Chill w Chile.

Opublikowano Chile

Dzień 1

Kiedy na stronie Fly4free.pl pojawiła się promocja na loty do Ameryki Południowej, z podjęciem właściwej decyzji o zakupie biletów nie miałem najmniejszych problemów. Bilet z Berlina do Chile i z powrotem w kwocie niecałych 300 euro, to jak złapanie Pana Boga za nogi. Musiałem tego doświadczyć.

Nie będę opisywał teraz części pośredniej, czyli obowiązkowych przystanków na trasie. Wspomnę tylko, że całość trasy wyglądała następująco: Berlin – Madryt – Santiago de Chile – Madryt – Madryt. W tym przypadku obowiązkowy postój i przesiadka w stolicy Hiszpanii to pewnego rodzaju bonus.

Po wielogodzinnym locie z Madrytu w końcu dolecieliśmy. O godzinie 8:30 po opuszczeniu samolotu uderzyła w nas fala gorącego powietrza. Jak zawsze, na samym początku czekała na nas emigracyjna zabawa. Już w samolocie wręczono nam specjalne formularze, które wypełnione musieliśmy przedstawić urzędnikowi celnemu. Zdecydowanie było z tym mniej zamieszania, niż na Dominikanie. Na lotnisku w Chile jeden urzędnik pozbierał formularze, a drugi wbił pieczątkę. Zero opłat, zero pytań, to lubię. Niespełna minutę trwały wszelkie procedury. Co ważne każdemu prześwietlano bagaże pod kątem wwożenia na teren Chile niedozwolonych produktów. U nas kontrola nic nie wykazała.

Do centrum postanowiliśmy dojechać autobusem prywatnego przewoźnika. Walkę o klienta na lotnisku toczą dwie firmy: Tur Bus oraz Centroaeropuerto. My skorzystaliśmy z usług tego drugiego. Bilet w dwie strony kosztował nas 5800 peso. Za nim jednak wyruszyliśmy do centrum miasta, to zostawiliśmy plecaki w przechowalni bagażu. Za nasz ekwipunek naliczono nam opłatę w wysokości 6000 peso za cały dzień.

Przejazd do centrum trwał około 30 minut. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, tj. Los Heroes i stamtąd rozpoczęliśmy spacer po mieście. Pierwszy odwiedzonym przez nas miejscem był Plac Konstytucyjny, na którym odbywała się defilada. Świętowano w ten sposób kolejną rocznicę zamachu, w którym zginęło wielu żołnierzy chilijskich. Po ciekawym dla oka pokazie, skierowaliśmy się w stronę głównej ulicy miasta zmierzającej do Plaża de Armas. Niestety, plac ten okazał się jednym wielkim polem budowy, więc długo tam nie pozostaliśmy. Przy okazji zakupiliśmy w sklepie kartę sim w cenie 5000 peso. Na karcie do przegadania było 10 minut. Dodatkowo otrzymaliśmy 40 smsów i 40 MB do wykorzystania. Jednocześnie po raz pierwszy przełamaliśmy barierę językową podczas zakupów.

Korzystając z bliskości do Mercado Central nie odmówiliśmy sobie przyjemności odwiedzenia miejsca pełnego owoców morza. A wybierać było w czym… Wewnątrz targowiska znajdują się restauracje, w których można spróbować wszystkich specjałów. My trafiliśmy do polecanej Donde Augusto, ale ostatecznie zostawiliśmy sobie konsumpcje dań na ostatnie dni podróży po Chile.

Do następnego punktu naszej miejskiej wycieczki pomógł nam dotrzeć kelner od Augusto. Dzięki jego wskazówkom dotarliśmy do dzielnicy Bellavista bez większych problemów. W miejscu tym znajduje się ogromny park, o którego wielkości przekonaliśmy się dopiero, gdy staliśmy pod bramą. Kasjerka powiedziała nam, że trasa do punktu widokowego liczy około 6 km w jedną stronę. A to była tylko połowa całej trasy dookoła parku. Musieliśmy się poddać. Zmęczenie lotami, do tego ponad 30 stopni ciepła. Park trafił na listę rezerwową. Chcieliśmy wrócić do niego po powrocie z kilkudniowej wycieczki po pustyni.
Chcąc jednak zobaczyć miasto z góry, podeszliśmy do innego punktu widokowego, zdecydowanie łatwiejszego do zdobycia. Znajduje się on w ogrodach św. Lucyny (przystanek St.Lucia). Wejście schodami na sam szczyt zajęło nam 15 minut. Widok jaki ukazał się naszym oczom zrobił na nas wrażenie.

Przyszedł w końcu czas na jedzenie. W wyborze pomógł nam tripadvisor. Wybraliśmy peruwiańską restaurację, gdzie za 18000 peso z napiwkiem zjedliśmy talerze pełne ryżu, mięsa, groszku i sosu z domieszką pisco sur (ja) oraz makaronu z owocami morza (sepia, krewetki, ośmiornica – Pandzia). Do obiadu zamówiliśmy jeszcze lokalny napój – cola inka (coś na wzór naszej lemoniady z firmy Hellena) oraz wodę.

Po obiedzie zrobiliśmy drobne zakupy i po ponownym przejściu na przystanek Los Heroes wróciliśmy autobusem na lotnisko. Tutaj też dokupiliśmy nową kartę sim z doładowaniem pakietu internetowego do 500 MB. Wyniosło to nas 14000 peso. Dosyć dużo, ale przez kolejne dni internet miał być nam niezbędny. O 2:05 czekał nas lot linią LAN Airlines w kierunku Patagonii, czyli miejsca, które od początku planowania wyjazdu do Chile było naszym absolutnym nr 1. Torres del Paine miało się nam pokazać z najlepszej strony.

Dzień 2

Nieważne, która jest godzina, ważne że trzeba coś zrobić. My o 5:30 dolecieliśmy do Punta Arenas. Dnia poprzedniego skontaktowaliśmy się z właścicielem obiektu, w którym mieliśmy nocować. Dogadaliśmy się, że pokój otrzymamy pomiędzy 8:00 a 9:00, więc po przylocie mieliśmy jeszcze zapas czasu, żeby dotrzeć do centrum.

Lotnisko od Punta Arenas oddalone jest o około 20 km. Do miasta dojechać można autobusem lub taxi. Ciężko było dowiedzieć się czegokolwiek o tym lotnisku z internetu. Codziennie jest tutaj obsługiwanych tylko kilkanaście lotów. Po przebyciu 3272 km, znacznie zmieniła się temperatura, która spadła z 34 do 10 stopni. Musieliśmy z plecaków wygrzebać cieplejsze ubrania. Kolejne 30 minut przesiedzieliśmy w poczekalni. Po upływie czasu przeszliśmy na stanowisko autobusowe. Zero informacji o tym co, gdzie i przede wszystkim o której jedzie, a na lotnisku nikt z obsługi nie mówił po angielsku. Po rozmowie z napotkanym turystą, poszliśmy do okienka zamówić taksówkę. Jednocześnie ustaliliśmy, że cena za autobus do centrum wynosi 3000 peso za osobę, a za taksówkę 8000 peso za przejazd. W naszym przypadku wyszła różnica 2000 peso (lekko ponad 3$), więc praktycznie żadna.

Pod recepcją hostelu wysiedliśmy o 7:30. Drzwi otworzyła nam gospodyni domu. Poinformowała nas, że w naszym pokoju jeszcze ktoś śpi. Trochę zawiedzeni usiedliśmy w poczekalni. Sklepy były otwierane dopiero o 9, więc nie było sensu jeszcze wychodzić. Po 15 minutach gospodyni wróciła do nas częstując herbatą, po czym oznajmiła, że pozamieniała rezerwacje i wkrótce otrzymamy pokój. Tak też się stało. Nie tracąc czasu doprowadziliśmy się do porządku i udaliśmy się do centrum poszukać agencji turystycznej.

Nie planowaliśmy tego, ale w naszej podświadomości wciąż to żyło – wyspa Magdallena. Punta Arenas miało być dla nas tylko miejscem przesiadkowym. To stąd odjeżdżają autobusy do Puerto Natales. Dzień, w którym przylecieliśmy miał być przeznaczony na zwiedzanie miasta. Nad ranem kolejnego dnia mieliśmy przejechać autobusem do Puerto Natales. Kiedy jednak usłyszałem, że wycieczka na wyspę Magdalleny i Marty trwa tylko pół dnia (7-12), to od razu zapaliła się lampka w główce. Postanowiliśmy przejazd busem przenieść na godziny popołudniowe, a rano popłynąć na wyspy. Pozostało nam już tylko znaleźć biuro turystyczne i wykupić wycieczkę. Problemu z tym nie mieliśmy, bo ledwo wyszliśmy za bramę hostelu, to przyczepił się do nas mieszkaniec Punta Arenas i zaczął nas prowadzić do celu. Oczywiście mówił tylko po hiszpańsku i nie przeszkadzało mu to, że nic nie rozumiemy (nasze esperanto sprawiło, że jednak trochę informacji przetworzyliśmy na polski). Głównym celem naszego przewodnika stało się znalezienie nam agencji, gdzie mówią po angielsku. Przechodził od jednej do drugiej agencji i zadawał pracownikom milion pytań. Po godzinie, w mieście już wszyscy wiedzieli, że przyjechali Polacy i chcą płynąć na wyspy. Suma summarum cel swój osiągnął, bo doszliśmy do właściwego biura. Na wszelki wypadek wszedł z nami do środka, żeby znów poinformować pracowników, że jesteśmy z Polski i niech nikt się nie odważy z nami rozmawiać po hiszpańsku. Następnie ukłonił się i wyszedł. Byliśmy w mega szoku, bo pierwszy raz ktoś zrobił coś takiego dla nas za zwykłe ‚gracias’, a nie pieniądze. Ostatecznie w agencji wykupiliśmy wycieczkę za kwotę 104000 peso na następny dzień. Chcieliśmy też od razu dopiąć sprawę autobusu do Puerto Natales, dlatego udaliśmy się do operatora Tur Bus, gdzie kupiliśmy bilety z rezerwacją miejsc. Dwie główne sprawy zostały poprawnie załatwione, więc pozostało nam już tylko zwiedzanie.

Punta Arenas nie jest atrakcyjną miejscowością dla turystów, jeśli chodzi o samo zwiedzanie miasta. Podobno za największą atrakcję uznaje się tutaj cmentarz miejski, z czym muszę się zgodzić. Co jakiś czas ogląda się pomniki i to byłoby na tyle. W centrum znajdują się jeszcze 3 muzea, ale nie odwiedziliśmy, bo nie lubimy. Zresztą i tak wszystko byłoby pewnie po hiszpańsku.

Czas na jedzenie. W Punta Arenas stołowaliśmy się dwa razy tego dnia. Za pierwszym razem w południe, a za drugim na wieczór. W wyborze miejsc pomógł nam ponownie tripadvisor. Dzięki tej stronie trafiliśmy do Kiosko Roco, gdzie zjedliśmy domowe tosty z chorizo i serem. Za całość (6 tostów z herbatą i mlekiem bananowy) zapłaciliśmy 4000 peso.

Z kolei wieczorem jedliśmy w restauracji Luna. Lokal ma piękny wystrój. Na ścianie wisi mapa i goście mogą zaznaczać na niej skąd przyjechali. Oprócz tego porozwieszane są także banknoty ze świata z dedykacjami. Polskie złotówki również wisiały na ścianie. Na kolację zamówiliśmy ceviche- sałatkę z surowej ryby w sosie limonkowo-cytrynowym (ryba pod wpływem soku „gotuje się”); królewską rybę ze smażonymi ziemniakami, smażone krewetki na ostro. Cała kolacja kosztowała nas 23.500 peso. Kiedy wracaliśmy do domu, tj. około 21, na zewnątrz było nadal jasno.

Dzień 3

Nic się nie zmienia, wstajemy o 5:30. Jemy śniadanie dostarczone nam przez gospodynię i wychodzimy po 6, żeby zdążyć na wycieczkę. Idziemy 20 minut po pustych ulicach i przed czasem meldujemy się w biurze turystycznym. O godzinie 7:00 przyjeżdżają po nas busy (było około 20 turystów) i zawożą na przystań skąd mamy płynąć na wyspy.

Co na tych wyspach się znajduje? Na pierwszej (wyspie Magdaleny) mieszkają sobie pingwiny, tutaj też mają swoje kolonie. Na drugiej (wyspie Marty) z kolei są największe kolonie lwów morskich na świecie. W biurze obiecali je nam pokazać i słowa dotrzymali.
Po wycieczce wróciliśmy do Punta Arenas. Odebraliśmy pozostawione w recepcji naszego hostelu plecaki i poszliśmy coś zjeść przed odjazdem do Puerto Natales. Tym razem wybór padł na telepizzę, w której zamówiliśmy średnią pizzę z gratisem w postaci 1.5 l coca coli. W Chile cola to nektar Bogów, wszędzie widać ludzi z butelkami. 3 litrowa butelka? Nie ma sprawy, zapraszamy do Chile. Dzień bez coli to dzień stracony. Żłopią ją na potęgę, co przekłada się na ich sylwetkę (zwłaszcza kobiet). Nie oszukując ja też lubię sobie wypić, ale porównując moje zdolności z tutejszymi możliwościami, to tak jakbym w ogóle jej nie pił. Ja jeszcze po prostu raczkuję. Po obiedzie wsiedliśmy w busa do Puerto Natales, który kosztował nas 12000 peso. Autobus jechał 3,5h pokonując 200 kilometrów i zabierając wszystko oraz wszystkich po drodze.

W Puerto Natales nie mieliśmy większych problemów ze znalezieniem naszego hostelu. Zakupiliśmy w nim bilety autobusowe do Torres del Paine za 28000 peso (powrotne) na 7:50 kolejnego dnia. Po czym wyszliśmy jeszcze do sklepu zakupić ostatnie produkty na wyjazd, ponownie sprawdziliśmy trasę przejścia szlaku ‚W’ i poszliśmy spać.

Dzień 4

Szóstego dnia zaczynaliśmy prawdziwą górską przygodę. Postanowiliśmy odwiedzić Torres del Paine i przejść w 4 dni popularny szlak „W”.

Z Puero Natales wyjechaliśmy zapełnionym autobusem o 7:50. Do pokonania było ok. 150 kilometrów. Po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na kawę. Połowa drogi biegła po asfalcie, druga przypominała islandzką drogę szutrową, tylko gorszej jakości. Przed 10 podjechaliśmy do bram parku (Laguna Armaga), gdzie czekało na nas trochę procedur administracyjnych. Zakupiliśmy bilety za 36000 peso i obejrzeliśmy film o rzeczach, które w parku są zabronione. Następnie wróciliśmy do autobusu, który zawiózł nas do przystanku Pudeto. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, przy pomoście stał już zacumowany katamaran. Z jego pomocą mieliśmy przepłynąć jezioro Pahoé i dotrzeć do schroniska Paine Grande. Transfer z Pudeto do Paine Grande trwał 30 minut i kosztował nas 30000 peso. Katamaran wypływa dwa razy dziennie. Pierwszy kurs zaczyna się o 12 i my załapaliśmy się właśnie na niego. Na statku był komplet osób. Ułożenie plecaków przez załogę to była czysta poezja. Od początku dnia pogoda nam sprzyjała, była wręcz idealna. Przede wszystkim dużo słońca i brak opadów. Sytuacja ta zmieniła się nieznacznie na terenie parku. Paine Grande przywitało nas niewielkimi opadami deszczu. Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do budynku schroniska, żeby przygotować się do trekkingu. Tego dnia czekało nas jeszcze 11 kilometrów do przejścia. Mapa, którą dostaliśmy w biurze dawała nam 3,5h na pokonanie dystansu. Nasze podejście zaczęło się o 12:50. Na początku widoki nie były specjalne, ciężko było też robić zdjęcia, bo zacinał deszcz. Zajęliśmy się więc przejściem pierwszego i większego podejścia. Po jego ukończeniu naszym oczom ukazał się widok pięknej Laguny Los Patos. Aparat w końcu mógł zostać użyty. Kilka pstryknięć i idziemy dalej. Trasa jest dobrze oznakowana, więc zgubić się raczej nie można. Naszym kolejnym przystankiem stał się punkt widokowy na jeziorze Grey. Jeszcze piękniejszy widok na dodatek z czołem lodowca w tle. Aparat rozgrzał się do czerwoności. Połowa trasy była już za nami. Osiągnęliśmy wysokość maksymalną tego odcinka, więc przed nami było już tylko zejście. Na trasie pojawiło się trochę więcej błota i wody więc tempo nie było zbyt szybkie. Po 3,40h dotarliśmy do schroniska Grey, gdzie się zameldowaliśmy, wykupiliśmy śpiwory za 10600 peso i zostawiliśmy nasze bagaże. Następnie poszliśmy pod czoło lodowca na punkt widokowy. Widoki rzadko spotykane.

Po powrocie czekała na nas kolacja składająca się z 3 dań. Zupy z grochem oraz makaronem, ziemniaków pieczonych z indykiem oraz deseru pana cotta. Gdy rezerwowałem noclegi w schroniskach, wyżywienie było dodatkowo płatne. Na miejscu okazało się, że śniadanie, lunch oraz kolację mamy w cenie noclegu. Był to dla nas lekki szok, bo cena takiego zestawu do wykupienia przez turystów to około 40$. Pierwszy dzień był męczący, ale pogoda i widoki wynagrodziły nam wszystko.

Dzień 5

Następnego dnia musieliśmy wrócić tą samą trasą. Po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy na szlak. Była godzina 9:35. Pogoda dalej nam sprzyjała, tzn. nie padał deszcz. Początek trasy był najtrudniejszy, bo musieliśmy pokonać strome wejście. Im wyżej wchodziliśmy tym mocniej wiało. Mówię tutaj o takim wietrze, który pozwalał nam z trudnością ustać na nogach. Przeszliśmy wietrzny odcinek, a następnie stopniowo zaczęliśmy schodzić ze wzniesienia. Do schroniska Paine Grande dotarliśmy o 12:45, tym samym powrót zajął nam 3h i 10 minut.

Po zameldowaniu się w pokoju i odebraniu voucherów na jedzenie, przeszliśmy się kawałek w stronę punktu widokowego przy jeziorze Lago Pehoé. Po powrocie wykąpaliśmy się i zasiedliśmy w wygodnych fotelach. Przyszedł czas na relaks z książką.

Dzień 6

Torres del Paine nie było dla mnie łaskawe. Pierwszego dnia się przeziębiłem i miałem wielki katar. Drugiego dnia przewiało mi szyję. Liczyłem, że to koniec problemów zdrowotnych, bo trzeci dzień w parku był dla nas największym wyzwaniem. Do pokonania mieliśmy około 25 km. Na dystans ten składały się 3 odcinki. Pierwszym było przejście ze schroniska Paine Grande na camping Italiano (7,6 km, 2,5h). W tym miejscu była możliwość dalszego przejścia (drugi odcinek) do schroniska Los Cuernos (5,5 km, 2,5 km) lub na punkt widokowy Britanico prowadzący przez Valle de Frances (13,3 km, 5 h w dwie strony). Ostatnim odcinkiem (jeśli wybraliśmy opcje z dłuższym szlakiem przy drugim odcinku) był wspomniany trekking z campingu Italiano do schroniska Refugio Los Cuernos. My zdecydowaliśmy się na dłuższą trasę, dlatego przed nami był cały dzień chodzenia po górach.

Nasze plany zweryfikowała pogoda, która jak zawsze w górach ma najwięcej do powiedzenia. Prognozy na ten dzień nie wróżyły nic dobrego. Na szczęście w nocy się dobrze wygrzałem i ból szyi osłabł. Na szlak ruszyliśmy o 7:50 zaraz po śniadaniu. Po godzinie czasu zdecydowaliśmy się na założenie naszych hiperpelerynek, które ocalić nas miały przed potopem. Szanse na zrobienie zdjęć bez pokropienia obiektywu sięgają 10%. Czas przejścia z Paine Grande do campingu Italiano skracamy do 2h. Tutaj czekała nas niemiła niespodzianka, bo wejście na punkt widokowy Britanico był zamknięty. Otwarty był tylko punkt widokowy znajdujący się na 1/3 trasy. Zdecydowaliśmy się podejść. W oddali widzieliśmy przebijający się przez chmury lodowiec del Francés. Po około 20 minutach na zawróciliśmy, bo nie było widać szans na poprawę pogody. Mieliśmy alternatywę zobaczenia jedynie góry we mgle, a to znowu nie była dla nas żadna atrakcja. Wróciliśmy na camping Italiano, uzupełniliśmy poziom cukru i weszliśmy na kolejny szlak, tym razem do schroniska Los Cuernos. Na trasie było pełno wody i kałuży. Kolejny raz walczyłem o to, żeby zrobić zdjęcie. Widoki ładne, ale tylko oczy mogą je zarejestrować. Po kolejnej godzinie dotarliśmy, o grotesko, do plaży. Plażowanie zawieszone, bo wciąż pada. Wiatr, który tego dnia miał dochodzić do 90km/h zrobił z mojej hiperpelerynki sieczkę. Straciłem supermoc, a przed nami czekała kolejna przeszkoda. Przyszła pora na lekcję utrzymania równowagi. Musieliśmy przejść po kamieniach przez rzekę. Nasze próby okazały się być skuteczne, bo znaleźliśmy się po drugiej stronie. W zasięgu naszego wzroku przez cały czas było ogromne jezioro Nordernskjöld. Po drugiej stronie góry, w tym Cuernos del Paine o wysokości 2600 m.n.p.m. Wciąż padało, wiatr jakby ucichł. W końcu dotarliśmy do Schroniska Los Cuernos. Wczasy się skończyły. Ponownie dostajemy łóżka w pokoju wieloosobowym i na tym koniec. Jesteśmy na terenie prywatnym, więc zaczyna się biznes. Schronisko obsługuje FantasticoSur. Kolacja dla dwóch osób 30000 peso, śpiwory taniej niż w poprzednich schroniskach – 10000 peso. Wzięliśmy prysznic, rozłożyliśmy mokre ciuchy przy kominku i usiedliśmy w jadalni. Do schroniska zeszli pozostali wędrowcy. O 15:00 rozpogodziło się, tzn. przestało mocno padać. Wyleciałem z aparatem na zewnątrz i zrobiłem zdjęcia wszystkiemu, co się odkryło przed obiektywem.

Co będziemy jeść na kolację mogłem zgadywać w ciemno. Oczywiście moje przypuszczenia były słuszne, bo podano nam kurczaka z ryżem. Daniem poprzedzającym była zupa dyniowa, a na deser zaserwowali nam coś co od pierwszego dnia w Chile wzbudzało we mnie zaciekawienie – Mote con huesillo. Przypomina to polski kompot. Składa się z pszenicy (mote), suszonych brzoskwiń (huesillo), wody i odrobiny cukru.

Wieczorem po jadalni zaczęła krążyć wydrukowana na kartce papieru prognoza pogody na kolejny dzień. Na twarzach pojawiły się uśmiechy, bo była diametralnie inna od tej, która towarzyszyła nam przez cały dzień.

Dzień 7

Półmetek został wczoraj osiągnięty. Jesteśmy coraz bliżej ukończenia naszego treku. Dzisiaj czeka nas przejście ze Schroniska Los Cuernos do Schroniska Chileno. Na naszym liczniku przebytych kilometrów dodajemy kolejne 16 do przejścia. W zanadrzu trzymaliśmy plan podejścia pod Wieże Las Torres, czyli kolejne 5h chodzenia według mapy. Wszystko oczywiście musiało być podporządkowane pogodzie.

Budzik zadzwonił o 6:40. Jako pierwszy z naszego pokoju 9-osobowego podnoszę się z łóżka. Przechodzę do jadalni i moim oczom ukazuje się niebieskie niebo, na którym zawieszonych jest kilka chmurek. Góry i szczyty odkryte, przyszła szansa na powodzenie naszego planu. Jemy szybko śniadanie „pod górką” i ruszamy na szlak o 7:30. Tego dnia przydałyby się letnie ubrania, bo brak wiatru sprawia, że jest naprawdę ciepło. My niestety musimy porzucać kolejne warstwy naszego ubioru, żeby się nie zagotować. Gdyby Mickiewicz tutaj był, to zachwyty nad Litwą szybko by porzucił. Mijamy kolejne góry (Monte Almirante Nieto 2670m n.p.m), jeziora i laguny. Po jakimś czasie dochodzimy do rozwidlenia dróg. Jedna z nich prowadzi do Hotelu Las Torres, a druga do Schroniska Chileno, do którego zmierzamy. Jest to w pewnym rodzaju skrót do schroniska, ale wejście na ten szlak wiąże się z rozpoczęciem podejścia, więc tempo nam nieco spada. Po następnych 35-45 minutach widzimy turystów idących (z hotelu) równoległym do naszego szlakiem. Po paru chwilach nasze ścieżki się łączą i zaczyna się ostatnie podejście do schroniska. Zajmuje to nam kolejne 20 minut. Po drodze widzimy nadzianych turystów jadących na koniach z hotelu. Na miejscu meldujemy się o 11:30. Czas naszego przejścia między schroniskami wyniósł 4h, a nie jak zakładała mapa 6,5h. Co dla nas najważniejsze pogoda jest nadal idealna. Sprawia to, że decydujemy się wcielić w życie nasz drugi plan, tj. podejść do Base de Las Torres i zobaczyć główną atrakcję Torres del Paine.

Plecaki zostawiliśmy standardowo w pokoju, dlatego nic już nam nie ciążyło. Ze schroniska wychodzimy w południe. Przed nami perspektywa kolejnych 5h wędrówki. Liczymy na to, że i w tym wypadku mapa trochę kłamie. Szlak biegnie w dużej części przez las, lecz nadal jest ciepło. Dochodzimy do campingu Torres o 13 (nadrabiamy 30 min). Spoglądamy na tablice informacyjną i już wiemy, że od Wież dzieli nas ostatnie 45 minut. Od tego punktu zaczyna się już mordercze podejście. Różnica poziomów wynosi ponad 400 m. Musimy wejść na wysokość 913 m. Może to niewiele, ale znaczenie ma też tutaj po czym wchodzimy (duże i ostre kamienie). Sapiemy, ale jesteśmy już tak blisko, że o poddaniu nie może być mowy. Mijamy kolejnych odpoczywających turystów, żeby w końcu zobaczyć to, po co przyszliśmy. Następuje to, co lubię najbardziej. Wszelkie trudy wynagradzane są pięknymi widokami. Naszym oczom ukazują się szczyty, u których stóp spoczywa bajeczne jezioro. Siadamy na głazie i podziwiamy Wieże Torres. Torres del Paine mierzy 2850 m wysokości, a my dopiero znajdujemy się na 900 m. Po odpoczynku wracamy do „domu”, wtedy też niespodziewanie prószy śnieg. Nogi już odczuwają przechodzone kilometry tego dnia. A było ich ponad 20 km. Przed 15 wracamy do schroniska. Plan na Torres del Paine można uznać za wykonany, choć trochę nam żal, że nie zobaczyliśmy Valle de Frances, które było zamknięte. Następnego dnia czekało nas już tylko zejście do Laguny Armaga, gdzie zaczęliśmy i mieliśmy skończyć przygodę z niezwykłym parkiem Torres del Paine. Tego dnia zostało nam jeszcze jedno pytanie bez odpowiedzi. Ciekawe co dostaniemy na kolację? Stawiałem na kurczaka.

Dzień 8

W związku z tym, że udało się nam podejść do Base de Las Torres poprzedniego dnia, w ostatni dzień naszego pobytu w parku pozostało nam już tylko zejście do Laguny Armaga. Pozwalamy sobie na dłuższy sen i o 9:30 wychodzimy ze schroniska Chileno. Pogoda nie jest już taka ładna jak wczoraj, tym bardziej cieszymy się, że wczoraj mieliśmy tyle szczęścia i zobaczyliśmy odkryte Wieże. Zaraz po opuszczeniu schroniska czekało na nas większe podejście, a później zejście z 400 do 135m. Pod Hotelem Las Torres byliśmy 1,5h później. W tym miejscu do wyboru mieliśmy dwie opcje: albo skorzystać z busa hotelowego i podjechać do Laguny Armaga w 7 min za sporą kasę, albo iść kolejne 7 km pieszo i zaoszczędzić. Wybraliśmy oczywiście drugą opcję. Do autobusu mieliśmy jednak 3h czasu, więc postanowiliśmy wejść do restauracji hotelowej i napić się pisco sur (jak to kopie). Barman przygotował nam naprawdę dobre drinki. Przy okazji podładowałem sobie baterię w telefonie, bo w Schronisku Chileno było to niemożliwe. O 12 ruszyliśmy w dalszą podróż, która trwała 1,5h. Autobusy wszystkich firm podjechały do Laguny Armaga o 14:20 i odjeżdżały jeden za drugim po tym jak się zapełniły do ostatniego miejsca. Podróż powrotna była zdecydowanie krótsza czasowo niż w przeciwną stronę.

Zaraz po wyjściu z autokaru udaliśmy się do biura Bus Sur znajdującego się w terminalu autobusowym i zakupiliśmy bilety na następny dzień do Punta Arenas. Nie było problemu z dostępnością miejsc na kurs o 19. Zapłaciliśmy 12 000 peso i poszliśmy do hostelu, który odwiedziliśmy przed wyjazdem do Parku Torres del Paine. Moim największym marzeniem tego dnia było zrobienie prania, bo ubrania po naszej górskiej wycieczce potrzebowały świeżości. W naszym hostelu na nasze szczęście była pralka i za 500 peso (nie wiem dlaczego tak tanio) urzeczywistniliśmy moje marzenie.

Przed zrobieniem prania wybraliśmy się jeszcze na obiado-kolację w lokalnej restauracji. Wybraliśmy taką, gdzie nie serwują kurczaka. Na stół wjechały zupy z owoców morza oraz patagońska jagnięcina, także same rarytasy. Przyszło nam za nie zapłacić 38000 peso z napiwkiem, czyli sporo, ale po 4 dniach jedzenia kurczaka musieliśmy się jakoś odkuć. Po zjedzeniu odwiedziliśmy jeszcze market i wróciliśmy do hostelu odpocząć.

Moje podsumowanie trekkingu po Torres del Paine:

Park jest cudownym miejscem, gdzie góry, lodowce, laguny i jeziora tworzą całość. Na pewno warto było tutaj być, żeby poobserwować piękną przyrodę. Gdybym miał wrócić, to z pewnością zaopatrzyłbym się w inne ciuchy. Warunki na szlaku są tak nieprzewidywalne, że lepiej Pandzie nakarmić, niż się do nich odziać. Kiedy człowiek był grubo ubrany, to słońce wychodziło. Gdy się rozebrał, to wiatr go przewracał. Jak wchodził do góry, to deszcz lał się strumieniami. A gdy schodził, to był już tak przegrzany, że się prawie rozpływał. Wiązanek trochę poszło, zwłaszcza trzeciego dnia w kierunku deszczu. No i w ostatnim schronisku. Bród w toaletach, zimno w pokojach (to akurat problem każdego schroniska – wypożyczają za to naprawdę ciepłe śpiwory), do kontaktów nic nie można podłączyć, nic nie wolno robić – masakra. Pracownicy schronisk bawią się w najlepsze i liczą tylko kasę. Nasza Samotnia przy patagońskich schroniskach to jak hotel 5-cio gwiazdkowy. Jeśli ktoś zamierza nocować na campingu to posiadanie naprawdę dobrego i solidnego namiotu jest niezbędne. Ogólnie zrobienie trasy ‚W’ wiąże się z dużymi wydatkami, jeśli chcemy mieszkać w schroniskach. Jedzenie też do najtańszych nie należy, np. kolacja – 20$, śniadanie -10$, a na talerzu pustki. Jedyne co dobre w schroniskach to możliwość poznania wielu ludzi. My przez te kilka dni mieliśmy przyjemność rozmawiać z Francuzem (jego pusty dom pod Marsylią już czeka na nasze odwiedziny), Holendrami (nikt tak nie zaskakuje jak oni), Szwedkami, Amerykanami, Szwajcarami, Niemcami i naszym rodakiem, który w zaciszu pisze swoją pierwszą książkę. Nie był to więc czas stracony, a raczej miło spędzony. Każdemu miłośnikowi gór Torres del Paine przepadnie do gustu.

Dzień 9

Jak dobrze się wyspać. Doba noclegowa kończyła się nam o 11, więc pozwoliliśmy sobie na sen do 9:30. Zaraz po wyjściu z pokoju przeszliśmy do kuchni, żeby zjeść przygotowane dla nas śniadanie. Nie było ono wprawdzie wielkie, ale jedząc za darmo nie było co wybrzydzać. Nasze ciuchy przez noc wyschły na wiór, więc po śniadaniu mogliśmy zacząć się pakować. Gdy wybiła 11 ustaliliśmy z właścicielem, że wrócimy po plecaki wieczorem. Przez cały dzień tułaliśmy się po sklepach z ubraniami, pamiątkami i wszystkim innym. Silny wiatr nie sprzyjał jednak tego dnia spacerom. Odwiedziliśmy ciastkarnię, żeby się ogrzać i napełnić brzuchy. Później poszliśmy do polecanej przez tripadvisor pizzerii, ale to co otrzymaliśmy było co najwyżej przeciętnej jakości. Za dwie pizze i napoje oraz oczywiście napiwek, zapłaciliśmy 15000 peso. Przed powrotem do hostelu zaszliśmy jeszcze do marketu kupić napoje na podróż, bo czekały nas 3h w autobusie. Po odebraniu plecaków przeszliśmy na terminal autobusowy i tam już czekaliśmy na nasz transport. Z Puerto Natales wyjechaliśmy planowo o 19. Korzystając z okazji, że autobus zatrzymuje się na lotnisku w Punta Arenas, wysiedliśmy na tym przystanku. Po szybkiej odprawie byliśmy gotowi do lotu i zmiany klimatu na cieplejszy od tego, który zastaliśmy na południu Chile.

Dzień 10

Nasz samolot wzniósł się w powietrze o 1:50. Zaraz po starcie zaserwowano nam napoje i przekąski (do wyboru były dwie spośród 4). Trochę odczuliśmy, że lecimy nad Patagonią, bo po raz kolejny znaleźliśmy się w strefie turbulencji i trochę nami rzucało. Chwilę przed tym odebraliśmy kubki gorącej herbaty i musieliśmy mocno uważać, żeby nie wylać wrzątku na siebie. Po tych początkowych zawirowaniach dalsza część lotu mijała spokojnie, a wchodząc w szczegóły – zasnąłem i obudziłem się dopiero przy lądowaniu.

Dawno nie lataliśmy, więc trzeba było to nadrobić. Po wylądowaniu w Santiago, przesiedliśmy się do samolotu lecącego do Calamy. Drugi lot był krótszy, bo trwał tylko 2h. Po przeleceniu ponad 1200 kilometrów byliśmy o 12 na miejscu. Calama nie była jednak naszym celem, a oddalona o 100 kilometrów od lotniska miejscowość San Pedro de Atacama, w której mieliśmy pozostać kolejne 3 dni. Po wyjściu z hali przylotów zostaliśmy zaatakowani przez wszystkich ludzi posiadających prawo jazdy i swój transport. Każdy chciał nas zawieźć do San Pedro. My zdecydowaliśmy się na firmę Pampatrans. Koszt biletów w dwie strony wyniósł nas 38000 peso. Za tę kwotę mieliśmy być dostarczeni pod wskazany adres, a później spod niego odebrani. Przejazd ogólnie był komfortowy i dosyć szybki.

San Pedro de Atacama to miejscowość w północnej części Chile, położona na pustyni, która utrzymuje się przede wszystkim z turystyki. Codziennie liczne agencje organizują po kilka wycieczek w różne zakątki pustyni. Można na przykład zobaczyć gejzery El Tico, wybrać się na pustynny zachód słońca, kąpać się w gorących źródłach, czy wieczorem poobserwować zjawiska astronomiczne. Na pierwszy rzut oka San Pedro wydaje się być zapomnianym miastem, dopiero po dojściu do centrum obraz się zmienia i widać jakiekolwiek życie.

Nasz pierwszy dzień na Atacamie przeznaczyliśmy na rozpoznanie terenu. Chodziliśmy od agencji do agencji, żeby wybrać najbardziej interesujące nas oferty. Po kilku godzinach ustaliliśmy co i jak, a następnie zakupiliśmy wycieczki do: Valle de la Luna (14000 peso) na kolejny dzień, a na pojutrze Sandboarding (30000 peso), czyli zjazdy na desce z wydm pustynnych. Większą uwagę skupialiśmy jednak na ofertach dotyczących Salar de Uyuni, czyli 4 – dniowej wycieczce do Boliwii, której celem jest przede wszystkim zobaczenie ogromnej pustyni solnej. Decyzję, którą firmę wybierzemy pozostawiliśmy sobie na następny dzień.

Po ciężkim dniu podróży i poszukiwań przyszedł też czas na jedzenie. W San Pedro znajduje się cały przekrój restauracji, barów i jadłodajni. My nie mieliśmy żadnej konkretnej rekomendacji, gdzie się wybrać, dlatego zaufaliśmy ślepemu losowi. Weszliśmy do jadłodajni i zamówiliśmy chilijskie przysmaki – empanadas z serem (duży smażony pieróg wypełniony serem żółtym) oraz humitas, czyli „paczuszki” z liści kukurydzy, w które zawija się farsz (najczęściej serowy, a w naszym przypadku kukurydziany). Było to proste, bardzo pożywne jedzenie, które kosztowało nas z napojami i napiwkiem 10000 peso. Po powrocie do hostelu odpoczęliśmy na hamakach, a później poszliśmy spać, bo zmęczenie dawało już o sobie znać.

Dzień 11

Pierwszy dzień na pustyni już za nami. Drugi rozpoczęliśmy o 9:30. Odespaliśmy poprzednią noc z nawiązką i siły wróciły. Już od rana można było poczuć żar lejący się z nieba. Do centrum wyszliśmy po 10, bo chcieliśmy przekąsić coś na śniadanie. Trafiliśmy do restauracji, gdzie za 6 tostów z szynką jamon i serem oraz dwa napoje zapłaciliśmy 6500 peso. Ze śniadania byliśmy zadowoleni, bo było dobre i jak się później okazało wypełniło nas do samego wieczora.

Zaraz po śniadaniu poszliśmy wykupić wycieczkę na Salar de Uyuni. Wybraliśmy firmę Pamela Tours, bo program wycieczki był taki sam jak w każdym biurze, a na dodatek było u nich najtaniej. Za wycieczkę zapłaciliśmy 200000 peso. W tej cenie mieliśmy zagwarantowany transport, noclegi, śniadania, obiady i kolacje przez 4 dni. Dodatkowo musieliśmy wykupić bolivianos (boliwijska waluta) na wejścia do parków. Wymieniliśmy 50000 peso, co dało nam 500 bolivianos.

Po wszelkich transakcjach wybraliśmy się na targ, żeby poszukać jakiś pamiątek, okularów przeciwsłonecznych i kapelusza na moją głowę. Przeszliśmy wiele stanowisk z wieloma ciekawymi rzeczami. Udało się nam zakupić wszystko, co zamierzaliśmy.

Po zakupach wróciliśmy do hostelu przebrać buty na wycieczkę i po odpoczynku ruszyliśmy ponownie do centrum. Nie wiedząc, czy wszystko w porządku z naszym transportem powrotnym do Calamy, poprosiliśmy chłopaka, który dzień wcześniej sprzedał nam wycieczkę, żeby to zweryfikował. Bez problemu zadzwonił do biura na lotnisku (tam mówią tylko po hiszpańsku) i potwierdził nasz przejazd do Calamy 17 grudnia.

Nasza wycieczka do Valley the la Luna rozpoczęła się parę minut po 16. Razem z przewodnikiem podeszliśmy do busa na parking i stamtąd pojechaliśmy zobaczyć, co się dzieje dookoła Atacamy. Po paru minutach od startu, przewodnik pozbierał od nas pieniądze na wejście do parku. Wyniosło to nas 3000 peso (karta Euro 26 posłużyła nam jako legitymacja, na którą dostaliśmy zniżkę studencką).

Pierwszym przystankiem była jaskinia solna (Cuernos de sal), do której wchodziliśmy z latarkami. Przejście jaskini dostarczyło wszystkim rozrywki, bo w niektórych miejscach brakowało niewiele od czołgania się po skałach. Podczas tego przystanku można było zaobserwować ciekawe formacje skalne. Ten etap kończył się poza jaskinią. W otoczeniu skał nasłuchiwaliśmy jak one ‚pękają’ w skutek zmian temperatur.

Z jaskini przejechaliśmy do punktu widokowego, który umiejscowiony jest na górze wielkiej wydmy (Gran Duna). Widok rozprzestrzeniający się z niej robił wrażenie.

Kolejnym punktem wycieczki była Dolina Śmierci (Valley de la Muerte). Nazwa doliny pochodzi od wydarzeń, które miały miejsce setki lat temu. Gdy hiszpańskie wojska dotarły do Chile, znalazły mnóstwo ciał Indian, którzy z powodu braku pożywienia nie byli w stanie kontynuować swojej wędrówki po Atacamie. Przechodząc Andy myśleli, że znajdą lepsze ziemie, niestety za górami kryła się pustynia.

Punktem kulminacyjnym było oglądanie zachodu słońca. Rozsiedliśmy się wygodnie na kamieniach i czekaliśmy na zajście słońca, które nastąpiło parę minut po 20. Było to przyjemne doświadczenie, ale wielkiego ‚wow’ nie było. Widoki za nami zrobiły na mnie większe wrażenie, niż przed nami. Zachodzące słońce nadało piękny czerwony kolor górom wyrastającym za nami. Pod wieczór temperatura na pustyni znacznie się obniżyła i trzeba było założyć cieplejsze ubranie (bluza lub kurtka). Nadal jednak była na tyle wysoka, że nikt nie myślał trząść się z zimna.

Kiedy wróciliśmy do miasta na głównym placu odbywały się obrzędy religijne. Cztery plemiona, poprzebierane w swoje ludowe stroje, tańczyły do muzyki przygrywanej przez cztery orkiestry. Jedno plemię – jedna orkiestra. Oprócz tego na drodze wystawione zostały obrazy i chorągwie Maryi. Podobno różne plemiona inaczej określają Matkę Bosķą. Wszystkie jednak oddają jej cześć w tańcu. Był to bardzo widowiskowy spektakl.

Dzień 12

To niewiarygodne! Gdy poszliśmy następnego dnia na śniadanie do tej samej restauracji, co dzień wcześniej, obrzędy nadal trwały. Na placu pozostały już tylko dwa plemiona. Śpiewy i tańce trwały całą noc. To naprawdę godne podziwu. Ja padłbym pewnie po 15 minutach skacząc w rytm ich tańca, a oni przetańczyli tyle godzin i nadal stali na nogach.
Dzień płynął nam szybko. Wycieczka na sandboarding miała się odbyć 2h wcześniej, niż wczorajsza. Zrobiliśmy szybki zakupy na jutrzejsze śniadanie, bo czeka nas poranne wstawanie, a wszystkie sklepy będą zamknięte. Po dostarczeniu ich do hostelu, wróciliśmy przebrani w odpowiedni strój do centrum. Po dojściu do biura, gdzie wykupiliśmy wycieczki okazało się, że sandboarding został przeniesiony na 17. Niepotrzebnie się spieszyliśmy, bo przyszło nam czekać. Wykorzystując czas, który został nam dodatkowo podarowany, poszliśmy na obiad do jadłodajni. Pandzia zamówiła ryż z krewetkami, a ja wołowinę z ryżem. Do tego dokupiliśmy świeże soki z mango i guawy. Za całość zapłaciliśmy 14300 peso wliczając w to oczywiście napiwek.

Po obiedzie wróciliśmy ponownie do hostelu, bo nie było sensu po raz kolejny włóczyć się tymi samymi uliczkami. Kolejne podejście do sandboardingu zrobiliśmy zgodnie z planem o 17. Kierownik agencji Pamela Tours osobiście odstawił nas pod agencje Inka Atacama Tours, która jako jedna z nielicznych organizuje taką wycieczkę. Po dojściu do Inki naszym oczom ukazały się zamknięte na cztery spusty drzwi. Kierownik po szybkim telefonie oznajmił nam, że jeszcze 5 minut i ktoś się zjawi, co było prawdą. Przewodnik, który przybył na miejsce oznajmił z kolei, że musimy czekać kolejne 5 minut na resztę grupy. W sumie na miejscu byliśmy tylko my i jedna dziewczyna z Australii. W międzyczasie obdarowano nas deskami i kaskami. Po 15 min udaliśmy się do busa, gdzie następne 5 minut czekaliśmy na szkolną wycieczkę, która miała jechać na wydmy z nami. Z San Pedro de Atacama wyjechaliśmy dwoma busami o 17:25.

Po ciężkiej drodze w końcu dotarliśmy na wydmy. Pierwsza myśl – to ja poczekam w aucie. Wydma była olbrzymia, a my malutcy i do tego bez jakiegokolwiek doświadczenia na desce. Chłopaki z Inki dali nam buty i gogle. Następnie nastąpiła chwila przygotowania, sprawdzenia rozmiarów sprzętu i ruszyliśmy z deskami przed siebie. Jako, że tylko trzy osoby nie były hiszpańskojęzyczne, to jako pierwsi mieliśmy szkolenie. Teoria, z której i tak mało zrozumieliśmy, w niewielkim stopniu została przez nas zastosowana podczas zjazdu. Myślę, że stworzyliśmy swój własny styl i najważniejsze, że potrafiliśmy upadać. Pierwsza ‚zjechała’ koleżanka z Australii. Drugi w kolejce stoczyłem się ja, a Pandzia trzecia. Pierwszy zjazd nie pokazał światu jaki drzemie w nas potencjał, dlatego podjęliśmy kolejne próby. Przyniosły one pozytywne rezultaty. Wychodziło nam to coraz lepiej. Obojętnie, co mówiliby inni o naszej technice zjazdu, to osobiście mieliśmy wielką radochę i z chęcią bym to jeszcze raz powtórzył. Wycieczka nas naprawdę zmęczyła, bo po każdym zjeździe trzeba było wejść na tą olbrzymią wydmę o własnych siłach. Ciekawe kiedy zrobią tam wyciąg? Po tripie, który skończył się o 20 wróciliśmy prosto do hostelu. Nie chcieliśmy nic jeść, bo najedliśmy się piasku. Chcieliśmy po prostu pójść szybciej spać. Kolejny dzień rozpoczynał naszą przygodę z Boliwią. Miałem nadzieję, że równie udaną jak sandboarding.

Wiadomość dnia – w tym dniu rozpoczęły się w Chile wakacje dla uczniów. Potrwają tylko do…marca.

 

Dzień 13-16

Kolejne 4 dni spędziliśmy w Boliwii. Relację z wycieczki można przeczytać w tym samym dziale.

Dzień 17

Dnia poprzedniego umówiliśmy się z szefem hostelu, że zamówi nam z rana taksówkę za 6000 peso. Niestety, ale innej opcji na dotarcie do lotniska nie ma. Wstaliśmy zatem o 7:00, żeby się ogarnąć, zejść na śniadanie i być o czasie przed hostelem. Za śniadanie zapłaciliśmy po 4$, a w tej cenie były dwie buły z serem i szynką oraz herbata. Ech…

Kierowca taksówki (nieoznakowanej) przyjechał po nas zgodnie z życzeniem. 20 minut później byliśmy na lotnisku. Odprawa ponownie zajęła nam parę minut, później szybka kontrola i już czekaliśmy na nasz samolot, który do Santiago miał odlecieć o 10:50. Lot przebiegał bez zakłóceń, lecz trzeba przyznać, że nad Chile wieją dziwne wiatry.

Do centrum z lotniska dojechaliśmy autobusem tak jak za pierwszym razem. Od stacji Los Heroes do hostelu dzieliło nas 800 m, więc przeszliśmy ten dystans na piechotę. Po zameldowaniu się i chwili odpoczynku pojechaliśmy metrem (640 peso bilet jednorazowy) do stacji ‚Estacio Central’, gdzie znajdują się galerie i liczne stragany. Liczba osób w tym miejscu przerosła moje oczekiwania. Setki ludzi to mało powiedziane. Przebywanie tam dłużej niż pół godziny groziło wariactwem. Jedno w tym miejscu jest dobre – można tam kupić wszystko. Pokręciliśmy się trochę po głównych ulicach w poszukiwaniu pamiątek i następnie pojechaliśmy na rekomendowane w internecie sandwiche. Dzięki nawigacji nie zajęło nam to dużo czasu. Zamówiliśmy sobie po jednym normalnym sandwichu. W odpowiedzi dostaliśmy ogromne (na cały talerz) buły obładowane mięsem i wybranymi dodatkami. Na stole dodatkowo do wyboru były liczne sosy. Po zjedzeniu połowy myślałem, że rodzę. Niesamowite miejsce i pyszne jedzenie, które kosztowało nas 17000 peso z sokami i napiwkiem. Gdy wróciliśmy do hostelu, to zarezerwowaliśmy sobie na następny dzień wizytę w jednej z chilijskich winnic. W planach mieliśmy degustację dobrze znanych na świecie chilijskich win.

Dzień 18

O tym, że chilijskie wina są znane na całym świecie wiadomo od dawna, dlatego grzechem byłoby być na miejscu i nie odwiedzić jednej z tutejszych winnic. W naszym przypadku wybór padł na znaną winnicę Concho y Toro. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy sobie tradycyjną wycieczkę, która obejmowała zwiedzanie ogrodów, plantacji, „piwniczki diabła” oraz degustację trzech win.

Do winnicy dojechaliśmy metrem. Metro w Chile to specyficzne miejsce, gdzie można robić wszystko. Dzisiaj na przykład byliśmy świadkami 2 koncertów. Chłopaki wpakowali się do pociągu z instrumentami, rozstawili się i zaczęli grać. Pierwszy zespół miał nawet wokalistę, w drugim przypadku były to popisy instrumentalne. Co się robi podczas koncertów? W chikijskim metrze można obcinać sobie paznokcie.

Po wyjściu z metra musieliśmy się przesiąść do busa. Oczywiście kartka z przydatnymi informacjami została w hostelu. Pewien Chilijczyk próbował nam to wyjaśnić po hiszpańsku, ale jego przekaz nie za bardzo do nas trafił. Całe szczęście młoda kobieta wrzuciła nas do odpowiedniego microbusa i jakoś (jazda tym środkiem transportu to prawdziwy rollercoaster) dojechaliśmy pod samą winnicę.

Traditional tour po angielsku rozpoczął się o 13. Za bilety zapłaciliśmy 18000 peso. Nasza grupa liczyła ponad 10 osób. Najpierw przeszliśmy się po ogrodach dochodząc do villi rodziny. Następnie pokazano nam plantacje winorośli. Po tym nastąpiła degustacja pierwszego wina – Trio Sauvignon Blanc. Pomoczyliśmy podniebienia i przeszliśmy do magazynu, w którym winko umieszczone w beczkach dojrzewa. Kolejnym punktem było odwiedzenie „Casillero del Diablo’” (piwniczki diabła). Jest to bardzo popularne chilijskie wino. Będąc w środku usłyszeliśmy historię jego powstania oraz obejrzeliśmy film multimedialny. Po wyjściu czekała na nas kolejna degustacja. Tym razem nalano nam wino Gran Reserva Carmenere 2012 oraz osławione Casillero del Diablo Reserva Privada. Na pożegnanie każdy uczestnik otrzymał pamiątkowe lampki do wina z logo winnicy. Cała podróż po winnym świecie trwała około godziny.

Po zwiedzaniu pojechaliśmy do odwiedzonego przez nas wczoraj baru z sandwichami. Wzięliśmy małe porcje, które wyglądały jak olbrzymie, dlatego po raz kolejny w drodze powrotnej toczyliśmy się do hostelu. Po południu poszliśmy na kolejną wędrówkę w poszukiwaniu pamiątek. W rezultacie Pandzia kupiła sobie upragniony hamak, a ja nabyłem kolejne pamiątkowe magnesy. Skorzystaliśmy jednocześnie z okazji i zakupiliśmy sobie naturalne soki z marakui, które przyrządzały kobiety na targu.

 

Dzień 19

Przyszła pora wyjechać na chwilę z przeludnionej stolicy Chile i udać się do malowniczego miasta Valparaiso. Dziewczyny z recepcji pomogły nam zlokalizować duży terminal autobusowy, skąd odjeżdżają wszystkie busy w naszym kierunku. Tym samym z samego rana po śniadaniu wsiedliśmy do metra i dojechaliśmy do stacji Universidad de Chile. Tam już po znakach doszliśmy do stanowiska Tur Busa i kupiliśmy bilety w dwie strony za 14400 peso. Niestety, prognozy na cały sobotni dzień nie były idealne. Miało wystąpić załamanie pogody. Na szczęście była co najmniej znośna i nie uniemożliwiła nam zwiedzania.

Przejazd do Valparaiso w wygodnym autokarze trwał 1,5 h. Pierwotnie planowaliśmy wziąć udział w wycieczce po najważniejszych miejscach w mieście (była to wycieczka, za którą płaci się przewodnikowi „co łaska”). Jednak w naszym hostelu dostaliśmy mapę z wyznaczoną trasą tej wycieczki, więc zdecydowaliśmy się na samotną wędrówkę.

Po dojechaniu do terminala autobusowego przeszliśmy do placu Anibal Pinto. To tutaj zaczynała się wycieczka ‚free tour’. Idąc wyznaczoną trasą mieliśmy okazję zobaczyć ważniejsze budynki marynarki, pomniki, windy, punkty widokowe oraz to z czego słynie Valparaiso, czyli murale i kolorowe budynki. W centrum zjedliśmy też obiad. Pandzia zamówiła zapiekankę z owoców morza, a ja smażonego węgorza. W samej restauracji wiele się działo, bo co chwilę wchodzili i wychodzili lokalni artyści przedstawiając szerokiemu gronu swój repertuar. W spokojnym Valparaiso spędziliśmy 7 godzin i była to idealna odskocznia od zatłoczonego Santiago.

Dzień 20

Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w Santiago i całym Chile. Poranek jak poprzedniego dnia był pochmurny. Zrobiłem odprawę w Iberii na lot do Madrytu, lecz system źle wygenerował miejsca na bilecie. Chcąc to zmienić musieliśmy udać się na lotnisko. Do przystanku autobusowego z hostelu nie mieliśmy daleko, dlatego szybko udało się nam tam dotrzeć. Przy stanowiskach Iberii czekała na nas długa kolejka. Na szczęście zaryzykowaliśmy podejście do stanowiska dla klientów biznesowych, gdzie nie było nikogo. Była to dobra decyzja, bo zostaliśmy obsłużeni i błędne dane na biletach zostały poprawione.

Wracając z lotniska wysiedliśmy na najbardziej zatłoczonym przystanku w Chile – Estacio Centrale. Tutaj zabawa w struganie marchewek, w której uczestniczą setki osób to standard. Naszym celem był zakup torby, do której moglibyśmy włożyć nasze cieplejsze ciuchy, robiąc tym samym miejsce w naszych plecakach dla pisco, które planowaliśmy przywieźć do Polski. W zasadzie w pierwszym napotkanym sklepie dobiliśmy targu kupując wiatroodporną, ognioodporną i wodoszczelną torbę za 15 zł w przeliczeniu na polską walutę. Następnie odwiedziliśmy sklep spożywczy i zakupiliśmy 2 butelki pisco oraz 4 butelki pisco sur. Po tym nasze zakupy zawieźliśmy do hostelu.

Gdy siedzieliśmy w hostelu pogoda znacznie się poprawiła, co umożliwiło nam pójście na wzgórze San Cristobal. Tak naprawdę to nie chciało mi się tam iść, bo droga prowadziła tylko pod górkę, ale Pandzia nalegała, więc resztkami sił poczłapałem na ten morderczy spacer. Na wzgórzu San Cristobal jest ogromny park miejski, gdzie znajduje się zoo, jeziorka, miejsca piknikowe. Ogólnie można w nim robić wszystko, co nie jest zakazane. Na samej górze postawiona jest figura Matki Boskiej. Dotrzeć można do niej windą, czyli kolejką lub tak jak my pieszo. Jest to zarazem najlepszy punkt widokowy, z którego widać panoramę Santiago.

Po niedzielnym spacerze, w którym straciłem kolejne kilogramy pojechaliśmy do mojego ulubionego miejsca, tj. do baru z sandwichami. Można to uznać za uzależnienie, ale za to jakie smaczne. Czeka to każdego, kto choć raz odwiedzi to miejsce. Po obiedzie wróciliśmy do hostelu, bo mieliśmy najgorszą cześć podróży przed sobą, czyli pakowanie.

Dzień 21 – 22

Żegnaj Chile, to już jest koniec. Dzięki za nowe doświadczenia i piękne widoki. Miło było choć przez chwilę móc obcować z Tobą i poznawać Twoje sekrety.

Wstaliśmy o 8:00, ogarnęliśmy się po nocy i zjedliśmy śniadanie. O 10:00 opuściliśmy hostel i udaliśmy się w kierunku lotniska. Na miejscu okazało się, że jest jeszcze więcej ludzi do odprawy niż wczoraj. Naszym oczom nie umknął widok jednego wolnego stanowiska Iberii. Wierząc w szczęście podeszliśmy do niego mijając tłum ludzi oczekujących na odprawę przy pozostałych okienkach Iberii. Jak się okazało, było to stanowisko dla osób tylko nadających bagaże. Nie mogli z niego korzystać ludzie, którzy nie posiadali jeszcze wydrukowanego biletu. No, ale my posiadaliśmy, bo dzień wcześniej wydrukował nam je pracownik linii, gdy chcieliśmy zmienić miejsca w samolocie. Skorzystaliśmy więc z tej opcji i zaoszczędziliśmy tym samym sporo czasu. Nasze plecaki wypełnione butelkami z pisco znalazły się na taśmie, a ponownie mieliśmy je założyć na plecy w Berlinie (choć w sumie nie wiedzieliśmy jaki plan wobec nich miała Iberia).

Po odprawie czekała na nas kolejna biurokracja. Trzeba było zdobyć pieczątkę wylotową. Staliśmy kolejce z 40 min. Otwartych stanowisk było sporo, ale nie nadążały przy takiej ilości osób. Z pewnością przyjazd na lotnisko na chwilę przed odlotem nie byłby dobrym rozwiązaniem. Gdy znaleźliśmy się w strefie bezcłowej było po 12. Do odlotu pozostała nam godzina. W naszym portfelu z kolei pozostało 19000 peso, więc musieliśmy je jakoś wykorzystać. Gdy myśleliśmy na co je wydamy, na horyzoncie spostrzegliśmy napis ‚”ast pisco”. Decyzja zapadła. Na stół wjechały dwa razy kieliszki z pisco sur oraz quesadillas z szynką i serem. Takim oto akcentem zakończyliśmy podróż do Chile.

Do bramy nr 11, skąd odlatywał samolot do Madrytu, przyszliśmy na 30 minut przed odlotem. Ludzi było sporo, ale oprócz napisu na tablicy „odprawa’” nic się w tym kierunku nie działo. Zza szyby można było za to oglądać samolot, którym miała się odbyć nasza podróż. Był to Airbus 340-600. Tym samym do naszej kolekcji trafił kolejny samolot (osobiście marzy mi się jeszcze podróż w piętrowym Airbusie 380).

Z Santiago wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Zgodnie z praktyką, po godzinie podano lunch. Wybraliśmy makaron z mięsem w sosie pomidorowym. Do tego była sałatka z pure z łososia, pomidorem i oliwką. Na deser z kolei można było zjeść ciasto, które w swojej konsystencji przypominało tort.

Przez kolejne godziny nic się nie działo. Dopiero o godzinie 22:00 był kolejny posiłek a w zasadzie jego namiastka. Dostaliśmy po pseudo kanapce z szynką, a do tego sok. Oczywiście między pierwszym a drugim posiłkiem można było otrzymać tyle napojów ile dało się ich w siebie wlać. Tak zakończył się 23 dzień naszej podróży.

Po północy udało się nam zdrzemnąć kilka godzin. Około 6, na godzinę przed lądowaniem, załoga samolotu rozniosła śniadanie. W magicznym czerwonym pudełku znalazł się rogaliki z serem i szynką, sałatka owocowa (moja ulubiona), muffin oraz mini baton.

Na płycie lotniska stanęliśmy o 7:15, więc to godzinne opóźnienie z Santiago zostało zniwelowane. Oczywiście od tego momentu minęło jeszcze sporo czasu zanim wyszliśmy z samolotu. Potem czekał nas kolejny długi spacer do kolejki w Terminalu 4S, którą dojechaliśmy do Terminala 4. Tam też przeszliśmy kontrolę paszportową. Z ciekawości poszliśmy sprawdzić czy aby przypadkiem nasze bagaże nie został wydane w Madrycie. Na szczęście nie wyjechały na taśmę, ale parę osób swoich bagaży nie dostało.

Nasz drugi lot do Berlina miał się odbyć przed 16, czyli mieliśmy sporo czasu do przesiedzenia na lotnisku. Początkowo planowaliśmy jechać do centrum, ale po kalkulacjach czasowo-finansowych, zdecydowaliśmy się zadomowić na lotnisku. Trochę pochodziliśmy, zrobiliśmy ostateczne zakupy świąteczne, zjedliśmy śniadanie oraz lunch, pograliśmy w chińczyka i jakoś czas do wylotu nam upłynął.

Podróż do Berlina zaczęła się o 15:50. Mieliśmy szczęście siedzieć obok matki z niemowlakiem oraz matki z małym dzieckiem. Niemowlak przespał cały lot, natomiast drugie dziecko dało naprawdę popalić. Niech Bóg błogosławi twórcę stoperów. Na lotnisku Berlin Tegel wylądowaliśmy przed 19. Niestety wolna obsługa i długie oczekiwanie na odbiór bagaży (całe szczęście, że przyleciały za nami) spowodowały, że opuściliśmy lotnisko grubo po ponad 40 minutach. Noc spędziliśmy u mojej cioci w domu.

Nad ranem podjechaliśmy S-Bahnem na drugie lotnisko w Berlinie. O 7:30 opuściliśmy je na pokładzie autokaru Polski Bus, który dowiózł nas do Wrocławia.

Na koniec podsumowanie kosztów, które ponieśliśmy podczas podróży po Chile.

Samolot – 296 euro, 280$
Hotele – 163000, 390$
Jedzenie – 375900 peso
Transport – 175560 peso
Inne (przechowalnia bagażu, karta SIM, śpiwory) – 134800 peso
Wycieczki – 402000 peso
Wymiana waluty – 50000 peso (500 bob)
Łącznie: 1 306 206 peso + 592 euro + 970 $ = 12500 zł za 2 osoby.

Koszty wydają się być wysokie, lecz gdy popatrzy się na cenę samego biletu lotniczego, który w momencie, gdy nie ma promocji sięga 4 tysięcy złotych, to cena wydaje się być śmieszna. Oczywiście można było uszczuplić te koszty, ale tam było zbyt fajnie, żeby rezygnować z czegokolwiek. Jak zwykle za dużo poszło na jedzenie. Do planu wycieczki włączyliśmy atrakcje, których nie planowaliśmy. Nie musieliśmy także latać samolotami po kraju, lecz przemieszczać się autobusami. Dojazd z Santiago na południe to „tylko” 24h jazdy. W parku mogliśmy nocować na campingu, ale po przeliczeniu (zakup naprawdę solidnego namiotu czy śpiworów) wyszło, że lepiej postawić na schronisku, gdzie liczono jak za hotel 5-ciogwiazdkowy. W Internecie znalazłem wycieczki zorganizowane w latach poprzednich na 16 dni. Kosz takiej zorganizowanej wycieczki z Polski wynosił wówczas 17000 zł za osobę. My zapłaciliśmy około 12500 zł za dwie osoby na 22 pełne dni w Chile.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *