian Hou, ale bez wątpienia warto zajrzeć chociaż na chwilę i zobaczyć ceremonię. Z kolei, po drugiej stronie ulicy stoi najstarsza hinduska świątynia w KL – Sri Mahamariamman Temple. Mówiąc szczerze jej piękno kończy się na dachu, który jest ozdobiony setkami figurek hinduskich bóstw.

Nasz czwarty dzień w stolicy Malezji zakończył się podobnie jak trzy poprzednie, czyli w Chinatown chłonąc tamtejsze klimaty. Udało nam się nawet znaleźć koszulkę z Bobem Marleyem dedykowaną dla polskich fanów. Po kolacji, na którą składały się nieocenione szaszłyki, wróciliśmy do hotelu. Na miejscu przepakowaliśmy się odkładając zimowe ciuchy do hotelowego magazynku. W Kuala Lumpur mieliśmy pojawić się jeszcze raz, za tydzień po powrocie z wysp Perhentian. Rezerwacja noclegu w tym samym hotelu, co przed wyjazdem, dała nam bezproblemową możliwość pozostawienia w hotelu zbędnych na wyspie rzeczy.

Koszty w Kuala Lumpur (5 dni):

1.Hotele – 94$ (329 RM).
2.Transport:
a) Bilety lotnicze na trasie Colombo – Kuala Lumpur – 120$ (392 RM),
b) Bilety na SkyBus x 8 – 17$ (60 RM),
c) Transport publiczny 13$ (48 RM).
3. Jedzenie – 100$ (371 RM).
4. Bilety wstępów – 35$ (130 RM).
5. Inne – 24$ (90 RM).

Łącznie (2 osoby): 403$ (1419 RM – 1423 zł).

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *