Si si si, no no no.

Opublikowano Boliwia

Dzień 1

Korzystając z możliwości, które dawał nam pobyt w San Pedro de Atacama (Chile), postanowiliśmy wykupić wycieczkę na Salar de Uyuni znajdujący się w Boliwii.

Wstaliśmy o 6 rano, zrobiliśmy śniadanie w hotelowej kuchni. Później dokonaliśmy ostatecznego przeglądu naszych plecaków i ruszyliśmy w drogę. Zostawiliśmy przy okazji ciepłe ciuchy w hostelu w San Pedro de Atacama, które odebrać mieliśmy po powrocie.

Przy agencji byliśmy o 7:20. Nasz wyjazd planowany był na 7:30. Idąc ulicami San Pedro de Atacama widzieliśmy innych turystów czekających na wycieczkę do Boliwii. Właściciel naszej agencji przybył praktycznie na czas. Zaprowadził do swojego busa, gdzie czekała już jedna osoba. Po chwili przyszły dwie Koreanki i byliśmy w komplecie. Wyjechaliśmy poza miasto do posterunku granicznego, gdzie otrzymaliśmy pieczątki wyjazdowe z Chile. Byliśmy pierwszą grupą, której udało się je zgarnąć, więc zostawiliśmy resztę w tyle i kontynuowaliśmy jazdę do granicy boliwijskiej. W busie szefuncio poinformował nas, że nastąpiła zmiana planów i będziemy realizować plan od drugiej strony, bo coś tam. Na granicy boliwijskiej szybko uporaliśmy się z biurokracją. Po otrzymaniu wiz do Boliwii zostaliśmy zaproszeni na śniadanie na świeżym powietrzu. Po zjedzeniu zabraliśmy bagaże i załadowaliśmy je na naszą Toyotę Land Cruise. Zostaliśmy przydzieleni do grupy dwóch Hiszpanek i jednego faceta, lecz nie wiem skąd pochodził. W skład naszej ekipy wchodził jeszcze oczywiście kierowca, który w ogóle nie znał angielskiego. Dziewczyny z Hiszpanii robiły dla nas za tłumaczy.

Z racji tego, że robiliśmy program od tyłu (w zasadzie realizowaliśmy plan boliwijski, a nie jak wszyscy z San Pedro chilijski), zapowiadał się nudny dzień oparty teoretycznie tylko na jeździe. Zaraz po starcie przekonaliśmy się, że jazda boliwijskimi drogami to będzie ciekawe doświadczenie. Podobno tylko 20% dróg w Boliwii pokryte jest asfaltem. Non stop pędziliśmy 50km/h, a za nami ciągnęły się tumany kurzu. Od 9 do 17 zobaczyliśmy takie atrakcje jak:

  1. Stado lam w swoim naturalnym środowisku.
  2. Miejscowość San Cristobal słynącą z wydobycia minerałów.
  3. Valle de las Rocas – w skrócie coś jak czeskie skalne miasteczka, tylko na pustyni.
  4. Cmentarz pociągów (Cementario de Trenes).

Oprócz tego około 13:00 w miejscowości Villa Mar został zorganizowany dla nas lunch (boliwijski ryż, tuńczyk, sałatka z pomidorów, kukurydzy, ogórków i sera fety).
Nasz szefuncio nie poinformował nas, że ludzie z którymi podróżowaliśmy kończą dzisiaj swoją wycieczkę. Dopiero po rozmowie z nimi zostaliśmy uświadomieni. Ustaliliśmy dzięki tłumaczeniom z hiszpańskiego na angielski, że kierowca ma nas zawieźć do hostelu La Rocha w Uyuni i tam nami się zajmą. Po przyjeździe do Uyuni pojechaliśmy do boliwijskiej siedziby Pamela Tours, lecz okazało się, że pod wskazanym adresem stoi jakaś rudera. Kierowca tak samo zdezorientowany jak my zabrał nas do hostelu, o którym nigdy nie słyszał. Po 20 minutach poszukiwań w końcu ktoś wskazał nam właściwy adres. Poszliśmy w trójkę do recepcji i okazało się, że faktycznie mamy rezerwację, a następnego dnia o 10:30 przyjedzie po nas samochód i zaczniemy wycieczkę. Na wszystkich forach ludzie piszą, że warunki noclegowe podczas wycieczki na Salar de Uyuni są okropne, nie ma ciepłej wody, internetu, mieszka się po 6 osób. My okazaliśmy się jednak szczęśliwcami, bo mieliśmy pokój dwuosobowy, a ponadto byliśmy w posiadaniu tego wszystkiego czego brakowało ludziom z innych firm.

Gdy zameldowaliśmy się w hostelu, zostawiliśmy plecaki w pokoju i wyszliśmy na miasto. To była dla mnie najlepsza atrakcja, zobaczyć Boliwijczyków w ich codziennym życiu. Pełno straganów z boliwijskim jedzeniem i różnymi napojami. Jak się na to wszystko patrzy, to człowiek zastanawia się, czy przeżyje, gdy to spróbuje. My jednak byliśmy odważni. Usiedliśmy przy stoliku z innymi boliwijczykami i sprobowaliśmy placka smażonego na głębokim tłuszczu i posypanego cukrem pudrem. Przeżyliśmy i było pyszne. Nie wiedząc czy dostaniemy kolację zdecydowaliśmy się na wejście do jadłodalni. Zamówiliśmy dwa razy chorizo. W smaku przypominało naszą parówkę. W jadłodajni pracowała cała rodzina. Ojciec, matka i czworo dzieci na oko w wieku 10-14 lat. Taką obsługę to trzeba zobaczyć na własne oczy. Jakie tutaj można zaobserwować różnice w stosunku do tego, co widzimy żyjąc w Europie. Będąc w Ameryce Południowej trzeba z góry odrzucić wszystko to do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Dopiero wtedy zacznie się robić dla nas interesująco i nie będzie to dramatyczny spektakl pełen rozgoryczenia.

Po powrocie do hostelu czekała na nas przedstawicielka Pamela Tours. Na oko 75 letnia babcia, która poinformowała nas, że jutro o 10:30 mamy czekać przed hotelem na transport. Zaprosiła nas jednocześnie na kolację, która miała być w cenie wycieczki. Oczywiście nie mogliśmy się porozumieć. Na szczęście niedaleko dziewczyna wieszała pranie i znała troszkę angielski. Przetłumaczyła babuni, że nie jesteśmy głodni, ale śniadanie na pewno zjemy.

Dzień 2

Jeszcze nigdy nie spałem pod tak ciężkim kocem. Czułem się jakby ktoś przykrył mnie workami z ziemią. W nocy była wielka burza, to naprawdę dziwne, bo podobno tu nigdy nie pada. Wstaliśmy o 7:10. Na śniadanie wyszliśmy o 7:30, lecz recepcjonista poinformował nas, że śniadanie będzie o 8:30. Wróciliśmy do pokoju i po odczekaniu godziny ponownie odwiedziliśmy stołówkę. Recepcjonista wykazywał jednak zdziwienie, że wróciliśmy tak szybko. Okazało się, że w telefonach nie przestawiła się nam automatycznie godzina, bo mieliśmy włączony tryb samolotowy (w Boliwii jest godzina do tyłu względem czasu w Chile). Oznaczało to tyle, że nie wstaliśmy o 7:10, a o 6:10. Całe szczęście w telewizorze recepcjonisty leciały wiadomości i wyświetlał się czas. Gdybyśmy nie dowiedzieli się o zmianie czasu, to mogłoby to nieść przykre konsekwencje. Ostatecznie śniadanie zjedliśmy o 9, bo nasza babunia stwierdziła (w odpowiedzi na opiernicz od recepcjonisty), że miała być rano a nie o określonej godzinie. Zaprowadziła nas do kawiarni i tam dostaliśmy śniadanie (ciepłe bułeczki, masło, marmoladę i do wyboru kawę lub herbatę). Poinformowała nas, że już sobie idzie, a o 10:20 mamy być przed hotelem. Dochodziła 10, gdy do naszych drzwi ktoś się zaczął dobijać. Tak, to była ona. Przyszła powiedzieć, że idziemy do agencji. Byliśmy już spakowani, więc mogliśmy iść. Nasza babunia żwawo sobie dreptała, plując co jakiś czas na ziemię (uwielbiam tę babunię). W końcu doszliśmy do agencji, gdzie czekała już nasza ekipa (czterech Kolumbijczyków w tym jeden mówił po angielsku). W drodze okazało się, że to wesoła ekipa. Cały czas wspomagali się koką (to nie to samo co kokaina) w różnych postaciach. My wypiliśmy z nimi po jednym kieliszku roztworu w celach eksperymentalnych.

Drugi dzień naszej wycieczki na Salar de Uyuni rozpoczęliśmy ostatecznie o 11:00. W tym dniu zrealizowaliśmy następujący plan:

1. Ponowne odwiedziliśmy Cmentarz Pociągów. Poprzedniego dnia nie było to w planie. Kierowca zrobił po prostu wyjątek dla dziewczyny, która spóźniła się na tę atrakcję pierwszego dnia i w drodze powrotnej zjechał z trasy, żeby mogła ją zobaczyć.

2. Colchani – jest to miasteczko leżące pomiędzy Uyuni a Salarem de Uyuni. Nie ma w nim szczególnego. Znajduje się tam Muzeum Soli (kilka figur zwierząt z soli), ale przede wszystkim jest to miejsce, gdzie można nabyć pamiątki. Można też skorzystać z toalety rodem z jakiegoś skansenu.

3. Montones de Sal i Ojos de Sal – w skrócie solna pustynia. Przepiękne miejsce, gdzie ziemia pokryta jest w całości solą. W oddali widać góry, na horyzoncie jakby zjawisko fatamorgany. Ludzie za pomocą łopaty usypują górki soli. Na salarze było pełno ludzi, ale jest on tak olbrzymi, że każdy bez wątpienia znajdzie dla siebie przestrzeń, żeby zrobić sobie zdjęcia z różnej perspektywy. Nam nie udało się nastawić odpowiednio aparatu, dlatego próba zrobienia zaplanowanej fotografii, ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu, okazała się fiaskiem.

Po sesji zdjęciowej kierowca zaprosił nas na lunch. Na stół wjechały sałatki, ryż, chuleta, banany, a do picia cola i woda. Ponownie jedliśmy na świeżym powietrzu, co było ciekawym urozmaiceniem wycieczki.

4. Isla Pescado – to wyspa położona na pustyni solnej, na której rosną kaktusy. Jest to odpowiednik bezludnych wysp położonych na oceanach. Wyjątkiem jest otoczenie, bo dookoła wyspy kaktusów znajdują się ogromne pokłady soli, a nie woda.

5. Nocleg – tego dnia mieliśmy hotel umiejscowiony pośrodku niczego. Oprócz nas nocowało w nim kilka innych grup, w tym Cordilliery, czyli najdroższej agencji w San Pedro de Atacama. Podobno to najlepsza noclegownia podczas tej wycieczki. Mi do gustu przypadła podłoga, a raczej piasek, który zastępował kafelki czy boazerie. Co ważne jako jedni z nielicznych, otrzymaliśmy pokój 2 – osobowy, a nie cztero lub sześcio. Tutaj też dostaliśmy kolację – zupę warzywną oraz kurczaka z frytkami. Za skorzystanie z całkiem przyzwoitej łazienki trzeba było dopłacić 10 bolivianos, czyli 5 zł. Za luksus trzeba płacić!

Dzień 3

Trzeci dzień wycieczki po Boliwii rozpoczęliśmy o 6:30 śniadaniem. Standardowo bułki mogliśmy posmarować tylko masłem i marmoladą. Do picia kawa, herbata, kakao. Nasz hostel opuściliśmy o 7:30.

W tym dniu zrealizowaliśmy następujący plan:

  1. Salar de Chiguana i Volcan Ollagüe – ciekawe formacje skalne, ale przede wszystkim punkt widokowy na czynny wulkan Ollagüe.

     2. Trzy laguny: Canapa, Hedionda, Honda.

     3. Árbol de Piedra – ‚kamienne drzewo’ oraz inne formacje skalne.

    4. Laguna Colorada – najpiękniejsza laguna jaką widziałem w życiu. Różnorodność kolorów, położenie na ponad 4200 m. n.p.m. i mnóstwo flamingów.

Tutaj też mieliśmy lunch. W dniu dzisiejszym szef kuchni zaserwował nam makaron ze schabowym, sałatką z marchewki, ziemniaków i pomidorów. Na deser były soczyste pomarańcze. c) Honda.

Do hotelu przyjechaliśmy o 16:00. Tym razem zostaliśmy ulokowani w jednym pokoju 6-osobowym z resztą załogi naszego jeepa. Warunki niestety były gorsze, niż w poprzednim hostelu, ponieważ nie było pryszniców (nikt ich nie miał). Umyć się mogliśmy dopiero o poranku, bo w planach mieliśmy kąpiel w źródłach termalnych.

Dzień 4

Nie spać, zwiedzać. To ostatni dzień wycieczki w Boliwii. Budziki zadzwonił nam o 4:30, ale wszyscy w pokoju udawali, że go nie było. Parę minut później zjawił się nasz Anioł Stróż – Oskar, który zarządził pobudkę. Na śniadanie oprócz tego, co było codziennie, pojawiły się płatki i jogurt truskawkowy.

Z hostelu wyjechaliśmy o 5:15. O 9:00 odebrać na granicy odebrać miał nas nasz właściciel Pamela Tours. Ostatni dzień wycieczki nie był więc za długi, ale i tak odwiedziliśmy planowane miejsca.
Atrakcjami tego dnia były:

  1. Geiser Sol de Mañana – pola geotermalne z małym gejzerem.
  2. Aguas Termales – gorące źródła, gdzie można było zażyć kąpieli w sztucznym basenie.
  3. Laguna Verde i Laguna Blanca – dwie laguny leżące obok siebie (niespecjalnie urocze). Ze wzgórza przy którym są położone, rozprzestrzenia się widok na trzy kraje – Chile, Argentynę i Boliwię.

W tym też miejscu pożegnaliśmy się z naszymi nowymi kolegami z Kolumbii, z którymi ciekawie było podróżować. Nasze dyskusje hiszpańsko – angielskie przyniosły wiele radości. Teraz na pewno zmierzają już do Peru odwiedzić Machu Pichu. Zazdroszczę im tego wyjazdu. Z drugiej strony oni nigdy nie byli w Europie i nie widzieli odwiedzanych przeze mnie miejsc (byli pod wrażeniem Islandii). Kiedyś sytuacja będzie musiała się odwrócić i każdy z nas zobaczy to co chciałby widzieć.

Oskar podwiózł nas pod granicę o 8:30. Gdy ściągał nasze bagaże, okazało się, że litr wody, który nam pozostał wylał się z butelki wprost na mój plecak i zalał wszystko, co miałem w środku. Mało tego, na pustyni o tej godzinie było bardzo zimno, a jazda w takiej temperaturze sprawiła, że woda zaczęła zamarzać. Miałem, więc plecak mokry i oblodzony. Oczywiście przeczuwałem, że tak będzie, dlatego nie chciałem brać niepotrzebnej nam wody. Pandzia jednak z uporem maniaka chciała ją zabrać i podarować naszym kolegom…

Na granicy spędziliśmy 30 minut. Ponownie załapaliśmy pieczątkę do paszportu. Zapłaciliśmy też 30 bolivianos za wyjazd z Boliwii. Następnie niecierpliwie czekaliśmy na szefuncia. Tym razem nie przyjechał jako pierwszy, ale dla nas liczyło się, że w ogóle przyjechał. Zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy do San Pedro. Na granicy przeszliśmy ponownie procedurę migracyjną. Skrupulatnie zeskanowali nasze bagaże pod kątem wwożonej żywności (mają świra pod tym względem). Gdy nic w naszych bagażach nie znaleźli, ponownie wsiedliśmy do busa, którym zostaliśmy podwiezieni do centrum, gdzie zakończyła się nasza wycieczka.

Koszt wycieczki z San Pedro de Atacama na Salar de Uyuni wyniósł nas 100 000 peso chilijskich (150$).

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *