Honeymoon. Gozo.

Opublikowano Gozo Malta

Po istotnych wydarzeniach, które miały miejsce dla nas na początku czerwca, musieliśmy wybrać destynację, która pozwoli nam odprężyć się i zrelaksować po weselu. Na podróż mieliśmy tylko tydzień, dlatego postanowiliśmy nie zapuszczać się do dużych krajów lub w odległe zakątki świata. Szukaliśmy małej wyspy, na której nie będzie nudno i która będzie oferować piękne widoki. Początkowo miała być to Malta, lecz stwierdziliśmy, że jest jednak zbyt duża, żeby w tydzień objechać ją dookoła. Nie chcieliśmy się śpieszyć. Ostatecznie wybraliśmy drugą co do wielkości wyspę archipelagu Wysp Maltańskich – Gozo. Ta niewielka wyspa, którą zamieszkuje niecałe 40 000 ludzi, okazała się strzałem w dziesiątkę. W podróży towarzyszyło nam aż szesnastu naszych znajomych, co zapowiadało brak nudy i nieprzespane noce.

Na Maltę przylecieliśmy późnym wieczorem. Nie chcieliśmy odrazu wypożyczać aut, dlatego też zamówiliśmy dwa busy (przez stronę suntransfer.com), które miały nas przetransportować pod drzwi naszych apartamentów na Gozo. Po wylądowaniu, na lotnisku czekało na nas dwóch przedstawicieli firmy, którzy bezpiecznie i bardzo szybko dostarczyli nas pod wskazany adres. W apartamentach byliśmy przed północą, dlatego nie pozostało nam nic innego jak położyć się spać i rozpocząć zwiedzanie wyspy od następnego dnia.

Dzień I

Pierwszy dzień na Gozo miał stanowić zapoznanie się z wyspą oraz warunkami panującymi na drodze. Naszym głównym zadaniem było odebranie samochodów wypożyczonych z firmy Mayjo. Zgodnie z obietnicą, pracownik wypożyczalni przyjechał po nas o ustalonej godzinie i zabrał do siedziby firmy w Rabacie. Podpisanie umowy nie przyniosło nam większych problemów. Po 20 minutach biurokracji po raz pierwszy zostały odpalone nasze fury, którymi mieliśmy dotrzeć w każdy zakątek Gozo. 

Dziewiczy kurs do naszych apartamentów odbył się bez zerwanych lusterek i porysowanych kołpaków. Największą bolączką okazały się strome podjazdy, na których co chwilę trzeba zatrzymywać się i ruszać. Większość dróg na Gozo jest w fatalnej kondycji. W dużej mierze są one wąskie i trzeba uważać, żeby nie zarysować pojazdu przy wymijaniu. Początkowy strach i niepewność spowodowana lewostronnym ruchem z każdym dniem stawały się mniejsze.

Gdy staliśmy się bardziej mobilni, postanowiliśmy odwiedzić supermarket, żeby zapełnić nasze puste lodówki. Chyba najlepszą opcją na Gozo jest robienie zakupów w Lidlu. Sklep dobrze znanej nam sieci spożywczej jest tylko jeden na wyspie (w stolicy). Ceny różnych produktów nie odbiegały od cen, które zaobserwować można w sklepach Lidla w innych częściach Europy. 

Po zrobieniu zakupów, odwiedziliśmy w końcu pierwszą zatokę na wyspie. Ze względu na niewielki dystans od naszego apartamentu wybraliśmy Zatokę Dwejra. Ta lokalizacja swoją sławę zawdzięcza cudowi natury, którego mianem określało się „Lazurowe Okno”. Piszę w formie przeszłej, ponieważ rok temu (2017) atrakcja całkowicie zawaliła się i została pochłonięta przez morze. Jeśli ktoś rozważa odwiedzenie tego miejsca i zastanawia się czy warto skoro „Lazurowego Okna” już nie ma, to odpowiadam, że warto. Na miejscu zastaniemy charakterystyczne maltańskie klify, jaskinie, czy „morską studnię” (Blue Hole) o głębokości 102 m. Jeśli nie przeszkadza nam brak piasku, to bez problemu można rozłożyć ręczniki na betonie i relaksować się nad spokojną wodą, w której zażycie kąpieli to obowiązek.

 

Dzień II

Choć poprzedniego wieczora zasiedzieliśmy się dość długo przy kawie i herbacie, to jednak nie miało to wpływu na wcześniej ustalony plan dnia. Parę minut po godzinie 10 wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie Gozo.

Początek dnia postanowiliśmy spędzić w Dolinie Ghasri. Znajduje się w niej wąwóz morski, który liczy 250 metrów długości oraz od 15 do 30 metrów szerokości. Po zejściu do wąwozu rozłożyliśmy się na kamienistej plaży. Pływanie pomiędzy klifami dostarczyło nam wiele frajdy. Piękne otoczenie, które rozprzestrzeniało się dookoła, wymusiło rozgrzanie naszych aparatów fotograficznych do czerwoności.

Po spędzeniu dwóch godzin w wąwozie, przenieśliśmy się na kolejną plażę. Jadąc w jej kierunku mogliśmy zaobserwować panwie solne, które powstały już za czasów Rzymian. Panwie solne to wykute w skale baseny, w których odparowuje się sól do dnia dzisiejszego (już tylko na użytek własny mieszkańców). Przepiękny krajobraz obok którego nie można przejść obojętnym.

Według planu mieliśmy trafić na plażę San Blas, do której dojazd stanowi nie lada wyzwanie. Brak miejsc parkingowych (na plażę kursuje bus z górnego parkingu – około 3 euro podjazd), utrudniony dojazd do plaży (bardzo stroma droga) oraz fatalny stan drogi, przyczyniły się do porzucenia przez nas pomysłu odwiedzenia San Blas. Po krótkim zastanowieniu zmieniliśmy plany i udaliśmy się do Zatoki Ramla.

Usytuowana w zatoce plaża Ramla posiada charakterystyczny piasek, który przy odpowiednich warunkach świetlnych imituje kolor czerwony. Plaża sama w sobie jest szeroka i możemy znaleźć na niej sporo miejsca do rozłożenia się na ręcznikach. Można także bez problemów wypożyczyć sobie odpłatnie leżaki oraz parasol, ponieważ cienia na tej plaży nie uświadczymy. 

Z plaży Ramla wróciliśmy do domu dopiero pod wieczór. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Rotundę pw św. Jana Chrzciciela w Xewkija . Olbrzymie wrażenie robi kopuła budowli, której wysokość wynosi 75 metrów, a przybliżony ciężar aż 45 000 ton. Za drobną opłatą (3 euro) można wjechać windą na szczyt kościoła i podziwiać panoramę Gozo. 

 

Dzień III

Przeorganizowaliśmy trochę nasz tygodniowy plan zwiedzania i już trzeciego dnia wybraliśmy się na Maltę.

Przejazd pomiędzy wyspami nie mógł odbyć się bez przeprawy promowej. O 9 rano wyruszyliśmy do portu w Mgarr i tuż przed wjazdem na prom zakupiliśmy w budce bilety. Przeprawa wiąże się z uiszczeniem opłaty 4,65 euro za osobę oraz 11 euro za samochód. Co ważne opłata jest pobierana tylko raz – w drodze z Gozo na Maltę. Przeprawa z Malty na Gozo jest bezpłatna. Promy kursują co 30 minut, a czas przeprawy wynosi około 20 minut.

Naszym pierwszym punktem na Malcie była wioska Papaja. To bajkowe miejsce wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Papaja chyba nie trzeba nikomu przypominać. Niski mięśniak, marynarz o krótkich nogach, u którego charakterystycznym elementem była fajka w zębach. Dzięki jedzeniu szpinaku miał niewyobrażalną moc. Wioska Papaja została zbudowana na potrzeby filmu w roku 1979. Do dnia dzisiejszego funkcjonuje jako park rozrywki. Po zakupie biletu, którego koszt wynosi 15 euro, możemy bez limitu odwiedzać wszystkie domki, korzystać z dostępnych stoisk z grami logicznymi, rozwiązywać łamigłówki, brać udział w pokazach tanecznych. Dodatkowo w cenie biletu mamy wstępu na jednorazowy kurs motorówką, który odbywa się w pobliżu wioski, drink powitalny oraz kartkę z dwoma tłami do wyboru. Na wodzie umiejscowione są różne tory przeszkód, z których korzystać można bez ograniczeń. Lazurowa woda dodatkowo zachęca do ochładzającej kąpieli.

Po opuszczeniu wioski ustawiliśmy na nawigacji kierunek Blue Grotto. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawanych atrakcji na Malce. Za opłatą 8 euro można wziąć udział w kursie łodzią do jaskiń, z których największą i najbardziej imponującą jest właśnie Blue Grotto. Nam niestety warunki pogodowe (duże fale) nie pozwoliły na odbycie rejsu. 

Kontynuując wycieczkę przejechaliśmy do starego rybackiego portu w Marsaxlokk. Co ciekawe właśnie w tej wiosce zostało podpisane porozumienie o zakończeniu Zimnej Wojny. Miało to miejsce na statku Maxim Gorky, który zakotwiczony był w tutejszym porcie. 

Jeśli oglądaliście wcześniej zdjęcia z Malty i widzieliście na nich wiele kolorowych łódek, to duże prawdopodobieństwo, że to właśnie w Marsaxlokk były one zrobione. Żółto-niebiesko-czerwone łodzie (luzzu) to nieodłączny element portowego krajobrazu. Będąc w wiosce nie mogliśmy odmówić sobie zjedzenia świeżej ryby w lokalnej restauracji (ceny wahają się od 12-15 euro za zestaw). 

Na ostatni punkt wycieczki wybraliśmy Peter’s Pool, czyli baseny św. Piotra. Naturalnie wydrążone w skałach stanowią idealne miejsce do kąpieli. Tak jak w przypadku Blue Grotto nie było nam dane skorzystać z tej atrakcji, ponieważ silny prąd i duże fale nam to ponownie uniemożliwiły. Na zakończenie dnia zrobiliśmy ostatnie pamiątkowe zdjęcie na tle klifów, a następnie wróciliśmy na prom i odpłynęliśmy na Gozo.

 

Dzień IV

Po wczorajszej całodniowej wycieczce na Maltę musieliśmy trochę odespać, dlatego budzików nie ustawiliśmy na konkretną godzinę. Kiedy wszyscy już wstali i zjedli śniadanie, doszliśmy do porozumienia, że musimy ten dzień potraktować ulgowo.

Bez pośpiechu wyjechaliśmy z domu po 11. Niecałe dwa kilometry od naszego miejsca zamieszkania stał okazały kościół, który mijaliśmy w ostatnich dniach dosyć często. Postanowiliśmy go odwiedzić jako pierwszą atrakcję. Kościół Ta Pinu należy do najsłynniejszych świątyń w kraju. Zdarzenia, które miały w niej miejsce w XIXw. uznane zostały za cuda. Spowodowało to nadanie Ta Pinu tytułu Bazyliki Mniejszej. W maju 1990r. kościół odwiedził Jan Paweł II. Podczas pielgrzymi dołożył pięć złotych gwiazd do obrazu Matki Boskiej. 20 lat później papież Benedykt XVI ofiarował Ta Pinu złotą różę. 

Po wizycie w świątyni udaliśmy się do stolicy Gozo – Rabatu. Naszym głównym celem było odwiedzenie górującej na wzgórzu cytadeli. Dane historyczne wskazują, że już od epoki brązu teren ten był zaludniony. Na dzień dzisiejszy fortyfikacje są w stanie nienaruszonym. Jedynie północna część stoi w większości w ruinie. Spacer po murach cytadeli jest bezpłatny. Wejście do Katedry Wniebowzięcia NMP kosztuje 5 euro. W cenie biletu można także wejść do muzeum archeologiczne. Na cytadelę warto wspiąć się chociażby ze względu na niesamowite widoki, które rozprzestrzeniają się stamtąd na całą wyspę.

Po zwiedzaniu zjedliśmy obiad w lokalnej restauracji, zakupiliśmy pamiątki, a następnie podzieliliśmy się na dwie grupy. Część wróciła do domu, a część wybrała się na plaże do Zatoki Mgarr ix-Xini. Zejście do plaży jest bardzo strome. Sama plaża jest mała i  kamienista. Istnieje możliwość wypożyczenia na niej leżaków oraz parasoli. Z tarasu widokowego, przy którym stoi food truck, można obserwować skoki do wody licznych śmiałków, którym niestraszne są wysokości. 

 

Dzień V

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić w raju. Tym tytułem określana jest niewielka wysepka pomiędzy Maltą, a Gozo, która nosi nazwę Comino. Oficjalnie zamieszkuje ją tylko trzy osoby, jednak w ciągu dnia na wyspie przebywa masa turystów. 

Bilety na łódź zakupiliśmy w dzień wycieczki. Wynajęliśmy prywatną łódź, która kosztowała nas 15 euro/osoba. Oprócz bezpośredniego transferu na wyspę, w cenie biletu zawarty był rejs dookoła Comino. Podczas kursu łodzią kapitan zatrzymywał się przy ważniejszych miejscach i o nich opowiadał. 

Nie ma sensu opisywać wysepki, wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Pomimo tłumu turystów, spędziliśmy na Comino kilka wspaniałych godzin. 

Nasz pobyt na wyspie trwał od 9 do 17. W tym czasie część z nas zdążyła się mocno zaczerwienić. Jedynym minusem jaki zaobserwowaliśmy na Comino były meduzy w wodzie, z którymi kontakt kończył się niewielkim oparzeniem. Na szczęście ratownicy byli wyposażeni w odpowiednie środki, które szybko niwelowały uczucie bólu. Osobiście uważam, że zaraz po przybyciu na wyspę należy wypożyczyć leżak oraz parasol (dwa leżaki i parasol to koszt 20 euro za cały dzień). Na wyspie nie ma żadnego cienia, więc bez parasolu zostajemy wystawieni na pełne słońce, co może skończyć się chociażby oparzeniem ciała. Nie warto ryzykować.

Dzień VI

Wycieczka na Comino pozostawiła w naszych pamięciach masę miłych wspomnień. Parę osób w wyniku nadmiernego opalania wspominało jeszcze ten wyjazd przez następne dni. W związku z tym, że nie wszyscy czuli się na siłach, żeby wyruszyć na wycieczkę w kolejne zakątki Gozo, nasza ostatnia ekspedycja liczyła tylko osiem osób. 

W końcu udało nam się odwiedzić wioskę rybacką Xlendi. Muszę szczerze przyznać, że to miejsce naprawdę mnie urzekło. Myślę, że duży wpływ na to miało położenie wioski w pięknej zatoce. Tuż przy brzegu działa kilka restauracji, które serwują owoce morza. Osobiście było dane mi skosztować jeszcze tego wieczoru pyszną ośmiornicę. Wzdłuż zatoki ciągnie się betonowa promenada, która w nocy jest dodatkowo oświetlona. Będąc w Xlendi musicie koniecznie odwiedzić lodziarnię, która za niewielkie pieniądze oferuje niesamowicie pyszne lody.

Z portu rybackiego przenieśliśmy się na klify Ta’ Ċenċ. Dojazd do nich okazał się nie lada wyzwaniem, ponieważ droga do atrakcji jest nieoznakowana. Nasz upór został wynagrodzony, ponieważ nierówne i strome klify wyglądały obłędnie. Ich wysokość w tym pasmie wynosi do 120 metrów od poziomu morza. 

Ostatnim punktem wycieczki było odwiedzenie niewielkiej Zatoki Dahlet Qorrot. Ciche i spokojne miejsce pozwoliło nam się po raz ostatni zrelaksować na Gozo. W licznych jaskiniach znajdujących się przy plaży ludzie zrobili sobie domy oraz pomieszczenia gospodarcze. Atutem tego miejsca jest brak masowej turystyki. Plaża niestety nie jest piaszczysta, ale nie brakuje miejsca na kamieniach, żeby się rozłożyć. Kolor wody tak jak w przypadku innych zatok był po prostu rewelacyjny. 

Tuż przed wyjazdem do domu czekała na nas miła niespodzianka. Marcin postanowił oświadczyć się Ani, a Ania oświadczyny przyjęła. Tym samym wyjaśniła się sytuacja co będziemy opijać w ostatni wieczór na Malcie. 

 

Dzień VII

Ostatni dzień na Malcie spędziliśmy w apartamentach, które musieliśmy opuścić do godziny 17:00. Wiedząc, że już nigdzie nie będziemy jeździć, zwróciliśmy nasze auta nad ranem. Reszta dnia przebiegała pod dyktando pakowania się, pływania w basenie i odsypiania zabawy, która miała miejsce ostatniej nocy. O wyznaczonej godzinie przyjechał kierowca busa, który zapoczątkował nasz transfer z Gozo na terminal lotniczy na Malcie. To był już koniec wakacji.

Osobiście uważam Gozo za przyjemną wyspę, która ma wiele do zaoferowania. Przez cały tydzień miałem wrażenie, że jestem u babci na wsi, a miasteczka są wymarłe. Na niesamowity klimat wyspy wpływają dziewicze wybrzeża, czy architektura, między innymi barokowe kościoły górujące na wzgórzach. Gozo jest eko-wyspą, co znaczy, że mieszkańcy oprócz rozwoju terenu, dbają również o jego środowisko.  Na wyspie mamy możliwość skorzystania z kilku plaż, które są zróżnicowane, co pozwala na wybór tej właściwej pod nasze preferencje. Przy każdej plaży stacjonuje restauracja albo bar, gdzie za niewielkie pieniądze możemy się posilić lub kupić papierosy (niedostępne w sklepach spożywczych). Po Gozo można się poruszać na wiele sposobów. Można wynająć skuter, quada, jeździć autobusami publicznymi lub prywatnymi z otwartym dachem. My wynajęliśmy auta, co pozwoliło nam stworzyć plan zwiedzania całkowicie pod siebie. Należy pamiętać, że na wyspie panuje ruch lewostronny, a  legendy o wąskich drogach nie są przesadzone. Kierowcy nie jeżdżą jak wariaci, ponieważ nie pozwalają na to warunki na drodze. Na pewno warto choć raz odwiedzić Gozo i zaczerpnąć sielankowego klimatu, który oferuje. Bajkowe scenerie, które zapamiętałem z wyjazdu, bez wątpienia będą istnieć w mojej głowie jeszcze przez długi czas.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *