Chwila oddechu na Bali.

Opublikowano Bali Indonezja

Dzień 1

Na Bali to my się w ogóle nie bali. Na tą cudowną wyspę przylecieliśmy po wizycie w Malezji. Tanie bilety za niecałe 200 zł na osobę, zachęciły nas do odwiedzenia tego pięknego azjatyckiego zakątka.

Lot z Kuala Lumpur na Bali trwał 3h, a do pokonania było prawie 2 tysiące kilometrów. Lecieliśmy po raz kolejny linią AirAsia. Nasz lot przebiegł bez najmniejszych turbulencji, a ja byłem tak pochłonięty robieniem wyliczeń, że nie zauważyłem jak szybko minął.

Będąc jeszcze na Sri Lance doszła do nas informacja, że dla Polaków od 1 kwietnia ma zostać zniesiona opłata za wizę do Indonezji. Dla nas ta decyzja nie była istotna, ponieważ na Bali mieliśmy wylądować 31 marca (to trzeba mieć pecha). Mieliśmy jednak cichą nadzieję na jakąś zniżkę/łut szczęścia/otrzymanie wizy tranzytowej. Na lotnisku jednak wszystko było na nie. Nie – nie będzie zniżki. Nie – nie dostaniecie jej za darmo. Nie – nie otrzymacie wizy tranzytowej, tylko turystyczną 30-dniową. Tym samym chcąc nie chcąc zapłaciliśmy 70$ za wizę.

Na lotnisku miał czekać na nas ktoś z hotelu. Niestety nie przyjechał. Na szczęście znalazł się dobry wujek, którego poruszyła nasza sytuacja i zechciał nam pomóc. Pomimo jego pomocy nie udało nam się skontaktować z hotelem. Okazało się za to, że jest on taksówkarzem i zawiezie nas po takiej samej stawce, na którą byliśmy umówieni z hotelem. Nie było sensu zastanawiać się dłużej, dlatego wsiedliśmy do auta i za 25$ pojechaliśmy do miejscowości Ubud. Na miejscu niestety nikt nam nie wyjaśnił dlaczego zamówiony i potwierdzony transfer z lotniska do hotelu się nie odbył. Byliśmy jednak tak oczarowani klimatycznym miejscem, w którym przyszło nam później spędzić 5 nocy, że całą sytuację puściliśmy w niepamięć.

Tego dnia powłóczyliśmy się trochę po ulicach i wybraliśmy pieniądze z bankomatu. Raptem było to jakieś 6 milionów rupii. Nie oznaczało to jednak, że wygraliśmy w lotka. W Indonezji na banknotach są bardzo duże nominały (1$ – 13000 IDR) i stąd wzięła się taka astronomiczna kwota.

Dzień 2

Drugiego dnia z rana zjedliśmy śniadanie na hotelowym dziedzińcu. Pierwszy raz było nam dane jeść siedząc na podłodze. Zamówiliśmy tosty bananowe oraz grzanki z jajkiem. Oprócz tego dostaliśmy pokrojonego arbuza.

Pierwszy pełny dzień na Bali przeznaczyliśmy na zwiedzanie Ubud. Głównym celem tego dnia było zobaczenie Małpiego Gaju zlokalizowanego 1,5 km od naszego hotelu. Idąc wąskimi uliczkami, po których jeździło setki skuterów i aut, rozglądaliśmy się za agencjami turystycznymi, oferującymi transfer na wyspy Gili oraz wycieczki po Bali.

Monkey Forest przywitał nas opłatą za bilety w wysokości 60 tyś. IDR. Za tak niską cenę mogliśmy doświadczyć wielu zabawnych sytuacji, w których oczywiście najwięcej do powiedzenia miały małpy. Oprócz tego zobaczyliśmy trzy hinduistyczne świątynie (Pura Dalem Agung Temple – główna, Holy Bathing Temple – oczyszczenia, Pura Prajapati – kremacyjna) oraz przede wszystkim mogliśmy pospacerować w przyjemnym otoczeniu .

Na terenie Małpiego Gaju można kupić kiść bananów, a następnie karmić makaki. Jeśli małpy zobaczą, że zamierzamy coś przed nimi ukryć, to zaraz się do nas dobiorą. Trzeba uważać, bo oprócz bananów do najczęściej zdobywanych przez nie łupów należą okulary i biżuteria. Obsługa informuje, żeby nie drażnić się z większymi osobnikami, bo mogą nam się odwdzięczyć ugryzieniem. Chyba największą radość daje karmienie malutkich małpek, które potrafią wejść ludziom na głowę (większe i sprytniejsze wspinają się po nodze, zabierają banana i uciekają). Pandzia oczywiście podczas swojej próby karmienia (patrzyłem czy sama nie podjada kupionych bananów) trafiła na największego makaka. Na początku myślałem, że małpa zamiast owocu zje Pandzię, ale ostatecznie wystarczyły jej dwa banany i widok kija kobiety sprzedającej owoce. Kolejne sztuki były już mniejszych rozmiarów i bez problemu obskoczyły całą Pandzię. Kupione banany rozeszły się w mgnieniu oka. Wszystkie świątynie znajdujące się na terenie Monkey Forest były zamknięte dla zwiedzających, a zdjęcia można było robić tylko zza bramy. Nie brakowało za to przeróżnych posągów do fotografowania. Ciekawie prezentował się smoczy most, do którego sięgały długie liany.

Po opuszczeniu Małpiego Gaju poszliśmy na targ w Ubud. W międzyczasie kupiliśmy bilety łączone za milion IDR (shuttle bus + szybka łódź) na wyspę Gili Trawangan. Agencji oferujących transfer na wyspy Gili jest w Ubud mnóstwo. Trzeba dobrze szukać, żeby za bardzo nie przepłacić. Niektóre firmy zaczynały negocjacje od 600 tyś. za bilet w jedną stronę! Nam na początku kobieta chciała sprzedać za 600 tyś. w dwie strony (jeden bilet), ale wynegocjowaliśmy 100 tyś. zniżki.

Na targu w Ubud Pandzia wpadła w wir zakupowy. Podstawą podczas wizyty w tym miejscu jest targowanie się o wszystko. Sukienka, która na początku kosztowała 140 tyś. IDR weszła w Pandzi posiadanie za 70 tyś. IDR. Natomiast cena sarogu za 120 tyś. IDR spadła do 75 IDR. Na targu można kupić wszystko – ciuchy, obrazy, bieliznę, pamiątki, instrumenty w naprawdę niskich cenach. Pamiętajcie jednak, że trzeba o nią zawalczyć.

Kolejnym przystankiem było wejście do Pałacu Ubud, w którym odbywają się wieczorami taneczne pokazy – kecak show (tradycyjny balijski taniec). Bilety na pokaz kosztują 80 tyś. IDR. Tym razem się nie skusiliśmy, ale w planach mieliśmy zobaczenie go w następnych dniach.

Podczas powrotu do hotelu weszliśmy do odwiedzonej już przez nas wcześniej agencji i potwierdziliśmy chęć wzięcia udziału w wycieczce objazdowej po Bali. W ich ofercie znaleźliśmy wycieczki tematyczne w różne części wyspy. Cena uzależniona była od położenia atrakcji. Niestety byliśmy skazani na taką formę zwiedzania wyspy. Jeździć po Bali jest bardzo ciężko (wąskie uliczki, pełno skuterów na drodze), dlatego odpuściliśmy wypożyczenie auta. Skutera nie mogliśmy wynająć, bo Pandzia nie miała międzynarodowego prawa jazdy (wysokie kary za brak jego posiadania), a ja nie mam nawet krajowego. Zresztą Bali to nie jest dobre miejsce na naukę jazdy na skuterze. Jedyną opcją na zwiedzenie Bali pozostały nam więc wycieczki zorganizowane.

 

Dzień 3

Poprzedniego dnia wykupiliśmy wycieczkę o nazwie ‚Kintamani/Volcano Tour’. Kosztowała nas łącznie 280 tyś. IDR i w tej cenie zapewniony był transfer z hotelu do miejsc znajdujących się w programie. Dodatkowo płatne były wszystkie wejścia do świątyń.

Zgodnie z planem kierowca przyjechał po nas o 9. W aucie czekała już jedna dziewczyna z Anglii, a drugą z Kalifornii musieliśmy jeszcze odebrać. Będąc już w komplecie pojechaliśmy do pierwszego punktu wycieczki – świątyni Elephant Cave Temple (Goa Gajah) wpisanej w 1995r. na listę zabytków UNESCO.

Elephant Cave Temple znajduje się niedaleko Ubud. Wejście kosztuje 15 tyś. IDR/osoba. Należy pamiętać o odpowiednim ubiorze, lecz jeśli zapomnimy, to na miejscu za darmo można wypożyczyć sarong. W świątyni przeplatają się ze sobą dwie religie – hinduistyczna oraz buddyjska. Na głównym dziedzińcu znajduje się jaskinia z rzeźbionym wejściem. Cały kompleks nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Warte odnotowania jest jednak piękne otoczenie, w którym się znajduje. Dużo zieleni, staw, niewielki wodospad. Oczywiście należy uważać na ludzi oferujących pomoc. Przy świątyni buddyjskiej, a w zasadzie kapliczce, odprawiane są modlitwy i błogosławieństwa. Kiedy już staniemy się święci należy wesprzeć „kapłana”.

Drugim odwiedzonym przez nas miejscem była świątynia The Rocky Temple (Gunung Kawi), która zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu. Dojście do głównej świątyni wiąże się z pokonaniem wielu betonowych schodów. Charakterystyczną cechą tego kompleksu są wdrożone w skale cele dla mnichów. Wszystkie pomniki zostały postawione ku czci dynastii panującej w XI w. Przed obejrzeniem głównego kompleksu warto pospacerować po tarasach ryżowych oraz skosztować prawie za darmo balijskich przekąsek. Wejście do Gunung Kawi kosztowało nas tyle samo co do „Jaskini Słonia”.

Następnym przystankiem podczas naszej wycieczki była Tirta Empul Temple (The Holly Spring Temple), czyli Świątynia Świętej Wody. Nasz portfel po kupieniu biletów uszczuplił się o kolejne 30 tyś. IDR. Po założeniu sarongu mogliśmy pospacerować po kolejnym miłym dla oka kompleksie, na którego terenie bulgocze sobie do tej pory gorące źródło, czczone przez Balijczyków. Legenda głosi, że święte źródło stworzył hinduski bóg Indra. Podobno w momencie, gdy zrobił w ziemi dziurę, wypłynął z niej eliksir nieśmiertelności i przywrócił do życia otrutych żołnierzy. Bardzo dużo mieszkańców wyspy odwiedza Tirta Empul Temple, żeby zażyć kąpieli w wodzie ze świętego źródła i zmyć z siebie grzechy. Turyści w wodzie są również mile widziani.

Była to ostatnia odwiedzona przez nas świątynia, ponieważ nie mogliśmy obejrzeć Ulun Danu Temple ze względu na trwające w niej tego dnia procesje (była zamknięta dla turystów). Kontynuowaliśmy więc naszą wycieczkę prosto do plantacji kawy. Z parkingu odebrał nas przewodnik, który oprowadził naszą grupę po terenie i przekazał informacje o produkcji oraz rodzajach kawy. Na koniec całkiem za darmo dostaliśmy do spróbowania kilka filiżanek kawy i herbaty (każda o innym smaku). Ja kawy nie piję, więc skupiłem się na herbatach. Szczególnie smak dwóch z nich zapisał się w mojej pamięci. Pierwszą była herbata kokosowa, a druga o smaku kurkumy.

Po opuszczeniu plantacji pojechaliśmy na punkt widokowy, z którego doskonale widać góry i jezioro Batur. Ta atrakcja okazała się jednym wielkim nieporozumieniem. Nie zrozumcie mnie źle, bo widoki są cudowne. Jednak, żeby zobaczyć jezioro z perspektywy parkingu, przy jednej z tamtejszych restauracji, należy zapłacić po 31 tyś. IDR/osoba za…dojazd do niej. Rozumiem, że za wejście do atrakcji należy płacić, bo tak jest na całym świecie. Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego mam płacić za postój przy drodze i robienie zdjęć naturze. To był pierwszy balijski przekręt, którego doświadczyliśmy. Na drugi nie trzeba było długo czekać, bo do następnego punktu wycieczki, który był zarazem ostatnim. Wjeżdżając do miejscowości, której nazwy nie znam, kierowca poinformował nas, że mamy dwie opcje: wysiąść z auta i zapłacić 5 tyś. za bilet lub za darmo robić zdjęcia z samochodu. O takiej opłacie jak „za wyjście z auta” nigdy wcześniej nie słyszałem. Tarasy umiejscowione były w miasteczku, w którym spacerowali turyści i mieszkańcy. Po tarasach nie można było chodzić, lecz tylko oglądać je z góry, więc ciekawe za co było to 5 tyś. tytułem wyjścia z auta. W przeliczeniu na złotówki to śmieszna kwota, ale sam fakt stosowania takich praktyk wzbudza we mnie złość. Dziewczyny były takiego samego zdania, więc daliśmy sobie spokój, zwłaszcza że tego dnia widzieliśmy mnóstwo pól ryżowych. Do Ubud wróciliśmy po 16:00.

 

Dzień 4

Tego dnia wykupiliśmy wycieczkę o nazwie „Badugul – Tanah Lot Sunset”. Była ona nieco droższa, niż poprzedniego dnia, ze względu na dalszą odległość atrakcji od Ubud. W agencji turystycznej zostawiliśmy tym razem 440 tyś. IDR. Wycieczka rozpocząć się miała o godz 10. Gdy na zegarku była już 10:20, zaczęliśmy się niepokoić, że o nas zapomnieli. Po następnych 5 min. kierowca jednak się zjawił i mogliśmy kontynuować odkrywanie tajemnic Bali. Podczas czwartego dnia zwiedzania towarzyszyły nam jeszcze 3 dziewczyny (Niemka, Francuzka oraz Amerykanka). Gdy wszyscy byliśmy gotowi do drogi, kierowca przedstawił nam plan zwiedzania. Dodatkowym punktem, którego nie było w oficjalnym programie, okazała się wizyta w Monkey Forest.

Wycieczkę zaczęliśmy od pojechania do świątyni Pura Taman Ayun (The Royal Family Temple), powstałej na cześć rodu królewskiego Gelgel. Bilety wstępu kosztowały nas 30 tyś. IDR. Teren wokół świątyni jest bardzo zadbany – pięknie przystrzyżony trawnik, ładny staw, ciekawe bramy i kilka fontann. Pośrodku ogrodu stoją charakterystyczne balijskie wieże noszące nazwę „meru”. Osobiście uważam, że Pura Taman Ayun było jednym z ładniejszych miejsc, które odwiedziliśmy na Bali.

Drugim punktem w naszym programie był Monkey Forest. Jak powiedział nasz kierowca – „las inny, ale małpy te same”. Wejście było tańsze niż w Ubud i kosztowało 25 tyś. IDR/osoba. Warto było zajechać do kolejnego małpiego gaju, ponieważ oglądanie tych zwierząt w ich naturalnym środowisku zawsze przynosi wiele radości. Już na wstępie przywitał nas siedzący makak, który popijał sobie napój z puszki. Ogólnie małpy były bardziej odważne niż w Ubud. Nie trzeba było mieć ze sobą jedzenia, żeby bez zawahania wskakiwały na głowy. Bez wątpienia czas spędzony w Monkey Forest był wyjątkowy.

Po leśnym spacerze pojechaliśmy na plantacje kawy i przypraw. Trafiliśmy na bardzo sympatyczną dziewczynę, która oprowadziła nas po terenie. Jeśli odwiedzimy jeszcze kilka plantacji to bez problemu będę mógł zacząć pisać doktorat o leczniczych właściwościach różnych rodzajów kaw i herbat. Tak jak dzień wcześniej, dostaliśmy zestaw 12 filiżanek i mogliśmy za darmo testować. Tym razem zdecydowanie najlepiej podeszła mi herbata o smaku trawy cytrynowej z miodem.

To bez wątpienia był numer jeden tej wycieczki. Mowa oczywiście o świątyni bogini Dewi Danu, która jest uznawana za opiekunkę jeziora Danau Bratan. Jej dokładna nazwa to Pura Ulun Danu Bratan. W mojej ocenie to najpiękniejsza świątynia na wyspie. Jej położenie na tle wielkiego jeziora i gór potęguje pozytywny odbiór. Jedynym minusem tego miejsca była spora liczba odwiedzających (nieporównywalnie większa, niż w innych atrakcjach).

Jedyną pułapką, która czekała na nas podczas tej wycieczki były tarasy ryżowe. Domyślaliśmy się z Pandzią, że pod tytułem: „piękny widok na tarasy ryżowe” może kryć się również wizyta w restauracji i nie myliliśmy się. Na szczęście tym razem za dojazd do niej nie pobrali od nas haraczu. Cena jaką należało zapłacić za buffet w restauracji wynosiła 90 tyś. IDR plus 20% podatku serwisowego. Dania były zimne i nie wyglądały zbyt apetycznie. Jednogłośnie zdecydowaliśmy się opuścić jak najszybciej to miejsce robiąc wcześniej kilka zdjęć tarasom.

Punktem kulminacyjnym wyjazdu było oglądanie zachodu słońca przy Tanah Lot Temple. Miejsce to jest wizytówką Bali. Nic więc dziwnego, że po przejściu bramy naszym oczom ukazały się setki turystów. Świątynia sama w sobie nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, zwłaszcza że wejście do niej było zamknięte. Wrażenie zrobiły za to klify, dużo zieleni i ładnie zagospodarowany teren. W atmosferze zupełnego lenistwa czekaliśmy razem z innymi odwiedzającymi na zachód słońca. Niestety nie było nam dane zobaczyć go w pełni, ponieważ na horyzoncie było sporo chmur i słońce szybko się za nimi ukryło. Udało nam się za to kupić lepsze jakościowo kartki pocztowe, które na Bali są fatalne (zdjęcia bardzo słabej jakości/rozmazane). Do Ubud wróciliśmy kilka minut o 19:30.

Dzień 5

W ostatni dzień na Bali zdecydowaliśmy się zwiedzić wschodnią część wyspy. Po raz kolejny odwiedziliśmy naszą agencję turystyczną i wykupiliśmy wycieczkę pod hasłem „Besakih East Part of Bali”. Łącznie kosztowała nas 360 tyś. IDR.

Tak się złożyło, że tego dnia nikt oprócz nas nie zdecydował się na podobną wycieczkę. Pomimo to, odbyła się zgodnie z planem. Spod hotelu wyruszyliśmy o 8:30, a kierowca zaproponował, że może się dostosować do naszych życzeń (gdzie, kiedy, ile czasu potrzebujemy). Z całego planu odrzuciliśmy ponowną wizytę na plantacji kawy i owoców oraz ukryty obiad pod jednym z punktów programu.

Pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem była fabryka ręcznego wyrobu tekstyliów. Został nam przedstawiony proces szycia obrusów na specjalnej maszynie oraz ręcznego tworzenia wzorów. Za wejście nie musieliśmy nic płacić. Oczywiście po pokazie można nabyć wytworzone w tym miejscu koszulki, torby, sarongi itp.

Z fabryki pojechaliśmy do kolejnej balijskiej świątyni. Tym razem padło na Old Court of Klungkung Kingdom, mającą w przeszłości duże znaczenie dla mieszkańców wyspy. Na terenie kompleksu znajduje się niewielkie i darmowe muzeum, które z ciekawości można odwiedzić. Warty obejrzenia jest także sufit głównej budowli, jeśli kogoś interesują horoskopy. Wstęp do kompleksu kosztował nas 24 tyś IDR.

Kolejnymi punktami wycieczki były wizyty w Bats Cave Temple oraz na jednej z balijskich plaż. Dobrze trafiliśmy ze zwiedzaniem świątyni, w której trwały akurat procesje i modlitwy. Nie mieliśmy wątpliwości, dlaczego świątynia nosi taka nazwę. W znajdującej się jaskini można było zaobserwować setki nietoperzy. Na pewno nie wszyscy będą szczęśliwi z takiego widoku, jednak miał on swój urok. Wejście kosztowało nas 12 tyś. IDR.

Plaża, na której odbiliśmy stopy, znajduje się nieopodal Bats Cave Temple (dokładnie po drugiej stronie ulicy). Niestety, ale potwierdziły się opinie o wyglądzie balijskich plaż – zaniedbane, zaśmiecone, nieatrakcyjne. Zrobiliśmy dosłownie dwa zdjęcia i wróciliśmy do auta.

W końcu przyszedł czas na odwiedzenie głównej atrakcji tej wycieczki, czyli najważniejszej świątyni na Bali – Pura Besakih. Już na wstępie nasz kierowca poinformował nas, że „miejsce piękne, ale ludzie źli”. O co mu chodziło? Dokładnie o „opiekunów” świątyni, którzy wymuszają pieniądze od turystów. Jak to wygląda? Otóż jedyną opłatą jaką powinniśmy ponieść za odwiedzenie „Matki Świątyń” jest 30 tyś. IDR (w naszym przypadku, za dwie osoby) płacone przy wjeździe do miejscowości. Jednak przed wejściem do świątyń biznes mafijny rozkwita i dziwnym zbiegiem okoliczności nikt nie dba o to, żeby mu przeciwdziałać. Już przy parkingu „opiekunowie” wyłapują turystów i zachęcają do wpisów w księdze gości, co wiąże się z późniejszą opłatą. Doskonale o tym wiedzieliśmy, ponieważ nasz kierowca przygotował nas na to wydarzenie. Powiedział, że lepiej wziąć przewodnika, którego oni oferują i na spokojnie zwiedzić sobie cały kompleks, niż próbować obejść ich stanowisko i zwiedzać na własną rękę. Na dodatek w tym czasie było wielkie święto na Bali, dlatego tym bardziej zachęcał, żeby samemu nie wybierać się na zwiedzanie. Podobno w przeszłości dochodziło do wielu nieprzyjemnych zdarzeń, przez co wizyta w tym miejscu nie była pozytywnym doświadczeniem. Dostaliśmy instrukcje, że nie powinniśmy zapłacić więcej, niż 30 tyś. IDR za przewodnika. Oczywiście zaraz po opuszczeniu parkingu ktoś się do nas przypałętał i zaprosił do stanowiska z księgą gości. Stała już przy niej Niemka, która płaciła 500 tyś. IDR za przewodnika, a „opiekunowie” żywiołowo starali się ją przekonać, że jednak to zbyt mało jak na 3-osobową rodzinę. Rzuciliśmy okiem na listę i nie mogliśmy uwierzyć, że ludzie w tak naiwny sposób wpłacają horrendalne sumy pieniędzy. Najłatwiej było oskubać Rosjan, których dotacje przekraczały nawet milion IDR!!! Z nami tak łatwo im nie poszło. Odrazu agresywnie podeszliśmy do rozmów, twierdząc że są szaleni, jeśli myślą, że tyle pieniędzy im zapłacimy. Ich stanowisko diametralnie się zmieniło i zaczęli nam tłumaczyć, że wpłaca się „co łaska”. Oni do niczego nie zmuszają, bo opłaty są dobrowolne. Po czym wpisałem na liście swoje imię i nazwisko, kraj pochodzenia oraz kwotę, którą wpłacamy. Nasze 30 tyś. IDR na tle setek tysięcy IDR wyglądało komicznie. Ciekawy jestem, czy po tym jak odeszliśmy od stanowiska, opiekunowie dopisali kilka zer, czy wyrwali kartkę.

Pura Besakih to bez wątpienia miejsce warte odwiedzenia. Pomimo nieuczciwych praktyk, które mają miejsce przed wejściem, warto przyjechać i pooglądać 22 kompleksy świątyń. Jedynym minusem jest brak możliwości wchodzenia do świątyń. Zwiedzanie polega jedynie na spacerze wzdłuż murów. Można jednak bez problemu zobaczyć jak składane są dary lub odprawiane modlitwy przez Balijczyków. Nasz przewodnik okazał się być całkiem spoko. Dużo opowiadał o historii miejsca i nie zanudzał. Na dodatek zrobił kilka zdjęć w miejscach, do których dostępu nie mieliśmy jako turyści. Wprawdzie na koniec zapytał się, czy nie damy mu napiwku, ale jego obecność jak najbardziej była pozytywna. Szkoda, że nie mogliśmy go dobrowolnie wynająć, tylko zostaliśmy do tego poniekąd zmuszeni.

Ostatnim punktem wycieczki było odwiedzenie tradycyjnej balijskiej wioski. Wejście do niej kosztowało nas aż 40 tyś. IDR, a atrakcja sama w sobie okazała się mega niewypałem. Tradycyjna wioska oprócz tego, że nie jeżdżą po niej auta i skutery, wygląda tak samo jak inne miasta na Bali. Komercję widać tam na każdym kroku (przy każdym domu zrobiony jest sklep). Do niektórych domów zapraszają ich właściciele, ale jak zwykle wiąże się to z dodatkową opłatą.

Na zakończenie dnia i pobytu na Bali, udaliśmy się oczywiście do restauracji Dapurku, którą odwiedzaliśmy prawie codziennie.

Pięć dni na Bali minęło nam bardzo szybko i przez ten czas w ogóle się nie nudziliśmy. Wyspa jest po prostu piękna. Wszyscy, którzy narzekają na ten zakątek świata prawdopodobnie przylecieli na wyspę z przeświadczeniem, że znajdą cudowne plaże. Niestety, ale w tym celu Bali się nie odwiedza. Bardzo spodobała mi się harmonia, którą czuć dookoła. Na pewno jest ona niezauważalna na ulicach, po których poruszają się setki skuterów i aut. Ludzie byli dla nas mili i nie narzucali się zbytnio. Na nasze „nie”, nie padało „a może jednak?”. Na Bali po prostu człowiek się relaksuje, bo też nie ma powodów, żeby się stresować. Oczywiście trzeba uważać na „przedsiębiorczych” ludzi, ale skala prób oszukania nas była naprawdę niska w porównaniu z innymi krajami, które odwiedziliśmy. Szczerze zachęcam do odwiedzenia wyspy, skorzystania z możliwości zobaczenia licznych świątyń, spróbowania lokalnego jedzenia i poczucia wiatru we włosach, przy okazji poruszania się skuterem po drogach, pośród tarasów ryżowych.

Koszty na Bali:

1. Hotele (6 noclegów) – 1.001.000 IDR.
2. Jedzenie – 971.000 IDR.
3. Transport – 2.405.000 IDR (w tym szybka łódź na Gili – 1 mln IDR).
4. Atrakcje – 545.000 IDR.
5. Inne – 344.000 IDR.
6. Wiza  – 910.000 IDR.

Łącznie: 475$ (6.176.000 IDR – 1700 zł) + bilety lotnicze z Kuala Lumpur na Bali za 392 zł (za dwie osoby).

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *