Powrót do przeszłości. Bohol.

Opublikowano Bohol Filipiny

Dzień 1

Dokładnie dwa lata minęły od postawienia stopy na azjatyckiej ziemi. W 2015 r. spędziliśmy prawie trzy miesiące na poznawaniu tego kontynentu. Tym razem mieliśmy zdecydowanie mniej czasu, bo zaledwie trzy tygodnie, żeby odkryć zupełnie nowy kawałek świata. Oczywiście, mogliśmy zobaczyć kilka krajów, jednak zgodnie stwierdziliśmy, że tym razem stawiamy na odpoczynek, a naszą podróż ograniczymy tylko do wybranego miejsca. Tym razem padło na Filipiny, a żeby nie było zbyt nudno, to na dwie filipińskie wyspy – Bohol i Palawan. Przed dotarciem do odległych zakątków Azji, najpierw trafiliśmy ponownie do Dubaju, który był miejscem przesiadkowym. Korzystając z pełnego dnia w tym mieście, przypomnieliśmy sobie jego uroki. W końcu też udało nam się odbyć rejs wzdłuż mariny. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tym wspaniałym mieście, to zachęcam do przeczytania wpisu poświęconego właśnie Dubajowi. Następnego dnia odlecieliśmy z głównego dubajskiego lotniska do Manili i tam też zatrzymaliśmy się na jeden dzień. Niepochlebne opinie o stolicy Filipin nie były przesadne. Miasto jest ciasne, zakorkowane i brudne. Na szczęście zbudowano w nim jedną z największych na świecie galerii handlowych, która okazała się największą atrakcja jaką miasto mogło nam zaoferować.

Na wyspie Bohol mieliśmy się poczuć jak na wymarzonych wakacjach. Na płycie lotniska wylądowaliśmy o godz. 14:25 po 1,15h locie z Manili. Lotnisko od razu zapisało się na mojej prywatnej liście najciekawszych portów lotniczych, które było mi dane już odwiedzić. Pas startowy przypomina odcinek polskiej autostrady, której zrobienie kilometra wymagało wiele czasu, a gdy już udało się go ukończyć, to efekt był i tak mizerny. Terminal to po prostu zwykły hangar, którego przejście zajmuje niecałą minutę. Do tego te urzekające palmy w pobliskim otoczeniu.

Na parkingu przed terminalem czekał na nas umówiony wcześniej kierowca. Poleciła nam go osoba, u której wynajmowaliśmy mieszkanie podczas pobytu na Boholu. Koszt przejazdu z lotniska w okolice Alona Beach wyniósł nas 500 php. Za pobyt liczący 6 dni i 5 nocy zapłaciliśmy 188 euro. Do naszej dyspozycji otrzymaliśmy mieszkanie, które posiadało duży salon z kuchnią, osobną sypialnię oraz łazienkę i balkon. Obiekt mieścił się około 10 minut spacerem od popularnej plaży Alona Beach. W dzień mieliśmy więc blisko do plaży, a w nocy spokój i ciszę.

Chwilę po przyjeździe ruszyliśmy do centrum sprawdzić, gdzie nas przywiało i jak wygląda ogólna sytuacja. Na dzień dobry zetknęliśmy się ze standardami, które panują na całych Filipinach. Po pierwsze, zauważalne jest okazywanie szacunku podczas rozmowy. Każde pytanie czy odpowiedź kończy się zwrotem grzecznościowym „Pan/Pani”. Raz wypowiedziane „nie” oznacza rezygnację z kolejnego nagabywania na wycieczki, transport, czy jedzenie. Po drugie, nieważne gdzie zmierzasz, najlepiej będzie jak tam pojedziesz. Do wyboru są taksówki, skutery z wydłużonymi siedzeniami (habal habal) oraz trycykle, czyli dokładnie to samo co tuk tuki w pozostałej części Azji. My korzystaliśmy z ostatniej opcji, najtaniej wychodzi jednak podwózka na zwykłym skuterze. Łapanie transportu jest bardzo proste. Zwykle machnięcie ręki wystarczy, żeby zatrzymać pojazd. Zazwyczaj nie zdąży się tego zrobić, a już ktoś krzyczy czy przypadkiem ma nas nie podwieźć. Po trzecie, tutaj są wszędzie kurczaki. Kurczaki smażone, pieczone i grillowane. Prawdopodobnie dzień bez BBQ na Filipinach to dzień stracony. Wiele źródeł podawało, że jedzenie jest tutaj koszmarne. Ku naszej radości, w większości przypadków była to plotka.

W końcu przebiliśmy się do plaży, mijając wcześniej wiele miejsc serwujących jedzenie, świeżo wyciskane soki, proponujących kursy nurkowe i sklepiki spożywcze oraz pamiątkowe. Normą w naszych ostatnich podróżach stał się fakt, że pierwsze dni to czas przypływu, więc o urokach plaż można zapomnieć. Na Filipinach spotkał nas ten sam zawód. Na Alona Beach ulokowanych jest sporo barów i jadłodajni. Plaża jest długa i szeroka, choć przy pierwszym spotkaniu większość zabrała woda. Pomimo obecności dużej ilości osób, plaża nie wydawała się przeludniona. Sprawiała wręcz wrażenie miejsca spokojnego, odpowiedniego do chwili relaksu. Bez namysłu poddaliśmy się temu przeświadczeniu. Na koniec dnia mogliśmy podziwiać słynny filipinśki zachód słońca, choć Alona Beach nie jest miejscem idealnym na tego typu atrakcje.

Kolejnego dnia mieliśmy w planach odwiedzić pozostałe plaże. Zrezygnowaliśmy tym samym z oferowanych przez biura turystyczne wycieczek, z których mieliśmy skorzystać dopiero w kolejnych dniach.

Dzień 2

Zgodnie z planem drugiego dnia rozpoczęliśmy eksplorację wybrzeża. Znaleźliśmy kierowcę trycykla, z którym związaliśmy się na resztę dnia.

No to w drogę!

Zaczęliśmy od plaży Momo Beach. Raczej kameralna plaża, choć stoją przy niej dwa hoteliki. Położona w odludnym miejscu, stanowiła gwarant ciszy i relaksu. Uroku plaży pozbawił cholerny przypływ, który naniósł na brzeg sporo glonów i innych śmieci. Woda była wzburzona, kiepska do pływania w tym czasie. Prawdopodobnie dobre miejsce do oglądania życia podwodnego. Nie sprawdziliśmy jednak tego. Podczas naszej sjesty widzieliśmy za to podpływające łodzie z nurkami. To musiało coś znaczyć.

Z Momo Beach przenieśliśmy się na Doljo Beach. Tam na początku sytuacja była jeszcze gorsza. Plaża w pierwszej części dosłownie znikła pod tonami naleciałości z morza. Ruszyliśmy więc w przeciwnym kierunku, gdzie dostrzegłem nadzieję na więcej radości. Idąc wzdłuż brzegu mijaliśmy wielu lokalsów, prawdopodobnie organizowane były jakieś chrzciny albo wesele, albo cokolwiek gdzie można było śpiewać karaoke. Na Filipinach wszyscy śpiewają karaoke. Raz lepiej, a raz gorzej, jak to Pan Stuhr stwierdził w swoim przeboju. Będąc w Manili nawet w supermarketach puszczali melodie, z którymi mierzyli się chętni (nigdy ich nie brakowało). Nie chcąc zrazić pokojowo i życzliwie nastawionych do nas Filipinczyków, nie pozwoliłem Pandzi wziąć mikrofonu. Ja natomiast jak wiadomo śpiewam tylko pod prysznicem i przy sprzątaniu, więc z zadania wyeliminowała mnie sytuacja.

Wracając jednak do Doljo Beach, szliśmy sobie wzdłuż tej plaży, dookoła mając palmy, kozy i opuszczone resortów budynki. Trafiliśmy do uroczej chatki, gdzie daliśmy się namówić na kokosa za 50 php. Tuż obok chatki znajdował się płot, za którym siedział Pan strażnik broniący jedynego w tej części Boholu 5* resortu. Na leżakach nie mogliśmy się położyć, bo te były zarezerwowane tylko dla gości hotelowych, ale mogliśmy za to przejść po czystej, wysprzątanej plaży, na którą chciało się paść od razu. Strażnik dał nam jednocześnie informacje, że jak pójdziemy dalej to być może znajdziemy tam podobną plażę. Tego się jednak nie dowiedzieliśmy, bo jak tylko wyszliśmy poza teren resortu, to zaczepiło nas kilkoro chłopaków, którzy oddawali hołd życiu bezstresowemu popijając przy tym rum. Byliśmy przekonani, że chłopaki nagotowali jedzenia, żeby sprzedawać turystom, co jak się później okazało było błędnym założeniem. Jeden z nich świętował swoje urodziny i postanowili nas zaprosić do wspólnej biesiady. Nie chcąc wycyckać nowych kolegów do zera podzieliśmy się z Pandzią obowiązkami, tj. ona jadła, a ja raczyłem się rumem. Myślę, że im zaimponowaliśmy. Było oczywiście wspólne zdjęcie, nauka słów w polskim i filipinśkim języku, no i kupa śmiechu. Jak się okazało część z nich pracuje w resorcie obok, lecz nie stanowiło to dla nich przeszkody, że imprezują 10 m od miejsca pracy. Grzecznie się pożegnaliśmy i wróciliśmy do naszego kierowcy, żeby zawiózł nas na jeszcze jedną plażę.

Danao Beach, trzecia odwiedzona przez nas plaża, okazała się miłym zaskoczeniem. Spokojna woda, czysto, leżaki na plaży, w zasadzie brak turystów. Pandzia rozpoczęła swoje pierwsze negocjacje w sprawie zakupu pereł. Trwały one sporo czasu, a na koniec okazało się, że i tak nie mamy wystarczającej ilości gotówki. Nie pozostało nic innego jak wziąć korale na raty 0%. Połowę zapłaciliśmy na miejscu, a po resztę sprzedawca miał przyjechać do nas następnego dnia. Wiara w uczciwość ludzką jest na Filipinach na najwyższym poziomie. Po transakcji był już czas na wielkie lenistwo, sok z mango i lody. Przed odjazdem wpadłem jednak na genialny pomysł, że być może nasz kierowca będzie dysponować resztą gotówki, którą musimy zapłacić za korale i nam pożyczy. Zaskoczony prośbą bez namysłu oddał resztę swoich pieniędzy. W tym momencie dojrzę woził nas cały dzień bez zapłaty (umówiliśmy się na płatność na koniec dnia), to jeszcze był stratny na naszych koralach. Oczywiście historia miała szczęśliwe zakończenie, a kierowca zadowolony z dziennego zarobku stwierdził stanowczo, że teraz jest bogaty i nie musi już dzisiaj pracować, więc wraca do domu. Ostatecznie za cały dzień wożenia po plażach i czekania na nas zapłaciliśmy mu 700 php.

Dzień 3

Dzień wcześniej, przed zobaczeniem plaż, zakupiliśmy dwie zorganizowane wycieczki w biurze informacji turystycznej. Pierwsza z nich miała się odbyć trzeciego dnia i nazywała się „Island Hopping”. Kosztowała nas 1400 php za dwie osoby (w tym transport 600 php, reszta to opłaty środowiskowe itp.)  i składała się z trzech etapów:

Etap pierwszy zakładał popłynięcie łodzią do miejsca, w którym najczęściej można zaobserwować delfiny. Wycieczka rozpoczęła się na Alona Beach, skąd wypłynęliśmy o 6 rano w 6-cioosobowym składzie. Po ok. 25 min. spokojnego rejsu zobaczyliśmy pierwsze delfiny, które później jeszcze parokrotnie się nam pokazały. W rzeczywistości obraz wygląda następująco: pojawia się delfin i rusza za nim jednocześnie 30 łodzi z turystami. Przypomina to wyścig, który może mieć tylko jednego zwycięzcę – niedoścignionego defina, który jest szybszy i zwrotniejszy. Zresztą na jego miejscu w ogóle nie chciałoby mi się pokazywać. Hałas wydobywający się z silników łodzi jest nieznośny nawet dla ludzkiego ucha.

Po pościgu rozpoczął się drugi etap, który polegał na dopłynięciu łodzią do wyspy Balicasang. Tam po przesiadce w mniejszą łódkę zostaliśmy przetransportowani do punktu, gdzie można uprawiać snoorkeling. W rzeczywistości obraz wygląda następująco: przypływa się na wyspę Balicasang, tam po 20 min przerwy wchodzi się do mniejszej łodzi. Kapitan, w zasadzie dużego kajaku, wiosłuje do miejsca, gdzie spotyka się 30 następnych łodzi, po czym wszyscy wskakują do wody i walczą o kawałek świata podwodnego dla siebie. Oczywiście najwięcej powierzchni w wodzie zajmują Japończycy i Chińczycy w swoich kapokach, można też ich zaobserwować w sporej ilości chodzących po rafie. Pod wodą zaobserwowałem sporo kolorowych rybek, ale w miejscu, gdzie my pływaliśmy (ok. 20 min.) rafa była zniszczona. Jeśli zdecydujecie się na tą wycieczkę to bez butów wodnych się nie obejdzie. Można je wypożyczyć na wyspie za 150 php, ale przed odpłynięciem na Virgin Island trzeba je oddać (a tam też się mogą przydać).

Po powrocie na brzeg przeszliśmy na drugi koniec wyspy, żeby popłynąć do siedliska żółwi. Silny prąd oraz fale znacząco utrudniały pływanie. Na szczęście żółwie nie zawiodły i przybył w odpowiednim czasie. W sumie widzieliśmy ich 5, z czego dwa ostatnie ogromnych rozmiarów.

Ostatnim etapem wycieczki było odwiedzenie wyspy, którą nazwano „Virgin Island”. Osobiście spodobało mi się to miejsce. Z wyglądu przypomina malediwskie sand banki, czyli kawał piasku usypany pośród wody. Dostaliśmy od przewodnika 40 min, żeby pochodzić po piasku, zrobić fotki i wykąpać się. Oczywiście na Virgin Island przypłynęły także inne łodzie, ale nadmiernego ścisku na plaży nie było. Tutaj za to bardzo nachalni stali się dla turystów sprzedawcy pereł. Jedno wypowiedziane „nie” nie wystarczyło.

Cała wycieczka trwała od 6 do 12, więc po powrocie mieliśmy jeszcze połowę dnia do zagospodarowania. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy kurczaka i po krótkiej drzemce ponownie wybraliśmy się na plażę. Początkowo miała to być Alona, ale po drodze spotkaliśmy naszego znajomego kierowcę. Po krótkiej burzy mózgów postanowiliśmy zmienić nieco nasz plan, kierując się ostatecznie na Dumaluan Beach.

Plaża jest bardzo popularna wśród lokalnej społeczności. W weekendy całe rodziny przyjeżdżają, żeby spędzić dzień na plaży. Wygląda to jak jedna wielka biesiada, ponieważ wszyscy jedzą przygotowane w domu dania i po prostu dobrze się bawią. Sama plaża okazała się wspaniała. W końcu nie było przypływu i kolor wody zmienił się diametralnie. Ujrzeliśmy namiastkę prawdziwej filipińskiej plaży, takiej która zachwyca. Jedna rzecz nie dawała mi jednak spokoju, a mianowicie latający nad moją głową dron. Do samego drona pretensji nie mam, ale do faktu, że nie był mój już tak. Dodam tylko, że była to pierwsza płatna plaża, którą widzieliśmy. Wejściówka kosztuje 25 php za osobę dorosłą. Dodatkowo płatny jest parking, ale to nas nie interesowało.

Dzień 4

Nowy tydzień rozpoczęliśmy od całodniowej wycieczki po wyspie Bohol, określanej w biurach turystycznych jako „Chocolate Hills Tour”. Cena takiej wycieczki wyniosła w naszym przypadku 2000 php ze względu na to, że wynajęliśmy prywatne auto z kierowcą. Istnieje również szansa wyjazdu grupowego za kwotę 300 – 400 php za osobę. Jeszcze inną opcją jest wynajęcie skutera za 400 – 500 php na cały dzień i samodzielny dojazd do atrakcji (na drodze porozstawiane są znaki do różnych ciekawych miejsc na Boholu).

Dzień rozpoczęliśmy wcześnie, ponieważ z hotelu wyjechaliśmy kilka minut po godzinie 8. Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy okazały się Czekoladowe Wzgórza, prawdopodobnie najpopularniejsza atrakcJa na wyspie. Czym są Czekoladowe Wzgórza? To zwykle pagórki, których wysokość dochodzi do 100 m, porośnięte są zieloną trawą, która w porze suchej brązowieje, czyniąc je „czekoladowymi”. Miejsce to zostało zgłoszone na listę światowego dziedzictwa UNESCO. By móc podziwiać piękną panoramę trzeba włożyć nieco wysiłku, pokonując najpierw 150 schodów na taras widokowy. Atrakcja jest oczywiście płatna. Cena wstępu to 50 php za osobę.

Po 10 min. kolejnej zwariowanej jazdy po filipińskich drogach, dotarliśmy do następnego punku wycieczki – Rezerwatu Tarsierów (Tarsier Conservation Area). W języku polskim wspomniane zwierzaki określa się wyrakami. Należą one do rodziny ssaków naczelnych i jako jedyne ssaki naczelne mają drapieżny tryb życia. Wyraki żyją tylko na dwóch wyspach indonezyjskich oraz Filipinach. Tym bardziej warto odwiedzić rezerwat. Długość ich ciała nie przekracza 15 cm, a waga 150 g.  Wyraki charakteryzują się wielkimi oczami oraz nocnym trybem życia.

Jeśli chodzi o samą atrakcję. Wejście do rezerwatu jest płatne 50 lub 60 php za osobę. Wszyscy poruszają się ścieżką, na której wyznaczone są punkty, gdzie można zaobserwować zwierzaki. W rezerwacie panują pewne zasady. Wyraków nie można dotykać, nie można robić zdjęć z lampą błyskową oraz trzeba zachować ciszę  (tarsiery prowadzą nocny tryb życia i w ciągu dnia śpią). Wszędzie pełno jest kartek z tymi informacjami, ale umiejętność przeczytania ich ze zrozumieniem przez turystów pozostawia wiele do życzenia. Najwięcej problemów mają z tym Chińczycy i Japończycy. Sama wizyta w rezerwacie była jak najbardziej na plus. Widzieliśmy sporo wyraków i możemy potwierdzić, że są to przeurocze stworzenia.

W trzecim i czwartym punkcie odwiedziliśmy Man-Made Forest, czyli las, który tak czy inaczej trzeba przejechać podróżując po tej części Boholu oraz Hanging Bridge, czyli bambusowy, podwieszany most, który został stworzony dla mieszkańców, żeby mogli przejść z brzegu na brzeg. Konstrukcja tak się im udała, że stała się dobrym biznesem. Teraz trzeba zapłacić 20 php, żeby przejść się po drgającym moście, który dla mieszkańców jest darmowy. Nie wdając się w szczegóły, na pewno warto odwiedzić to miejsce, most robi wrażenie.

Żadna atrakcja nie dostarczyła nam takiej dawki adrenaliny jak Zip Line Loboc, za którą zapłaciliśmy 800 php za dwie osoby. W przeciągu 30-40 sekund przelecieliśmy nad rzeką (dokładnie 120 m nad rzeką), zapakowani w kaftany i przypięci do liny rozwieszonej między brzegami rzeki (520 m długości). Podniebny lot bez gruntu pod nogami zapamiętam na długi czas. Zjazd poprzedza wjazd kolejką górską. W tym czasie można lepiej przypatrzeć się rzece, wodospadom i całemu otoczeniu, które tylko mignie nam w drodze powrotnej.

Emocje nie zdążyły jeszcze opaść, a już byliśmy na statku, który zabrał nas w godzinny rejs po rzece Loboc. Atrakcję tę można porównać do wiejskiego festynu, gdzie jest zabawa, jedzenie i śpiew. Do tego doszła jeszcze niesamowita przyroda, której nie chciało się przestać podziwiać. Podczas romantycznego rejsu można było skosztować kilku lokalnych dań i posłuchać muzyki na żywo, choć żałuję, że nie do końca lokalnej. Na końcu trasy dopływa się do wodospadów, po czym statek zawraca i w drodze powrotnej zatrzymuje się na jeszcze jednym przystanku. Podczas postoju lokalna społeczność daje pokaz tańca ludowego w rytm tradycyjnej muzyki. Zabawa trwa kilka minut po czym statek wraca do portu. Pomimo, że to mocno komercyjna atrakcja, ustawiona typowo pod zarobek, to jednak naprawdę dobrze czułem się w tym miejscu. Zupełnie zrelaksowany i spokojny. Rejs po rzece Loboc to naprawdę miłe doświadczenie, którego poznanie wszystkim polecam. Wycieczka kosztowała 450 php za osobę, lunch był w cenie atrakcji. Do tego, jeśli ktoś będzie miał chęć dawania, dochodzi napiwek za występy przy rzece.

Jadąc w kierunku dwóch ostatnich punktów wycieczki, zatrzymaliśmy się również obejrzeć hodowlę motyli oraz węży. Było milusio.

Ostatnie dwa miejsca, które odwiedziliśmy mają znaczenie na Filipinach ze względu na ich wartość historyczną. Najpierw zatrzymaliśmy się przy pomniku, który symbolizuje wydarzenie upamiętniające podpisanie paktu o przyjaźni między hiszpańskimi eksploratorami a szefem wyspy Bohol (miejsce do zrobienia jednego zdjęcia). Następnie odwiedziliśmy kościół, który obecnie pełni funkcję muzeum. Wejściówka kosztowała 40 php. Atrakcje do zobaczenia w kilka minut.

Na sam koniec wycieczki poprosiliśmy kierowcę, żeby zawiózł nas jeszcze do ekologicznej farmy (Bee Farm), gdzie królowały uprawy roślin, zdrowa żywność i hodowane pszczoły. Odwiedziliśmy to miejsce ze względu na lokalny deser, którego smak planowaliśmy poznać. Halo halo, czyli w polskim tłumaczeniu „mieszaj, mieszaj” to najpopularniejszy deser filipińskich. Przepis na halo halo jest bardzo prosty. Kruszony lód + dodatki, czyli np. karmelizowane banany, czerwona fasola, słodka kukurydza, kokos, galaretki, mleko, słodkie ziemniaki, mango, makaron + lody o przedziwnych smakach, np. durianowe. Na koniec to co pozostało należy wypić. Halo halo, gdzie jest najbliższa toaleta? Na szczęście nie była potrzebna, a deser sam w sobie jest smaczny, pomimo tylu dziwnych składników.

Podsumowując, całodniowa wycieczka okazała się być naszpikowana wieloma interesującymi atrakcjami, których będąc na Boholu nie wypada nie doświadczyć. Zachęcam mocno do udziału w niej ze względu na przekrój emocji, których dostarcza. Czas jaki trzeba poświęcić na odwiedzenie wszystkich miejsc to około 7-8 h, jeśli nie planujemy biegać.

Dzień 5

Ostatni dzień na wyspie miał być spełnieniem kolejnego podróżniczego marzenia. Mieliśmy w planach wypłynąć na oglądanie rekinów wielorybich, które z powodzeniem można zaobserwować nieopodal wyspy Oslob. Z Alona Beach codziennie organizowane są wycieczki, które rozpoczynają się o 5:30 rano. Rejs łodzią trwa ok. 2h. Cena takiej wycieczki wynosi 700 peso za osobę. Cena dotyczy tylko transferu na Oslob, gdzie trzeba zapłacić kolejne 700 peso za spotkanie z rekinami. Niestety, postanowiliśmy odłożyć to marzenie w czasie z dwóch powodów. Po pierwsze i najważniejsze, pogoda tego dnia miała być najgorsza podczas wizyty na Boholu (i była); po drugie dowiedzieliśmy się, że to atrakcja mocno komercyjna i raczej nie warta zachodu. Po zastanowieniu uznaliśmy, że nie będziemy wlec się 2h po morzu w niepogodę i zamiast cieszyć się z wyjazdu, to będziemy bronić przed deszczem.

W zamian za to postanowiliśmy odespać poprzednie dni, a po przebudzeniu udać się ponownie na Alona Beach. Prognozy sprawdziły się w 100%. Średnio co godzinę rozpoczynały się potężne ulewy, które z jednej strony nam  imponowały, a z drugiej strony frustrowały. Dzień spędziliśmy leniwie na czytaniu książek, uciekając co jakiś czas z plaży pod parasol lub do baru.

Wieczorem odebraliśmy pranie, które dzień wcześniej zanieśliśmy do pralni. Za 150 php (50 peso za kilo) nasze ciuchy nabrały ponownie świeżości. Odwiedziliśmy także po raz drugi restaurację włoską, co może wydawać się nieco dziwne. Zazwyczaj jemy lokalne jedzenie, ale na Filipinach to co mieliśmy spróbować już jedliśmy. Woleliśmy pójść do eleganckiej restauracji oddalonej o 10 min. pieszo od Alony i zjeść świetne przygotowane oraz smaczne dania, niż ponownie usiąść w barze przy plaży i za strasznie wygórowane ceny gryźć kości kurczaka.

Dzień 6

Następnego ranka zaczęła się nasza całodniowa przeprowadzka z wyspy na wyspę. Tego dnia mieliśmy się przenieść do jednego z najpiękniejszych miejsc na Filipinach, czyli sławnego El Nido.

O 7:30 podjechał po nas kierowca, pożegnaliśmy się z gospodarzami, którzy okazali się bardzo miłymi osobami i ruszyliśmy w drogę.

Trasa tego dnia przedstawiała się następująco:

1. Lot z Boholu do Manili (1.10h).
2. Lot z Manili do Puerto Princessa (1.20h).
3. Przejazd busem z Puerto Princessa do El Nido (5-6h).

W ten właśnie sposób straciliśmy cały dzień w transporcie, jednak pobyt w El Nido miał nam wszystko zrekompensować.

Na koniec krótkie podsumowanie Boholu. Wyspa choć jest mocno urozmaicona nie zapadnie w mojej pamięci na długo. To nie jest miejsce tego typu, który doceniam. Kasa, kasa, kasa, tylko dla kogo, bo na pewno nie dla Filipinczyków. Wiele restauracji, które w zasadzie wyglądają tak samo i podają to samo. Ceny za wszystko bardzo wysokie w porównaniu z Manilą. Miałem wrażenie, że jestem nad polskim morzem, brakowało tylko przyśpiewek typu „lody, lody na patyku…”. Oczywiście różnica w przejrzystości wody nie do podważenia. Po trzech dniach miałem już dość odpowiadania na pytania: „może podwieźć?”, „może jakaś wycieczka?”. Na pewno na ogólną ocenę ma wpływ brzydka pogoda, która nas prześladowała raz mocniej, a raz słabiej. Wiadomo, że dopiero w pełnym słońcu uwydatniają się prawdziwe uroki takich miejsc. Na plus zaskoczyła mnie rzeka Loboc i okoliczne atrakcje, które dostarczyły mi dużo frajdy. Jeśli chodzi o samych Filipinczyków, potwierdziły się pogłoski, że to mili i sympatyczni ludzie, a przede wszystkim bardzo uprzejmi. Nie będę raczej śpieszył się do powrotu na Bohol, a bez gwarancji dobrej pogody raczej nigdy tam nie wrócę.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *