Powrót po latach.

Opublikowano Sri Lanka

Otoczona chmurami Ohiya, bujna flora, pyszne soki, piekielnie ostre curry, słodkie banany, gorące powietrze lepiące się do naszej skóry i nawiązane przyjaźnie nie dały zapomnieć szybko o Sri Lance. Po powrocie z naszej wyprawy w 2015 r. nie mieliśmy jednak złudzeń. Powrót na wyspę był tylko kwestią czasu.

W sierpniu 2018 roku nadarzyła się okazja zakupu biletów w atrakcyjnej cenie do Dubaju (400 zł w dwie strony za osobę). Jednak pewnym było, że nie tylko tam spędzimy swoje wakacje. Początkowe plany zakładały lot na Malediwy, jednak z biegiem czasu pomysł ten się oddalał. Ostatecznie wybraliśmy podróż na Sri Lankę, którą ja lubię, a Marta uwielbia. Dodatkowo w podróży towarzyszył nam mój brat oraz znajoma.

Na wyspę dostaliśmy się narodowymi lankijskimi liniami Srilankan Airlines. Koszt biletów w dwie strony z Dubaju wyniósł nas 1300 zł za osobę. Specjalnie zdecydowałem się na nocny lot, żeby zaraz po przylocie mieć jeszcze czas na zwiedzanie wyspy. 

Nie chcąc tracić czasu na dojazdy komunikacją publiczną, przegłosowaliśmy, że pierwszy odcinek z lotniska do Sygiriji odbędziemy zamówionym samochodem. Na parkingu czekała na nas niespodzianka, ponieważ nasz kierowca przyjechał jeepem z otwartą po bokach naczepą. Przez całą podróż czuliśmy się więc jak na safari, a przyjemny wiatr, który wpadał do środka, ratował nas przed gorącem.  

Całą podróż zajęła nam z lotniska 3 godziny (120 km), a przejazd kosztował nas 10500 lkr (220 zł – 55 zł na osobę). Taką samą trasę, lecz komunikacją publiczną, pokonalibyśmy z pewnością w ponad 5 – 6 godzin. 

Do Sygiriji dotarliśmy około 11:30. Zameldowaliśmy się w pokoju, wzięliśmy prysznic oraz napiliśmy się świeżo zrobionych soków przez naszego gospodarza. Poprosiliśmy również o transport do miejscowości Dambulla, żeby odwiedzić świątynie – Rock Temple oraz Golden Temple. 

Pamiętam, że obie świątynie zrobiły na mnie spore wrażenie podczas pierwszej wizyty. Obecnie zmieniło się wejście na teren świątyń oraz cena za bilet wstępu do kompleksu – 1500 lkr (32 zł) za osobę. Po zakupie biletów czekała nas mozolna wspinaczka po ponad 150 schodach, które zaprowadziły nas do Rock Temple. W znajdujących się na górze jaskiniach ponownie zobaczyliśmy wiele posągów przedstawiających Buddę oraz przepięknie ozdobione ściany. Niesamowity klimat tego miejsca został na szczęście niezmieniony.

Po odwiedzeniu Rock Temple, zeszliśmy dobrze nam znaną ścieżką do Golden Temple, gdzie czekał już na nas olbrzymi, złoty Budda, zimno spoglądający na całą okolicę. 

Tym razem nie mieliśmy w planach wchodzenia na Sygiriję. Zdecydowani byliśmy za to wejść na bliźniaczą skałę (Pidurangala Rock), z której obserwuje się zachody słońca na Sri Lance. Będąc na szczycie góry uzyskuje się także dobry widok na Lwią Skałę, a przy tym nie trzeba płacić grubych pieniędzy za bilet. Opłata wstępu na szlak do Pidurangala Rock wynosi 500 lkr (10 zł) za osobę.

Jeśli planujecie wchodzić na skałę przed wschodem słońca albo schodzić, gdy jest już ciemno, niezbędną rzeczą jest posiadanie latarki lub czołówki. Ścieżka jest nieoświetlona, a jej końcowa faza wymaga pewnej sprawności fizycznej. Na pewno nie jest absurdalnie wymagająca, jednak zabranie ze sobą wygodnych butów to podstawa. Wejście na Pidurangala Rock trwa około 40 minut. W mojej ocenie bliźniacza skała stanowi ciekawą alternatywę dla Lwiej Skały. Będąc jednak pierwszy raz na Sri Lance, bez zawahania wybrałbym weście na Sygiriję, która skrywa w sobie wiele historii.

Dzień 2.

Po przymusowym odespaniu poprzedniej nocy spędzonej w samolocie, wstaliśmy tuż przed wschodem słońca, żeby pod osłoną półmroku podlecieć dronem na bezpieczną odległość do Lwiej Skały i zrobić kilka zdjęć. Aktualnie latanie dronem podczas godzin otwarcia Sygiriji jest całkowicie zakazane. Po godzinach otwarcia lub przed otwarciem, gdy nie ma tłumów ludzi, można pokusić się o lot, zachowując przy tym zdrowy rozsądek. 

Po przepysznym śniadaniu, które przygotowała nam żona gospodarza, ruszyliśmy w dalszą podróż po wyspie. Naszym celem tego dnia było odwiedzenie mało turystycznego jeziora (Sembuwatte Lake) w drodze do Kandy. Zadowoleni z transportu dnia poprzedniego, postanowiliśmy po raz drugi wynająć auto od naszego hosta i wraz z jego kolegą jako kierowcą, wyruszyliśmy nad jezioro.

Z miasta Kandy nie dojeżdża żaden autobus do Sembuwatte Lake. Jeśli chcecie zobaczyć nieskalane jeszcze masową turystyką miejsce, to zmuszeni jesteście wynająć tuk tuka lub auto. W drodze do jeziora, zatrzymaliśmy się w Spice Garden. W ogrodzie przypraw przewodnik przedstawił nam wszystkie rodzaje roślin, które w nim rosną. Przedstawił również zastosowania lecznicze roślin znanych jako przyprawy. Na koniec otrzymaliśmy po kubku herbaty, która nie potrzebowała cukru, żeby dobrze smakować.

Dojazd do jeziora przebiega w niesamowitej scenerii. Droga jest wąska, dziurawa, pełna zakrętów. Dookoła rozprzestrzeniają się pola herbaciane. Pokonanie kilkunastu kilometrów zajęło nam ponad godzinę, lecz było warto. Wjazd na teren parku kosztował nas 1000 lkr (20zł) za osobę.

Jezioro oraz pola herbaciane skąpane w słońcu wyglądały imponująco. Niesamowite otoczenie pozwoliło mi się całkowicie odprężyć i odpocząć. Uwaga na zaklinacza wężów, który naciąga na pieniądze zwiedzających.

Po wizycie nad Sembuwatte Lake udaliśmy się w drogę do Kandy, gdzie mieliśmy kolejny nocleg.

Dzień 3 – 4.

Według planu kolejne dni mieliśmy spędzić w najbardziej zielonej części wyspy. Niesamowite górskie krajobrazy, niezliczona ilość plantacji herbaty oraz masa pieszych tras do odkrycia, miały wypełnić nam najbliższy czas. 

Herbaciana przygoda rozpoczęła się w Kandy. Tuż przed 8 rano wyruszyliśmy tuk tukami do miejscowości Paradeniya, skąd mieliśmy odjechać pociągiem w kierunku Nuwara Eliya. Na stacji kupiliśmy bilety na drugą klasę, których koszt wynosił 200 lkr (4zł) za osobę. Nie zdecydowaliśmy się na wyjazd z Kandy, ponieważ nasz host podpowiedział nam, że jadąc z Peradeniya mamy większe szanse na znalezienie wolnego miejsca w pociągu.

Pociąg do naszej stacji przyjechał załadowany po brzegi. Razem z nami na peronie czekało mnóstwo innych turystów, którym tak jak nam nie udało się wejść do przedziału. Pociąg odjechał, a my zmuszeni byliśmy szukać innej alternatywy. 

Już przed odjazdem pociągu na stacji pojawili się kierowcy vanów wieszcząc, że nie zmieścimy się do pociągu. Byliśmy zdecydowani skorzystać z usług jednego z nich, jednak para turystów powiedziała nam, że możemy spróbować wsiąść jeszcze raz do tego samego pociągu. Po dojechaniu do Kandy, wraca on tą samą trasą i ponownie zatrzymuje się na stacji w Peradeniya. Niestety, po raz drugi nie weszliśmy do pociągu i po raz drugi zostaliśmy na peronie.

Nie tracąc więcej czasu zdecydowaliśmy wynająć busa za 8000 lkr (170 zł). Z kierowcą umówiliśmy się, że podczas drogi do Nuwara Eliya zatrzyma się przy kilku atrakcyjnych miejscach. 

Przejechanie trasy do Nuwara Eliya, która liczy około 48 kilometrów zajęło nam ponad dwie godziny. Spowodowane to było wzmożonym ruchem, ale przede wszystkim położeniem drogi, która pięła się serpentynami w nieskończoność. Podczas przejazdu zatrzymaliśmy się przy dwóch punktach widokowych oraz odwiedziliśmy fabrykę herbaty Glen Loch, gdzie dowiedzieliśmy się jak wygląda proces produkcji herbaty.

Po przyjeździe do Nuwara Eliya i zameldowaniu się w guesthousie, wróciliśmy do centrum miasta, żeby zobaczyć targ i zakupić smaczne owoce dostępne na stoiskach (w tym niepysznego duriana). Na miejscu zobaczyliśmy wiele egzotycznych owoców mieniących się różnymi kolorami. Oprócz nich i warzyw można było zakupić także owoce morza i mięso, co czyniło ten targ kompletnym, jeśli chodzi o moje potrzeby żywieniowe. Zakupione owoce zjedliśmy zaraz po wyjściu z hali, przy znajdującej się nieopodal bibliotece.

Po zapełnieniu brzuchów, przejechaliśmy tuk tukami do fabryki herbaty Pedro, którą odwiedziliśmy przy okazji wizyty na Sri Lance cztery lata temu. Naszym celem nie było jednak zwiedzanie fabryki, lecz spacer po polach herbacianych. Ścieżki, którymi mogliśmy swobodnie przemieszczać się, dały nam możliwość zrobienia wielu zdjęć. Podczas naszej przechadzki, spotkaliśmy kobietę, która za „parę groszy” udostępniła nam swój wizerunek zbieraczki liści i jak rasowa modelka pozowała do zdjęć, rwąc w tym samym czasie liście. 

Końcówkę dnia spędziliśmy idąc do wodospadu Lover’s Leap, który nie był aż tak atrakcyjny jak podczas naszej ostatniej wizyty. Po zejściu ze wzgórza przejechaliśmy do centrum na kolację. Kotu, które zostało nam zaserwowane, wypaliło mi tak buzię, że odczuwałem to jeszcze przez następne dni.

Dzień czwarty rozpoczęliśmy od kolejnego spaceru po polach herbacianych. Nasz host wskazał nam początek ścieżki, która rozpoczynała się kilkadziesiąt metrów od jego domu. Do godzin południowych mieliśmy ładną pogodę z błękitnym niebem. Słońce wspaniale oświetlało wzgórza, przez co rosnące na nich krzewy, wyglądały jeszcze bardziej bajecznie. 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na przystanku autobusowym, żeby złapać autobus do centrum Nuwara Eliya. Za przejazd zapłaciliśmy 25 lkr (50 groszy) za osobę. Styl jazdy lankijskich kierowców autobusów nie zmienił się od naszej ostatniej przejażdżki. Wciąż aktualne jest wyprzedzanie na trzeciego, jeżdżenie pod prąd, czy dodawanie gazu na zakrętach. Na krótkich trasach można to uznać za przygodę, na dłuższych jazda w takich warunkach to męczarnia.

Po zrobieniu małych zakupów i zjedzeniu obiadu, wybraliśmy się jeszcze na polecany szlak trekkingowy – Single Tree Hill. Po przejściu trasy naszym oczom ukazał się widok na całe miasto, jezioro Gregory oraz górę Pedro.

Dzień 5.

Kolejny dzień w herbacianym królestwie rozpoczął się od przejazdu pociągiem do miejscowości Ohiya, gdzie znajduje się nasz ulubiony hotel i ze względu na widoki, które towarzyszą temu miejscu, nie mogliśmy go pominąć w planie zwiedzania. 

Tym razem udało nam się wejść do pociągu, a nawet dla niektórych z nas znalazły się miejsca siedzące. Gdy pociąg ruszył, Lankijczycy jak to mają w zwyczaju, zaczęli wyciągać jedzenie i dzielić się nim ze swoimi współpasażerami. Na pewno biali turyści nadal wzbudzają duże zaciekawienie w pociągach, jednak nie tak duże jak to miało miejsce kilka lat temu. 

Przejazd pociągiem trwał trochę ponad godzinę. Na stacji czekał już na nas kierowca, który zawiózł nas swoim vanem do hotelu. Hotel przed południem był już cały w chmurach, które co jakiś czas wiatr rozganiał. Po wypiciu powitalnej herbaty, wyruszyliśmy na spacer po znanych nam szlakach. Co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, ponieważ krajobraz zmuszał nas do częstszego używania aparatów. 

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu, relaksując się przy czytaniu książek i graniu w piłkarzyki. Wieczorem zjedliśmy również przepyszną kolację przygotowaną przez hotelowych kucharzy i w miarę szybko poszliśmy spać, ponieważ czekała nas szybka pobudka następnego dnia za sprawą wycieczki do Horton Plains.

Dzień 6.

Parku Narodowego Horton Plains ze słynnym „końcem świata” nie mogliśmy pominąć będąc już w Ohiya. Kilkanaście minut przed wschodem słońca wyruszyliśmy w kierunku parku. Naszej czwórce towarzyszyły cztery dziewczyny ze Szwajcarii, z którymi mieliśmy podzielić się kosztami transportu. Cena biletu do Horton Plains wynosi obecnie 6300 lkr (135 zł) za dwie osoby. Po zakupieniu biletów, kierowca dowiózł nas do punktu, z którego rozpoczęliśmy wędrówkę. Średnio trzy godziny marszu wystarczą, żeby obejść cały park. Planowaliśmy się tego trzymać, ponieważ musieliśmy zdążyć na pociąg do Ella, który odjeżdżał po 10. 

Spacerowym krokiem pokonywaliśmy kolejne wzniesienia dochodząc najpierw do małego, a następnie do dużego „końca świata”. Od rana pogoda nam sprzyjała, więc i widok z Worlds End był niesamowity. Na Równiny Hortona najlepiej wybrać się wczesnym rankiem, ponieważ z każdą godziną na niebie pojawia się więcej chmur, które przysłaniają dolinę. Na koniec trekkingu zeszliśmy jeszcze do wodospadu zrobić ostatnie zdjęcia, po czym wróciliśmy do punktu startowego kończąc tym samym poranne obcowanie z przyrodą. 

Na parkingu czekała na nas niemiła sytuacja, ponieważ kierowca nie chciał nas zawieźć na stację kolejową bez dodatkowej zapłaty. Nie mogliśmy też prosić właściciela o interwencję w tej sprawie, ponieważ w tej części wyspy nie ma dobrego zasięgu telefonicznego. Na szczęście wszystko zakończyło się po naszej myśli za sprawą pociągu, który przyjechał z opóźnieniem. 

Do miejscowości Ella podróżowaliśmy ponad 2 godziny, stojąc w wypchanym po brzegi pociągu. Było to jedno z najgorszych doświadczeń podczas wycieczki. Niestety, jazda pociągiem przestała być atrakcją, a zaczęła być biznesem. Jak dowiedzieliśmy się bilety z rezerwacją miejsc, które można kupić na 30 dni przed odjazdem, zostają wykupowane natychmiastowo, a później sprzedawane krocie dla zamożnych turystów. 

W Elli mieliśmy mieszkanie położone blisko dworca kolejowego. Dziewczyny zdecydowały się wziąć udział w wieczornych warsztatach gotowania, a ja z bratem wybraliśmy się na wycieczkę do Little Adam’s Peak. Gdy byliśmy już u szczyty góry spadł deszcz, naszły chmury i widoczność była zerowa. Na pewno większy sukces osiągnęły dziewczyny, które pod wodzą lokalnych gospodyń nauczyły się przyrządzać podstawowe dania lankijskie. Dzień zakończyliśmy w barze, w którym wypiliśmy spore ilości rumu Arrak.

Dzień 7.

Jeszcze przed śniadaniem poszliśmy torami zobaczyć jeden z ważniejszych punktów w Ella – malowniczo położony most kolejowy (Nine Arch Bridge). O określonej porze przejeżdżają nim pociągi, które planowałem sfotografować dronem. Sam wiadukt, który został zbudowany w 1921 r.  stanowi ciekawy obiekt architektoniczny. Przyciąga on rzesze turystów chcących zrobić sobie zdjęcie na jego tle. Tego dnia pociąg przyjechał punktualnie ku uciesze wszystkich zgromadzonych.

W dalszej części dnia czekała nas przejażdżka na południe do miejscowości Tissamaharama. Z Elli nie ma bezpośredniego połączenia autobusowego do Tissy, a trasa kolejowa nie istnieje. Biorąc to pod uwagę od razu założyłem, że wspomniany odcinek pokonamy autem. Atrakcyjnych punktów podczas przejazdu było jak na lekarstwo, dlatego zdecydowaliśmy się zboczyć troszkę z głównej drogi, żeby dojechać do drugiego najwyższego wodospadu na wyspie – Diyaluma Falls. Przed tym jednak zatrzymaliśmy się przy Ravana Falls – wodospadzie znajdującym się parę kilometrów za miejscowością Ella.

Do Diyaluma Fall czekała na nas wspinaczka. Niepotrzebnie zrezygnowaliśmy z lokalnego przewodnika, który bez wątpienia szybciej doprowadziłby nas do wodospadu. My wytyczyliśmy sobie zupełnie nową, dziką ścieżkę, która zaprowadziła nas jedynie do siedliska pijawek. Wodospad robi najlepsze wrażenie z poziomu drogi. Chcąc zobaczyć dodatkowo naturalne baseny skalne, musieliśmy podjechać autem jeszcze wyżej. Nasz kierowca dzielnie walczył ze stromymi i wąskimi podjazdami, dowożąc nas na parking przed szlakiem. Trasa do basenów skalnych zajęła nam 40 minut i gdyby nie zboczenie z głównej ścieżki, na miejscu zameldowalibyśmy się szybciej.

Po odbyciu trekkingu do wodospadów, pojechaliśmy bezpośrednio do Tissy, gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka. Podczas zameldowania się w domu naszego hosta, mój brat zauważył na suficie nad tarasem wielką czarną plamę. Okazało się, że tuż obok naszych pokoi postanowiły zamieszkać osy. Ich gigantyczne gniazdo robiło naprawdę duże wrażenie. Jednak z czasem, gdy zaczęły latać grupami w naszym pobliżu, początkowa fascynacja zaczęła przeradzać się w niepokój. Ostatecznie dostaliśmy nowe pokoje, w których się zabarykadowaliśmy. Gdy poszliśmy spać, nasi gospodarze dzielnie walczyli z rojem. Ich działania były na tyle skuteczne, że nad ranem nie było śladu po owadach i gnieździe.

Dzień 8.

Po przygodach z osami i pijawkami dnia poprzedniego, nad ranem czekała na nas kolejna niespodzianka. Tego dnia wybieraliśmy się na safari do Parku Narodowego Yala. Po porannej herbacie, wyjechaliśmy z naszego mieszkania zamówionym wcześniej jeepem. Koszt transportu ze śniadaniem i biletem wstępu wyniósł nas 6500 lkr (135zł) za osobę. Była to jedna z droższych wycieczek podczas naszego wyjazdu.

Do bram parku dojechaliśmy przed godziną 6:00. Po wybiciu godziny 6:00 brama parku została otwarta przez strażnika i rozpoczęło się „polowanie”. We wpisie z 2015 roku opisywałem na jakich zasadach odbywa się wycieczka do parku Yala. Cztery lata później nic się nie zmieniło w tym temacie. Nadal jest to zbiorowy wyścig, w którym kierowcy jeepów prześcigają się w tym, kto odwali większą głupotę. 

Przez pierwsze 3-4 godziny szukaliśmy geparda, który pozostał tylko jeden na terenie parku. Jednak pomimo wielkiego obszaru, na którym położony jest park, już po paru minutach nasz kierowca został poinformowany, że gepard pojawił się na skałach. Przekazana informacja obudziła w nim skrywane predyspozycje do bycia mistrzem formuły 1. Nie zważając na to, co się dzieje dookoła, jak wygląda droga przed nami i jakie zwierzęta chodzą po niej, wyobraził sobie, że jesteśmy na czteropasmowej autostradzie w Niemczech i gnał jak szalony. Jego wysiłki nie przyniosły rezultatów, ponieważ gepard opuścił skały na kilkadziesiąt sekund przed naszym przyjazdem. Ostatecznie nie udało nam się zobaczyć geparda w pełnej okazałości, ponieważ wszedł wysoko na drzewo i zza porośniętych liśćmi gałęzi dostrzec można było tylko jego ogon. 

Po fiasku związanym z tropieniem geparda, udaliśmy się na plażę, gdzie zjedliśmy śniadanie. Po 20 minutach odpoczynku ruszyliśmy na dalsze poszukiwania. Widzieliśmy słonie, bawoły, krokodyla, pawiany, warany. Porównując jednak to wszystko z naszym pierwszym safari, to było to po prostu słabe. Podczas pierwszej wizyty mieliśmy za kierowcę człowieka, który wiedział wszystko o zwierzętach mieszkających w parku, potrafił je wypatrzeć i ciekawie o nich opowiadać. Tym razem nasz kierowca był nastawiony jedynie na agresywne jeżdżenie i podawanie szczątkowych informacji przez zaciśnięte zęby. Na pewno jadąc na safari nie można sobie wyobrażać zbyt wiele, ponieważ o naszym zadowoleniu decydują tylko i wyłącznie zwierzęta, które jednego dnia mogą się ochoczo prezentować, a drugiego dnia przez cały czas chować. 

Park opuściliśmy o godzinie 12. Wróciliśmy do naszych gospodarzy i po kąpieli oraz spakowaniu bagaży pojechaliśmy w dalszą podróż. Naszym ostatnim, wielkim celem była Mirissa. Miasteczko położone na południowym wybrzeżu szczyci się jedną z najpiękniejszych plaż na Sri Lance. Mieliśmy w nim spędzić kolejne dwa dni wylegując się na rozgrzanym piasku. Przejazd do Mirissy kosztował nas 7000 lkr (150 zł) za auto.

Dzień 9 – 10.

Zgodnie z wcześniejszymi założeniami cały dzień spędziliśmy na plaży, na które pojawiliśmy się z Pandzią i dronem tuż przed wschodem słońca. Zależało mi bardzo na uchwyceniu wschodu słońca w nadmorskiej scenerii. 

Resztę dnia przeleżeliśmy na wynajętym plażowym łożku, zamawiając przy tym co chwilę zmrożone kokosy. Od czasu do czasu wchodziliśmy do wody, której temperatura była zbliżona do temperatury rosołu pozostawionego na małym ogniu. Na dodatek w wodzie tworzyły się ogromne fale, co umożliwiało dobrą zabawę. 

Wieczorem Mirissa przemienia się w rozrywkowe miasteczko. Bary wystawiają stoły z owocami morza, drinki tanieją, na stołach pojawiają się lampiony i robi się bardzo klimatycznie. Takiego odpoczynku potrzebowaliśmy po ostatnich dniach podróży.

Przedostatni dzień na Sri Lance rozpoczęliśmy od odwiedzenia pobliskiej plaży w Weligamie. Dojechaliśmy tam autobusem za 20 lkr (40 groszy) za osobę. Na plaży spędziliśmy dwie godziny, fotografując kolorowe rybackie łódki dryfujące na wodzie. Tego dnia potrzebowaliśmy trochę mniej słońca, ponieważ poprzedniego dnia nasze skóry nabrały czerwonego koloru. Wieczorem podczas BBQ zaskoczyła nas ogromna ulewa. Opady, które trwały ponad godzinę zalały główną ulicę. W niektórych miejsca na drodze było po kolana wody. 

Dzień 11

Ostatniego dnia musieliśmy przenieść się z południowego wybrzeża w okolice lotniska. Do przejechania mieliśmy około 200 kilometrów komunikacją publiczną. Potrzebowaliśmy dużo siły oraz cierpliwości, ponieważ taki dystans na Cejlonie pokonuje się dobrych kilka godzin. 

Podróż autobusem na lotnisko nie była jedyną atrakcją, której mieliśmy doświadczyć. W 2015 roku szukaliśmy miejsca, gdzie wydrukujemy bilety lotnicze na nadchodzący lot. Trafiliśmy do sklepu Ranmni i od tamtego czasu utrzymujemy z nią kontakt. Będąc ponownie na Sri Lance obiecaliśmy ją odwiedzić. Koggala – miasteczko, w którym mieszka, leży przy głównej drodze w kierunku stolicy. Lepszej okazji niż tej nie mogliśmy mieć. 

Ranmini czekała na nas na przystanku autobusowym, z którego tuk tukami podjechaliśmy do jej domu. Zostaliśmy w nim bardzo miło ugoszczeni. Przywitano nas kwiatami, wręczono drobne upominki i nakarmiono – obiad był przepyszny. Ranmini pokazała nam swoje zdjęcia z ostatnich lat, a następnie poszliśmy na spacer nad jezioro. Niestety, mieliśmy zbyt mało czasu, żeby popłynąć łódką. Po powrocie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i zmuszeni byliśmy ponownie udać się na przystanek autobusowy.

Ranmini nie była jedyną osobą, którą odwiedziliśmy tego dnia. Marta w 2015 roku zaprzyjaźniła się również z Ket, którą spotkaliśmy w pociągu. Kiedy Ket dowiedziała się, że będziemy na Sri Lance, zaprosiła nas do swojego domu. Pomimo długiej podróży, nie mogliśmy odmówić przybycia. Życzliwość oraz czysta dobroć, z którą zetknęliśmy się w domu Ranmini, również w domu Ket była obecna. Ponownie zjedliśmy pyszny obiad, odwiedziliśmy pracownię szkła taty, posłuchaliśmy jak gra na organach jej młodszy brat. Szkoda, że było już późno i nie mogliśmy spędzić z nimi więcej czasu. 

Tato Ket odwiózł nas do domu naszego ostatniego gospodarza, gdzie w zasadzie spędziliśmy tylko parę godzin przed odlotem. O godzinie 3:00 mieliśmy zamówionych kierowców tuk tuków, którzy odwieźli nas na lotnisko. To był koniec naszej drugiej wizyty na Sri Lance. 

Porównując oba wyjazdy, muszę stwierdzić, że na wyspie zaszły pewne zmiany. Na pewno podczas drugiego pobytu spotkaliśmy na swojej drodze mniej naciągaczy. Wydaję mi się, że rozwój turystyki i większy napływ ludzi  spowodował, że „biali” sami w sobie nie budzą już tak wielkiego poruszenia. Oczywiście, nadal na ulicach można spotkać ludzi interesu, zwłaszcza w kręgu kierowców tuk tuków. Poziom nagabywania nie jest jednak już tak wysoki jak kiedyś. Zwykłe „nie, dziękuję” ma teraz zdecydowanie wyraźniejszy wydźwięk. Zdecydowaną większość stanowią jednak ludzie, których cechuje bezwarunkowa życzliwość. Bez wątpienia miło było wrócić na odkryte już przez nas tereny. Sri Lanka nadal ma dużo do zaoferowania. Odnajdą się tutaj osoby, które lubią piesze wycieczki oraz odpoczynek na plaży. Jest przy tym całkowicie bezpieczna i przyjazna dla rodzin z dziećmi. Mam nadzieję, że będę miał w przyszłości możliwość ponownego odwiedzenia tego kraju, ponieważ po tym wyjeździe moja sympatia to niego wzrosła.

Koszty wycieczki:

  1. Bilet lotniczy Katowice – Dubaj – 420 zł
  2. Bilet lotniczy Dubaj – Sri Lanka – 1285 zł
  3. Noclegi – 11 nocy – 375 zł
  4. Koszty transportu na wyspie – 400 zł
  5. Bilety wstępu – ok. 400 zł
  6. Jedzenie i alkohol – ok. 450 zł

Łącznie: 3330 zł + napiwki (130 zł)



Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *