Skazani na przypływ. Fuerteventura.

Opublikowano Hiszpania Wyspy Kanaryjskie

Dzień 1

Ile to niezliczonych dni musiało minąć, żeby człowiek mógł ponownie cieszyć się tak niecodziennymi widokami? W końcu jednak przyszedł długo wyczekiwany 13 września, czyli dzień w którym rozpoczęliśmy kolejną przygodę. Tym razem los wybrał za nas i wysłał na Fuerteventurę, by po kilku dniach przenieść na kolejną z kanaryjskich wysp – Teneryfę. Tym samym miał się ziścić mój mały plan, czyli odwiedzenie czterech głównych wysp kanaryjskich.

W ostatnim czasie powstało wiele połączeń lotniczych z Polski na Kanary. My na Fuerteventura zdecydowaliśmy się lecieć z Warszawy Modlin. Rozwój tanich linii lotniczych w Polsce jest naprawdę imponujący. Pytanie „jak dojadę do…?” musiałem zmienić na „jak dolecę do…?”. Z pomocą przyszedł nam oczywiście niezawodny Ryanair i jego poranny lot z Wrocławia do Warszawy Modlin. 9 zł, 30 minut i byliśmy w Warszawie. Od 1 października loty krajowe Ryanair będą odbywać się na główne lotnisko w Warszawie – Chopina. Jest to wielka krzywda dla podróżujących, którzy planują lecieć dalej z Warszawy Modlin.  Dla ludzi z Wrocławia lub Krakowa chęć lotu z tego lotniska będzie wiązała się z dodatkowym transportem z głównego lotniska.

Na Fuerteventurę wylecieliśmy o 12:15 i po 5.5 h byliśmy na miejscu. Czas umilała nam załoga pokładowa, która co 10 minut oferowała jedzenie, kosmetyki, zabawki, loterie itd. Na lotnisku zostaliśmy honorowo przyjęci przez 26 stopni i piękne błękitne niebo. Wypożyczenie auta w firmie Cicar przebiegło nam bardzo pomyślnie i po kilkunastu minutach siedzieliśmy w Oplu Corsa za 112 euro na 7 dni.

Kolejnym krokiem był przejazd do Puerto del Rosario, gdzie wynajęliśmy mieszkanie przez airbnb za 220 euro na 6 noclegów. Niestety standard okazał się mocno średni, żeby nie powiedzieć wręcz słaby. Wystarczyło nam to jednak, żeby się przespać i zjeść śniadanie. Resztę czasu i tak mieliśmy spędzać poza domem.

2 km od mieszkania znaleźliśmy Lidla, więc odrazu pojechaliśmy na większe zakupy. Lodówka wypchana po brzegi hiszpańskimi specjałami zaczęła się w końcu lepiej prezentować.

Tego dnia pozostało nam zjeść już tylko jakąś przyzwoitą kolację, której nasze żołądki z wielkim cierpieniem oczekiwały. Jak się później okazało znalezienie ciekawego miejsca w Puerto del Rosario okazało się wielkim wyzwaniem. Większość restauracji była pozamykana, część serwowała tylko tapasy. W końcu w okolicy portu znaleźliśmy włoską restaurację Amaranto, która przewrotnie do swojej nazwy serwowała przede wszystkim dania kuchni hiszpańskiej. Myk był tylko taki, że dania były przyprawiane we włoskim stylu. Pierwsza sałatka z owocami morza, muszle i smażona rybka wjechały na stół. Wakacje się rozpoczęły.

Dzień 2

Poprzedniego dnia do snu nikogo nie trzeba było zmuszać. Wszyscy padliśmy jak kaczki. Odzyskana energia w nocy pozwoliła nam rozpocząć drugi dzień dość wcześnie. Standardowo zjedliśmy śniadanie w naszym tymczasowym mieszkaniu i wyruszyliśmy na zwiedzanie wyspy.

Na Fuerteventurę nie mieliśmy przygotowanego planu. Wyspa nie jest bogata w atrakcje, dlatego bez problemu mogliśmy odwiedzić wszystkie ważniejsze miejsca wypisane w przewodniku według własnego widzimisię. Zdecydowaliśmy podzielić nasze pięć dni na wyspie na 3 części. Pierwsze dwa dni przeznaczylismy na północ. Kolejny dzień na wnętrze wyspy i dwa ostatnie na jej południową część.

Celem głównym naszej wizyty na północy był Park Narodowy Corralejo, na terenie którego znajdują się wydmy, ciągnące się na obszarze 10 km. Tony piasku pozostawione działaniu wiatru sprawiają wrażenie przebywania na Saharze. Na terenie parku trudno szukać hoteli, ponieważ obowiązuje tam całkowity zakaz stawiania jakichkolwiek budynków, co czyni to miejsce wciąż unikatowym. Po spędzeniu czasu na wydmowych wariacjach, udaliśmy się na pobliską plażę, żeby zażyć trochę relaksu.

Silnie wiejący wiatr, lecący w oczy piach i brak choćby kawałka cienia zmusiły nas do wypożyczenia leżaków i parasolów (3 euro leżak, 1,5 euro parasol). Niestety, mieliśmy też wątpliwą przyjemność oglądania nagich Niemców, którzy panoszyli się po całych wydmach. Możecie wierzyć, były to widoki jak z najgorszego dreszczowca.

Ocean tego dnia był mocno wzburzony, ale na plaży były miejsca, gdzie możliwe było wejście do wody i odbycie walki ze zbliżającymi się falami. Niestety, ale mój pierwszy wakacyjny tydzień był mocno wstrzemięźliwy, ponieważ za sprawą niespodziewanej infekcji i przyjmowanych leków zabronione miałem opalanie się i picie alkoholu. Na szczęście ten okres udało mi się przeżyć bez efektów ubocznych.

Plażowanie pod Corralejo było na tyle wygodne, że spędziliśmy tam cały dzień. Przy okazji wizyty na północy odwiedziliśmy także fabrykę aloesu, gdzie jak się okazało, nasza rodaczka przybliżyła nam informacje o produktach, które powstają na bazie aloesu.

Wieczorem udaliśmy się jeszcze na kolację, na której królowały owoce morza.  Najedzeni do pełna mogliśmy wrócić do mieszkania i odhaczyć pierwszy pełny dzień na Fuercie.

 

Dzień 3

W północno zachodniej części wyspy, którą odwiedziliśmy trzeciego dnia, znaleźliśmy latarnię morską (Faro de Cotillo), do której warto przyjechać ze względu na roztaczające się wokół niej widoki. Wiatr tego dnia również znacząco dawał o sobie znać, dlatego już sam spacer przy latarni był emocjonujący. Wewnątrz budynku znajduje się Muzeum Rybołówstwa Tradycyjnego (bilet 3 euro). Niestety nie ma możliwości przedostania się na balkon latarni, z której widoki byłyby jeszcze ciekawsze.

W miejscowości El Cotillo, będącej niewielką osadą rybacką, całkowitym „must see” jest spacer wzdłuż niewielkiej czarnej zatoki, do której przylegają kameralne restauracje serwujące owoce morza. Nie mniej warte zobaczenia są wąskie uliczki, które zostały przyozdobione w obrazy i figurki związane z morzem. W El Cotillo odwiedziliśmy polecaną przez przewodnik restaurację Casa Andres, która zachęcała do wizyty swoimi niskimi cenami i smacznym jedzeniem. Wystrój był nieco stołówkowy, ale faktycznie ceny były na niższym poziomie, a oferowane dania były bardzo dobre w smaku.

Będąc w okolicy El Cotillo odwiedziliśmy jedną z okolicznych plaż. Ładna zatoka, złoty piasek, silny (nieustępujący wiatr) i kompletny brak cienia. Ze względu na to ostatnie, moje plażowanie ograniczyło się jedynie do wizyty w barze. Nie odmówiłem sobie jednak zrobienia kilku zdjęć.

Ostatnim przystankiem tego dnia było miasteczko Villaverde, w którym jedną z atrakcji jest tunel wulkaniczny. W przeszłości był on zamieszkiwany przez Majos. Niestety, dokładnej historii miejsca nie poznaliśmy, ponieważ nie przewidzieliśmy, że godziny otwarcia atrakcji będą tak krótkie (od 10 do 15). Dla przyszłych odwiedzających, jaskinia jest otwarta dla turystów tylko we wtorki i czwartki.

W drodze powrotnej przejechaliśmy obok miejscowości Tindaya, w której znajduje się święta góra Majos (400 m n.p.m.). Na górę wiedzie łatwy szlak, którego długość wynosi 3 km. Na zboczach Montana de Tindaya odkryto 300 petroglifów wykonanych przez pierwszych mieszkańców wyspy. Na wycieczkę zalecałbym się wybrać z rana albo późnym popołudniem. Trek w pełnym słońcu mógłby być zbyt wyczerpujący.

 

Dzień 4

Czwartego dnia teleportowaliśmy się na zachodni kraniec wyspy, żeby eksplorować jaskinie znajdujące się w Ajuy. Ścieżka do wydrożonych jaskiń rozpoczyna się od czarnej plaży położnej w centrum miasteczka. Następnie trzeba kierować się wyznaczonymi znakami. Wzdłuż wybrzeża zrobiono specjalny deptak, którego przejście umożliwia dojście do różnych jaskiń. Bez wątpienia jest to jedno z lepiej przygotowanych atrakcji pod turystów na wyspie. Na pewno warto je odwiedzić ze względu na piękne widoki, czy ogromne fale rozbijające się o skały.

Po wierceniu dziury w całym pojechaliśmy na wietrzną plażę Sotavento, która jest istny rajem dla surferów. W czasie przypływu, którego sami byliśmy świadkami, plaża zostaje kompletnie zalana i tworzą się laguny. Jest to miejsce należące do najczęściej fotografowanych na Fuerteventura. Ze względu na to, że plaża została kompletnie zalana, postanowiliśmy znaleźć coś bardziej dostępnego. Pojechaliśmy więc do pobliskiego kurortu Costa Calama, żeby w końcu się zrelaksować. Po dłuższej chwili poszukiwania wejścia na plażę publiczną, nasi rodacy przebywający w jednym z tamtejszych hoteli, poinformowali nas, że wejście odbywa się przez wszystkie hotele zbudowane wzdłuż plaży. Jednocześnie dodali, że połowa plaży została zabrana przez wodę.

Po dotarciu na miejsce zrozumieliśmy, że nie żartowali. Plażę raz za razem atakowały kolejne fale. Rozłożenie się przy brzegu było niemożliwe, a rozłożenie się gdziekolwiek stawało się z każdą chwilą trudniejsze. Nie ryzykując zamoczenia sprzętu i ubrań, zdecydowaliśmy rozbić nasz obóz w bezpiecznej odległości przy barze. Plaża w Costa Calama nie różniła się od tych, które dotychczas odwiedziliśmy. Długa, piaszczysta, z nielicznymi barami. Leżaki za opłatą  (leżak + parasol 9 euro, dwa leżaki + parasol 13,50 euro) były dostępne do 14. Po tym czasie zostały zatopione przez wdzierający się na plażę ocean.

Na deser zostawiliśmy sobie malowniczą trasę, pomiędzy La Pared a Betancurii. Nie bez powodu warto odwiedzić to miejsce późnym popołudniem. Chowające się słońce za horyzontem rzuca idealne światło na tamtejsze góry. Widoki stają się jeszcze ciekawsze. Wąska trasa F 30 leżąca częściowo na stokach gór, dostarcza sporą dawkę adrenaliny. Znajdujące się przy niej punkty widokowe, są atrakcjami wyspy, przy których koniecznie trzeba się zatrzymać. Z kolei zupełnie nieplanowaną rozrywką okazał się napad wiewiórek na nasze orzeszki. Niespodziewanie otoczyły nas podczas postoju. Kilkanaście gryzoni bez strachu i wstydu ograbiło nas z jedzenia, jedząc nam przy tym z ręki.

 

Dzień 5

Następnego dnia wróciliśmy w okolice półwyspu Jandia na całodzienne plażowanie. Pogoda tego dnia była fantastyczna, choć standardowo wiatr dawał o sobie znać. Zatrzymaliśmy się w Morro Jable, gdzie umiejscowiona jest kolejna sławna plaża na Fuerteventura. Długa na kilka kilometrów i szeroka na kilkadziesiąt metrów okazała się idealnym miejscem na plażowanie. O godzinie 11 nawet fale wydawały się jakieś mniejsze. Czar prysnął dopiero po 14, gdzie w kilka minut wzmożony wiatr i wysokie fale zamieniły całą plażę w basen rekreacyjny.  Okazało się, że żeby opuścić plażę tym samym wejściem, którym dostaliśmy się na nią, musieliśmy zanurzyć się po cycuszki w wodzie. Na pewno frustrującym był fakt, że musimy opuścić plażę. Jednak z drugiej strony cała sytuacja była zupełnie nowym zjawiskiem, którego doświadczenie było po prostu zdumiewające.

Po opuszczeniu zatopionej krainy, wyruszyliśmy na mały shopping. Zakupiłem oczywiście kolejny magnes, żeby jeszcze mocniej obciążyć drzwiczki domowej lodówki. Niesamowitym jest fakt, że jeszcze kilkanaście lat temu Morro Jable było osadą rybacką, którą zamieszkiwało 200 mieszkańców. Aktualnie urosło ono do rangi wielkiego kurortu, w którym przygotowano ponad 16 tysięcy miejsc noclegowych dla turystów, postawiono też liczne sklepy oraz mnóstwo restauracji serwujących dania kuchni z całego świata.

Na sam koniec dnia udaliśmy się jeszcze w kierunku jednego z najbardziej niedostępnych miejsc na wyspie, czyli plaży Cofete, która skryła się  za wulkanicznymi wzgórzami. Dojazd tam jest utrudniony ze względu na brak drogi asfaltowej. W zamian do przejechania jest około 15 kilometrów drogi szutrowej, którą pokonują również zwykłe auta osobowe. Na pewno nie jest to wymarzona droga i trzeba liczyć się z jazdą w wolniejszym tempie. Na pewno też warto na tę atrakcję zarezerwować trochę więcej czasu, jeśli nie posiadacie auta terenowego. My nie pokonaliśmy całości trasy. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym położonym na 10 kilometrze trasy. Widoki z tego miejsca są obłędne, tak samo jak wiatr, który uniemożliwiał spokojne utrzymanie się na nogach. W drodze powrotnej zajechaliśmy też na kilka innych plaż, do których droga biegła od głównej trasy do Cofete. Jedne były mniej, a drugie bardziej urodziwe. Zresztą pojedźcie i przekonajcie się sami.

 

Dzień 6

Ostatni dzień na wyspie, odmiennie od zakładanego planu, spędziliśmy ponownie w Parku Narodwym Corralejo. To miejsce, przynajmniej mi, przypadło do gustu najbardziej na Fuercie. Czysty piasek, gwarancja bytu plaży przez cały dzień, cisza, spokój i woda idealna do kąpieli. Nawet nadzy Niemcy przestali jakoś nadmiernie przeszkadzać. Niestety, jedynym minusem okazała się pogoda, która miała zaplanowany na ten dzień bogaty repertuar – od słońca – przez chmury – po deszcz. Odleżeliśmy swoje i niekoniecznie szczęśliwi w takiej sytuacji, wróciliśmy do domu, gdzie czekało nas ponowne pakowanie bagaży. Na sam wieczór odwiedziliśmy po raz ostatni restaurację El Bounty del Muelle, gdzie stołowaliśmy się prawie codziennie. Dla fanów kuchni kanaryjskiej jest to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *