Jeszcze więcej piękna. Palawan.

Opublikowano Bohol Filipiny Palawan

Dzień 1, 2 i 3.

Zgodnie z planem, a wręcz nawet szybciej niż zakładaliśmy, udało nam się dotrzeć na filipińską wyspę Palawan. Po przylocie do Puerto Princessa pozostało nam trochę czasu do autobusu, który miał nas nocą przetransportować do El Nido. Korzystając z okazji postanowiliśmy odwiedzić polecaną przez tripadvisor restaurację Kalui, która znajduje się około jednego kilometra od lotniska. Tam bez wątpienia zjedliśmy najlepszy posiłek podczas podróży po Filipinach. Niesamowity wystrój, pyszne jedzenie i niskie ceny charakteryzują to miejsce. Za 695 php zamówiliśmy danie specjalne restauracji, na które składało się kilka pozycji i każda była wyjątkowa. Jeśli będziecie chcieli doświadczyć filipińskiego kulinarnego rytuału, to musicie koniecznie odwiedzić Kalui. Przed pójściem do restauracji zalecam zrobienie rezerwacji, ponieważ praktycznie przez cały czas wszystkie stoliki są zajęte.

Po kolacji trycyklem przewieziono nas na dworzec autobusowy w Puerto Princessa, skąd wyjechaliśmy do El Nido o 21:00. Dwóch głównych przewoźników jeżdżących na tej trasie to Cherry Bus oraz Roro Bus. Nie brakuje też prywatnych przewoźników z vanami. Bilety kosztowały nas 500 php za osobę. Przez całą drogę temperatura w autobusie nie przekroczyła +5 stopni, za sprawą ciągle działającej klimatyzacji. Do El Nido dojechaliśmy po godzinie 2 w nocy, czyli przed czasem. W związku z tym, że był to środek nocy, kierowca poinformował wszystkich pasażerów, że jak chcą to mogą dalej spać w autobusie, najpóźniej do 6:15. My mieliśmy w planach pierwszą wycieczkę o 9 rano, dlatego od razu pojechaliśmy do hotelu i wykupiliśmy opcję wcześniejszego zameldowania.

W El Nido zamieszkaliśmy w hotelu o nazwie Novie’s Tourist Inn, który oddalony był od centrum 3 minuty jazdy trycyklem. Zdecydowałem się na ten hotel, ponieważ oferował najlepszy stosunek jakości do ceny. Otrzymaliśmy typowy bambusowy domek z klimatyzacją, niedaleko plaży i nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne.

Dlaczego najpierw wybraliśmy Bohol, a dopiero później odwiedziliśmy Palawan? Po prostu poddaliśmy się obiegowej opinii, że po zobaczeniu wysepek w pobliżu El Nido, nic na Filipinach nas już nie zachwyci. Tym samym stopniując sobie poziom zachwytu, postanowiliśmy odwiedzić najpierw Bohol, a dopiero później przybyć na Palawan i do El Nido.

Miejscowość El Nido położna jest na północnym – wschodzie wyspy. Sama w sobie nie oferuje nic szczególnego. Centrum miasta umiejscowione jest na plaży, z której każdego poranka odpływa mnóstwo łodzi na wycieczki po okolicznych wysepkach, lagoonach i plażach. W tym właśnie celu przyjeżdża się do El Nido (oprócz nurkowania). Naszym głównym celem było wypłynięcie na wycieczki A i C uważane za najatrakcyjniejsze. Ostatecznie wykupiliśmy także bilety na tour B. Przez trzy dni mieliśmy szansę podróżować po raju.

Przebieg wycieczek organizowanych w El Nido wygląda następująco. Codziennie rano o 9 łodzie wypływają na island hopping. Do wyboru są wycieczki A, B, C i D, które zawierają w sobie odwiedzenie różnych pięknych miejsc. Bilety bez problemu można wykupić w licznych biurach turystycznych przy plaży (nawet przed wyruszeniem łodzi). Ceny w zależności od wyboru wycieczki są różne. Najwięcej płaci się za Tour C 1400 php. Tour B kosztuje 1300 php, a A 1200 php. Cena wycieczki obejmuje transfer z hotelu na plażę, miejsce na łodzi, opiekę przewodnika, lunch, wodę mineralną, maskę i rurkę do snoorkelingu. Przed wpłynięciem na otwarte wody przewodnicy pouczają turystów co wolno, a czego nie powinno się robić podczas wyprawy. Największy nacisk kładzie się na ochronę rafy i bezpieczeństwo. Na każdym przystanku opowiadana jest historia dotycząca danego miejsca. Czasami prawdziwa, a czasami zmyślona. Najważniejsze, że wszyscy się dobrze bawią.

Jak już wspominałem, my wykupiliśmy bilety na Tour A, B i C. Każdy z nich był wyjątkowy, pełen niesamowitych wrażeń i przygód, inny od poprzedniego. Bilety kupiliśmy w naszym hotelu, gdzie dostaliśmy 10% zniżki na każdą wycieczkę. Przed pokazaniem zdjęć, wspomnę tylko, że wyprawa na islands hopping nie może odbyć się bez kremu do opalania z wysokim filtrem, butów wodnych, torby wodoodpornej oraz maski i rurki (niektóre biura wypożyczają za darmo sprzęt). Często bywa tak, że łodzie nie wpływają na wyspę, lecz ostatni kawałek drogi na plażę trzeba pokonać po wodzie, w której jest dużo ostrych kamieni. Czasami, jak np. w przypadku ukrytych plaż, trzeba przepłynąć znaczną odległość, gdzie są fale, czy silny prąd, żeby zobaczyć dane miejsce. Wszystko jest jednak warte zachodu, bo widoki wpisują się w pamięć i ciężko je będzie kiedykolwiek wyprzeć.

Tak wyglądała nasza przygoda w El Nido:

Tour A

  1. Secret Beach – ukryta plaża. Dotarliśmy tam, gdy pogoda wkurzyła się nie na żarty. Filipiny, marzec, statystycznie dwa dni deszczowe w ciągu miesiąca. Uciekliśmy z Boholu przed pogodą, ale ewidentnie ona nie chciała dać za wygraną. Wlokła się za nami ospała, pochmurna i wysysała ze mnie resztki optymizmu. Tego było za wiele, jak nie huknąłem, jak nie przekląłem jej od wszystkich najgorszych… wtedy to było jej ostatnie, brzydkie oblicze podczas tego wyjazdu. Wprawdzie zezłościła się przy okazji ukrytej plaży, popłakała kroplami deszczu, ale ostatecznie odeszła i przestaliśmy mieć z nią problemy. Ukryta plaża w takich warunkach wyglądała jak bajoro dla prosiaków, dlatego nie dziwię się, że z niesmakiem przyjęli ten punkt wycieczki nasi rodacy, płynący na innej łodzi i dający ku temu swoje oznaki niezadowolenia w postaci ody do marudzenia.
  2. Payong- Payong Beach  (Umbrella Beach).
  3. Big Lagoon – tutaj to już zaczął się prawdziwy krajobrazowy hardcore. Jak to mówi polskie powiedzenie – kisiel w majtkach. Wszystko w pełni słońca, woda kryształ, widoki zapierające dech. Witaj filipiński raju.
  4. Small Lagoon – siostra bliźniaczka dużej laguny. Wypożyczyliśmy kajaki za 300 php i popłynęliśmy do samego centrum. Tzn. ja wiosłowałem, a księżniczka Pandzia podróżowała.
  5. 7 Comando Beach – ostatni punkt wycieczki. Plaża położona niedaleko naszego hotelu, aczkolwiek do zdobycia była tylko od strony morza. Czysty piasek, przejrzysta woda z resztkami rafy, egzotyczny klimat. Dobre miejsce na zakończenie wycieczki.

Tour B

  1. Pinagbuyutan Island.
  2. Punkt z rafą koralową (poza programem).
  3. Snake Island – tutaj zjedliśmy sobie lunch, obejrzeliśmy otoczenie z punktu widokowego i przespacerowaliśmy się po podwodnej ścieżce biegnącej z jednego brzegu na drugi.
  4.  Cadugnon Point and Cave – oprócz plażowania, wchodziliśmy również do wnętrza jaskini.
  5. Pinasil Island i Cathedral Cave – najnudniejszy punkt wycieczki, czyli podpływamy do wyspy, w której wyżłobienie w skale posiada kształt katedry.
  6. Snoorkeling Area – na sam koniec pozostawili nas na pastwę podwodnego świata. Dlaczego nie posiadam skrzeli?

Tour C

  1. Helicopter Island – podobno patrząc na wyspę z góry przypomina ona swoim kształtem helikopter.
  2. Hidden Beach – ukryta plaża, której odkrycie wzbudza same zachwyty.
  3. Snoorkeling Area i Star Beach – kiedy przygotowywano dla nas lunch, mogliśmy wskoczyć do lazurowej wody, pływać i podziwiać widoki. Jak się okazało trafiliśmy do bardzo zdradzieckiego miejsca, gdzie prąd był tak silny, że uniemożliwiał nam bezpieczny powrót na łódź. Po wielu trudach udało nam się ostatecznie wrócić, ale wielu osobom rzucano koła ratunkowe i holowano ich na linie do łodzi.
  4. Secret Beach – kolejna ukryta plaża, do której musieliśmy dopłynąć o własnych siłach. Było to zdecydowanie łatwiejsze, niż na poprzedniej miejscówce, ale zainteresowani musza się liczyć z tym, że przed zobaczeniem pięknego miejsca może czekać na nich walka z falami. Co ważne, to miejsce bywa tylko czasami dostępne do oglądania, przez większość czasu woda jest zbyt wysoka, żeby wpłynąć na plażę.
  5. Shimizu Island – podczas wycieczki C mieliśmy najsympatyczniejszych przewodników, którzy na koniec dnia zabrali nas na jeszcze jedną plażę (nie udało nam się jej zobaczyć podczas wycieczki A).

Dzień 4,5 i 6.

Po trzech intensywnych dniach wspaniałych przygód na okolicznych wyspach El Nido, przyszedł czas na trochę odpoczynku i zwiedzanie samego miasteczka.

Będąc uniezależnionym od czasu, w końcu pospaliśmy dłużej niż do 7:15. Jedząc śniadanie cieszyłem się, że wszystkie wycieczki udało nam się zaliczyć przy świetnej pogodzie. Tego dnia zapowiadane opady i zachmurzone niebo stały się faktem.

W planach na ten dzień było między innymi sprawdzenie plaży położonej 100 m od naszego miejsca noclegowego. Przez poprzednie trzy dni byliśmy zajęci i nie mieliśmy szans tam dotrzeć. Plaża Corong Corong, bo o niej mowa, niczym nas nie zaskoczyła. W porównaniu z plażami widzianym przez ostatnie trzy dni była po prostu kiepska. Co dobre, poza nielicznymi mieszkańcami, była ona praktycznie całkowicie pusta. Jak ktoś nie lubi tłumów to na pewno poczułby się na niej dobrze.

Następnie, przeszliśmy wzdłuż brzegu do największego w mieście marketu, żeby sprawdzić filipiński asortyment. Tak jak to bywało w innych azjatyckich krajach, tak samo na Filipinach, na półkach znaleźliśmy dosłownie wszystko. Tuż obok marketu stoi targ, na którym można najtaniej w mieście kupić owoce i ryby. Oczywiście obowiązkowo musieliśmy tam zajrzeć.

Po wizycie na targu ruszyliśmy wzdłuż głównej drogi prowadzącej do centrum El Nido. Tam pokręciliśmy się po licznych uliczkach, zachodząc do kilku sklepów z pamiątkami. Naszym głównym celem było kupienie pocztówek, co okazało się jedną z trudniejszych rzeczy do wykonania. Kiedy udało nam się już je nabyć, to problemem stały się znaczki. Poszliśmy do sklepu Art Cafe, który znajduje się przy plaży, ponieważ tam według opinii paru osób mogliśmy je kupić. Oczywiście na miejscu okazało się, że znaczków nie posiadają, bo są dostępne tylko na… poczcie. A że była niedziela to poczta była zamknięta i z zakupem znaczków musieliśmy się wstrzymać do następnego dnia.

Poczta w El Nido znajduje się w pobliżu szkoły, zadaszonego boiska i Domu Kultury. Dość duże zgromadzenie ludzi i głośna muzyka przy boisku, zachęciły nas do zbadania sytuacji. Okazało się, że tego dnia świętowano w El Nido Dzień Kobiet i w związku z tym zorganizowano pokazy tańca.

Po obejrzeniu przedstawienia wróciliśmy na Corong Corong, ale długo tam nie zostaliśmy. Postanowiliśmy przejść około 3 kilometrów brzegiem morza na inną plażę – Las Cabanas. W zasadzie większość drogi szliśmy po piasku, natomiast ostatni kawałek trzeba było pokonać po skałach. Plaża okazała się o wiele ciekawszym miejscem niż Corong Corong (bardziej zadbanym). Po wejściu na Las Cabanas od razu czuć imprezowy klimat. Sporo ludzi, bary, parę hoteli. Znaleźliśmy miejsce dla siebie i dopiero z zachodem słońca wróciliśmy do domu. Tuż przy wejściu na plażę  (z głównej drogi trzeba zejść schodami na plażę) swój postój ma mafia trycyklowa, która ustaliła sobie cenę za przejazd na poziomie 150 php, niezależnie od trasy. My wróciliśmy pieszo, bo szkoda nam było być świadomie nabitym w butelkę.

I na tym czas zakończyć pisanie relacji. W drodze do domu ponownie udaliśmy się do Dubaju, gdzie spędziliśmy cały dzień w oczekiwaniu na nocny lot do Katowic. Żałuję tylko, że nie mieliśmy okazji ponownie odwiedzić restauracji Kaleidoscope, gdzie dwa lata temu jedliśmy najwspanialsze dania do oporu. Być może jeszcze kiedyś będzie ku temu okazja i ją z pewnością wykorzystamy.

Jeśli chodzi o podsumowanie naszego wyjazdu, to cała podróż zajęła nam 17 dni. Specjalnie pominąłem kilka dni w relacji, ponieważ związane one były z dolotami, czy wizytą w Dubaju. Wyjazd na Filipiny na pewno był dla nas sentymentalny i rozbudził wspomnienia sprzed dwóch lat, kiedy to dopiero zaczynaliśmy poznawać Azję. Trudno oceniać ten kraj po odwiedzeniu zaledwie dwóch wysp, do tego ogarniętych manią zarabiania pieniędzy. Na pewno spędziliśmy na Filipinach wspaniały czas, ale raczej nie zdecydujemy się tam wrócić w najbliższym czasie (może dlatego, że wiemy o istnieniu przyjemniejszych, azjatyckich krajów). Wszystkim zastanawiającym się nad wyjazdem polecam nie wahać się, ponieważ wzięcie udziału w wycieczkach po okolicznych wsypach El Nido warte są wydania każdych pieniędzy. Dużo pisze się o niesmacznym jedzeniu na Filipinach. Po części to prawda. Kuchnia zdominowana przez kurczaka może się po jakimś czasie znudzić. Próbowaliśmy ryb, ale przyrządzane były jak guma, kalmary tak samo. Trzeba naprawdę się naszukać, żeby trafić do lokalu z dobrym jedzeniem. Ceny na wyspach są jak na Azję bardzo wysokie, ogólnie kraj do najtańszych nie należy. Wiele produktów jest droższych niż u nas w Polsce. Także podczas planowania należy to wziąć pod uwagę, bo ja przyznam się byłem mocno zaskoczony. Przez cały czas czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Filipińczycy są sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi, skłonnymi zawsze pomóc. Oczywiście znajdą się czarne owce, jak np. kierowca trycykla na przystanku autobusowym w Puerto Princessa, który chciał od nas 400 php za przejazd niecałych 3 kilometrów. Jednak trafiliśmy na takiego delikwenta tylko raz przez 14 dni, a trycyklami poruszaliśmy się na okrągło.

Teraz Filipiny zostawiam już za sobą i zaczynam małymi krokami przygotowywać się do sierpniowego wyjazdu na Islandię, którą odwiedzę już drugi raz, żeby jeszcze mocniej zacisnąć więzy miłości, które nas łączą.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *