Szczęście w nieszczęściu. Annapurna Circuit.

Opublikowano Annapurna Circuit Nepal

W końcu przyszedł czas na inne wyzwanie, niż te które spotykały nas dotychczas podczas 3-miesięcznej podróży po Azji. Zabraliśmy się za spełnienie marzeń mojej dziewczyny, która za wszelką cenę chciała przejść trasę wokół Annapurny. W mojej relacji skupię się przede wszystkim na informacjach praktycznych. Zdjęcia pokażą jakie widoki można zaobserwować podczas trekkingu. Na wstępie też dodam, że oboje jesteśmy amatorami górskich wędrówek. Przed Nepalem mieliśmy małe przetarcie w chilijskiej Patagonii. Jednak Annapurna Circuit była naszym największym górskim wyzwaniem jak do tej pory.

Dzień 1

Trasa: Kathmandu – Bhulbhule.
Czas przejazdu autubusem: 8h.
Koszt biletów: 8$/osoba.
Postoje: dwa oficjalne na jedzenie (15 i 30 min.) oraz 100 nieoficjalnych z wielu innych powodów. Dodatkowo obowiązkowy postój w Besishahar (sprawdzenie pozwoleń na trekking).
Jak wyglądał transfer: przejazd autobusem trwał 8h i nie należał do najprzyjemniejszych doświadczeń. Za nim opuściliśmy Kathmandu trochę czasu zleciało. Zatoczyliśmy dwa koła po większej dzielnicy szukając ludzi do zapełnienia autokaru. Ze stolicy wyjechaliśmy w komplecie. Oprócz pasażerów przewoziliśmy wszystko co można sobie wyobrazić. Zabrakło tylko kozy, choć w niektórych momentach mogłaby jechać wyłącznie na dachu. W autobusie mogliśmy się lepiej poznać z Nepalczykami. Jedna kobieta najwyraźniej też tak myślała, bo pomyliła moje kolano z poręczą i bez pardonu sobie na nim klapnęła. Największym problemem w nepalskich autokarach jest brak wystarczającego miejsca na nogi. Do Bhulbhule ostatecznie nie dojechaliśmy, bo na drodze do docelowej miejscowości zepsuł się inny autokar i nie można było go ominąć. Ostatni odcinek podróży pokonaliśmy pieszo.

Trasa: Bhulbhule (820 m n.p.m.) – Ngadi (890 m n.p.m.).
Długość odcinka: 4 km.
Czas wyjścia: 16:30.
Czas dojścia: 18:00.
Postoje: 5 min.
Pogoda: ciepło i słonecznie.
Nocleg: Himal Chuli Hotel.
Warunki noclegu: pokoje dwu i trzyosobowe, toaleta (standard azjatycki) i prysznic (woda zimna) poza pokojem, moskitiera, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (koszt uzależniony od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 460 NPR (kolacja), 400 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: brak.
Koszty dnia: 860 NPR.

Przegląd odcinka: bez rewelacji, łatwa i niemęcząca droga do Ngadi. Warte odnotowania jest przejście przez zawieszony most nad rzeką. Resztę trasy można byłoby po prostu przejechać autobusem.

Dzień 2

Trasa: Ngadi (890 m n.p.m.) – Chyamche  (1385 m n.p.m.).
Długość odcinka: 16 km.
Czas wyjścia: 8:40.
Czas dojścia: 16:25.
Postoje: 1:30 h.
Pogoda: do godzin 13 słonecznie i gorąco. Po 13 zaczęły się lekkie opady deszczu i trwały 40 min. Reszta dnia pogodnie.
Nocleg: Super Rainbow Guest House (600 m przed wioską).
Warunki noclegu: duże pokoje dwuosobowe, toaleta (muszla) i prysznic (woda podchodząca pod ciepłą) poza pokojem, WiFi (słabo działąjące), koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (koszt uzależniony od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 620 NPR (kolacja), 480 NPR (śniadanie) po 20% rabacie.
Zakupy na szlaku: butelkowana woda pitna – 50 NPR (900 ml), butelkowana woda pitna – 70 NPR (1l).
Koszty dnia: 1220 NPR.

Przegląd odcinka: po drodze minęliśmy kilka większych wiosek – Bahundanda, Ghmeru, Jagat. Zobaczyliśmy zdecydowanie ładniejsze widoki niż podczas pierwszego dnia. Trasa była w niektórych momentach wymagająca (strome podejścia). Buty trekkingowe nie są koniecznością, choć wiadomo, że w górach zalecane (Nepalczycy chodzą w japonkach). Należy uważać na roboty drogowe (budowa „drogi”). Dla żądnych wrażeń istnieje możliwość kąpieli w rzece (niedaleko wioski Ghmeru). Przed miejscowością Chyamche znajduje się najgorsze podejście, które pożera wiele sił. O noclegi nie ma się co martwić, bo jest ich na tym odcinku naprawdę sporo. Najwięcej ‚hoteli’ znajduje się w miejscowości Ghmeru i Jagat.

Dzień 3

Trasa: Chyamche (1385 m n.p.m.) – Danaqyu (2400 m n.p.m.).
Długość odcinka: 15 km.
Czas wyjścia: 8:50.
Czas dojścia: 15:30.
Postoje: 1:00 h.
Pogoda: pochmurnie z opadami deszczu. Chwilowe przejaśnienia. Po godz. 15 pogodnie bez opadów.
Nocleg: Hotel Annapurna & Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem.
Cena noclegu: 0 NPR (cena uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 740 NPR (kolacja), 545 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: dwie herbaty imbirowe – 120 NPR (dwa kubki), butelkowana woda pitna – 80 NPR (1l), butelkowana woda pitna – 100 NPR  (1l).
Opłaty dodatkowe: 200 NPR za ciepłą wodę.
Koszty dnia: 1785 NPR.

Przegląd odcinka: różnica wysokości między Chyamche a Danaqyu wynosi ponad 1000 m, więc nie nastawialiśmy się na lekką przeprawę. Na dodatek zaraz po naszym wyjściu zaczął padać deszcz – raz słabiej a raz mocniej i taki stan utrzymywał się praktycznie przez cały dzień. Pierwsze 1:30 – 2h były naprawdę lekkie, choć parę wzniesień trzeba było pokonać (w tym jedno olbrzymie przed wioską Tal). Byłem zdziwiony, że jest tak lekko. Schody zaczęły się dopiero później, gdy szlak praktycznie przez cały czas szedł do góry. Zdecydowanie mieliśmy za ciężkie plecaki na taki odcinek. W miejscowości Dharapani zaliczyliśmy kolejny check point. Strażnik poinformował nas, że zostało nam 2h drogi. Znaki mówiły, że jest to tylko godzina. Zmęczeni i trochę załamani ruszyliśmy w drogę. Na szczęście już nie pierwszy raz miejscowi podali nam zły czas przejścia. W Danaqyu zameldowaliśmy się godzinę później. Uwaga na pułapki. Podczas wędrówki spotkaliśmy mylące znaki. Niewarto jest skręcać na wioskę Kart (chyba, że ktoś koniecznie chce napić się czegokolwiek). Jest to dołożenie sobie drogi. Lepiej jest kontynuować trek po drodze głównej. To samo tyczy się znaku na Danaqyu. W pewnym momencie namalowana strzałka na kamieniu sygnalizuje zejście w prawo. Poszliśmy jak nakazywała i dołożyliśmy sobie kolejnych męczarni. Zalecam nie zwracać uwagi na ten znak i iść dalej główną drogą. Za następne 100 m dochodzi się do wioski. Jeśli chodzi o widoki tego odcinka to po prostu magia. Najbardziej rozwiniętą wioską podczas treku było Tal (1700 m n.p.m.).

Dzień 4

Trasa: Danaqyu (2300 m n.p.m.) – Chame (2710 m n.p.m.).
Długość odcinka: 12 km.
Czas wyjścia: 8:40.
Czas dojścia: 12:50.
Postoje: 30 min.
Pogoda: ciepło, słonecznie, praktycznie bezchmurnie.
Nocleg: Moonlight Guest House.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (standard azjatycki) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 590 NPR (kolacja), 570 NPR (śniadanie), wrzątek (mały dzbanek) – 180 NPR.
Zakupy na szlaku: butelkowana woda pitna – 100 NPR (1l).
Koszty dnia: 1440 NPR.

Przegląd odcinka: zaczęło się ostro, bo od pokonania naprawdę wysokiej góry. Później było trochę zejść i trochę podejść, ale wszystko umiarkowane. Bez wątpienia był to najlżejszy odcinek jak do tej pory. Pogodę mieliśmy tego dnia idealną. Widoki zapierały dech w piersiach. Wszystkie szczyty w naszym otoczeniu pokazały nam się w pełnej krasie. Aparatu nie wkładaliśmy do futerału, bo co chwilę trzeba było robić zdjęcia cudownym widokom. To był naprawdę udany dzień.

Dzień 5

Trasa: Chame (2710 m n.p.m.) – Lower Pisang  (3250 m n.p.m).
Długość odcinka: 18 km.
Czas wyjścia: 8:35.
Czas dojścia: 13:05.
Postoje: 30 min.
Pogoda: gorąco, słonecznie, bezchmurnie.
Nocleg: Maya Hotel.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 810 NPR (kolacja), 700 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: butelkowana woda pitna – 100 NPR (1l), woda kupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Chame – 45 NPR (1l), woda kupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Lower Pisang – 50 NPR (1l)
Koszty dnia: 1705 NPR.

Przegląd odcinka: przekroczyliśmy granicę 3000 m n.p.m. Zapowiadał się ciężki dzień, ale na szczęście były to tylko mroczne wizje. Na szlaku pokonaliśmy dwa większe podejścia, ale nie tak straszne jak dzień wcześniej. Była to luźna przeprawa dostarczająca nam po raz kolejny cudownych widoków. Oprócz gór i wodospadów widzianych codziennie, przyroda dołożyła nam ładny las oraz jezioro. W miejscowości Dhukur Pokhari należy zdecydować się, czy zmierzamy do Upper Pisang, czy Lower Pisang. Po prostu Upper Pisang jak sama nazwa wskazuje jest położony wyżej niż Lower. Na mapie różnica wysokości wynosi tylko 60 m, ale jak dochodzi się do Lower Pisang to widać zdecydowanie większą. My nocowaliśmy w Dolnym Pisangu. Po zostawieniu plecaków w guest housie i założeniu lżejszych butów udaliśmy się jeszcze do Upper Pisang. Prowadzą do niego 3 mosty. Po ich przejściu zaczynają się schody (bardzo dużo schodów). Szczerze polecam się tam wybrać, ponieważ widok z samej góry jest obłędny.
 
Dzień 6
Trasa: Lower Pisang (3250 m n.p.m) – Manang (3540 m n.p.m.).
Długość odcinka: 16 km.
Czas wyjścia: 8:40.
Czas dojścia: 13:00.
Postoje: 30 min.
Pogoda: gorąco, słonecznie, bezchmurnie.
Nocleg: Hotel Nilgiri & Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 500 NPR (kolacja), 510 NPR (śniadanie), 280 NPR (dwa małe dzbanki czarnej herbaty – łącznie 14 filiżanek).
Zakupy na szlaku: woda kupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Lower Pisang – 50 NPR (1l), woda kupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Manang – 50 NPR (1l), kawałek jabłecznika – 170 NPR.
Opłaty dodatkowe: 50 NRP (ładowanie baterii).
Koszty dnia: 1610 NPR.
Przegląd odcinka: małe deja vu. W zasadzie dzień bez rewelacji. Niestety pierwsze oznaki tułaczki można było zobaczyć na moich stopach. Różnica wysokości między wioskami na tym odcinku nie była znaczącą. Zaczęło się jak zawsze, czyli od męczącego podejścia, żeby później przez dłuższą cześć wędrówki nic się nie działo. Dopiero przed miejscowością Manang przyszło nam się zmierzyć z kolejnym podejściem. W miejscowości Bharka można nabyć ser lub jogurt z jaka. W Manang jest sporo hoteli, lecz te większe liczą sobie sporo za noc. Internet jest bardzo drogi – 500 NPR za cały dzień i nie działa dobrze. Nam udało się znaleźć normalny hotel, gdzie panowała ta sama zasada co w poprzednich wioskach (płaciliśmy tylko za jedzenie). Ceny w hotelowej restauracji nas ucieszyły, bo były niższe niż w poprzedniej wiosce. Ogólnie w Manang jest sporo sklepów spożywczych z cenami bardzo przystępnymi jak na tą wysokość. Na dodatek działa kilka piekarni, gdzie można zjeść smaczne i świeże bułki z różnymi nadzieniami za 100-170 NPR. Brak jakiś imponujących widoków na tym odcinku rekompensuje wizyta właśnie w tej wiosce. Jeśli trafimy na ładną pogodę możemy być pewni, że nie jedno ‚wow’ padnie z naszych ust.

Dzień 7

Trasa: Manang (3540 m n.p.m.) – Chongkor View Point (3800 m n.p.m.).
Długość odcinka: nieznana.
Czas wyjścia: 9:35.
Czas dojścia: 10:25.
Postoje: 5 min.
Pogoda: gorąco, słonecznie, bezchmurnie.
Nocleg: Hotel Nilgiri & Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 640 (kolacja), 540 NPR (śniadanie), 140 NPR (mały dzbanek czarnej herbaty – 7 filiżanek), 340 NPR (dwa kawałki jabłecznika), 25 NPR (filiżanka z wrzątkiem), 120 NPR (popcorn).
Zakupy na szlaku: 0 NPR.
Koszty dnia: 1770 NPR.

Przegląd odcinka: wysokości zaczynały się robić konkretne, więc postanowiliśmy zrobić sobie jeden dzień aklimatyzacji. W Manang jest kilka opcji zrobienia krótszych lub dłuższych wycieczek. Naszym pierwotnym planem była trzydniowa wycieczka nad jezioro Tilichio, jednak zostaliśmy poinformowani przez strażnika, że jest ono całkowicie zasypane śniegiem i raczej to wątpliwa atrakcja jak na ten czas. Porzuciliśmy nasz plan i zdecydowaliśmy się na alternatywę w postaci jednodniowej wycieczki nad jezioro lodowcowe (4630 m n.p.m., 3h w jedną stronę). Niestety i w tym wypadku nasz plan legł w gruzach, bo złapało mnie zapalenie gardła (ogólnie wszyscy na szlaku są mocniej lub mniej przeziębieni) i wolałem nie pogłębiać mojej choroby zwłaszcza, że mieliśmy przed sobą trudne dni. Nie chciałem jednak siedzieć całego dnia w zimnym pokoju, gdy za oknem była piękna pogoda, dlatego wybraliśmy się na krótką 2,5 h wycieczkę na punkt widokowy Chongkor. Według opisu był to najlepszy wybór na aklimatyzację, a ponadto gwarancja na świetny widok na Manang oraz lodowiec i jezioro polodowcowe. Szlak zaczyna się przy biurze ACAP w Manang. Najpierw czekało nas zejście ok. 100 m, a następnie mozolne podejście 500 m. Odcinek na pierwszy rzut oka wygląda przerażająco i taki faktycznie jest, ale z jego przejściem większego problemu nie mieliśmy. Zdobycie punktu utrudniał zalegający śnieg i błoto (na pewno kijki się przydadzą). Widoki faktycznie są wspaniałe, a cała wycieczka warta kolejnego wysiłku.
 
Dzień 8

Trasa: Manang (3540 m n.p.m.) – Letdar (4200 m n.p.m.).
Długość odcinka: 10 km.
Czas wyjścia: 8:40.
Czas dojścia: 12:20.
Postoje: 20 min.
Pogoda: gorąco, słonecznie, bezchmurnie.
Nocleg: Samden Guest House & Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (standard azjatycki) i łazienka bez prysznica poza pokojem (wiadro gorącej wody do umycia), koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 0 NPR (uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 860 NPR (kolacja), 500 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: woda zakupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Yak Kharka -60 NPR.
Opłaty dodatkowe: 100 NPR (za wiadro z gorącą wodą).
Koszty dnia: 1520 NPR.

Przegląd odcinka: można było w ciemno zgadywać jak wyglądać będzie trasa tego odcinka. Przyzwyczailiśmy się już do mocnych podejść zaraz po opuszczeniu wioski. Tym razem było podobnie. Drugie większe podejście zaliczyliśmy dopiero za miejscowością Yak Kharka. W zasadzie droga do Letdar to jedno niekończące się podejście. Pokonaliśmy rożnicę wysokości 660 m, na szczęście bez żadnych objawów choroby wysokościowej. Za miejscowością Manang znajduje się jeszcze jedna wioska (Gunung), której nie ma na mapie. Stoją tam dwa hotele, z czego jeden ma piękną panoramę na góry. W Yak Kharka jest sporo domów gościnnych, natomiast w Letdar tylko 4. Ceny za wodę są wyższe. Prysznic z ciepłą wodą to zazwyczaj wydatek 200 NPR/osoba. Ceny jedzenia nieznacznie wyższe niż w Manang. Guest house, w którym nocowaliśmy był najtańszy pod każdym względem. W wiosce nie ma możliwości ładowania sprzętu, bo jest odcięte od prądu. W jednym hotelu wytwarzają prąd, ale tylko do oświetlenia pokoi.
Dzień 9
Trasa: Letdar (4200 m n.p.m.) – High Camp (4900 m n.p.m.).
Długość odcinka: 7,5 km.
Czas wyjścia: 7:55.
Czas dojścia: 11:25.
Postoje: 40 min.
Pogoda: gorąco, słonecznie, bezchmurnie.
Nocleg: Thorong High Camp View Point (nie ma innego na tej wysokości).
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (standard azjatycki) poza pokojem, nie ma łazienki, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 350 NPR (pokój dwuosobowy).
Cena jedzenia: 1230 NPR (kolacja), 610 NPR (śniadanie), 660 NPR (2x mały dzbanek czarnej herbaty).
Zakupy na szlaku: woda zakupiona w punkcie z filtrowaną wodą w Letdar – 30 NPR.
Opłaty dodatkowe: 100 NPR/h za pobór prądu (nie musieliśmy płacić), 50 NPR  – dodatkowy koc.
Koszty dnia: 2900 NPR.
Przegląd odcinka: podczas tego odcinka, który był bardzo wymagający, straciłem co najmniej kilka żyć. Przez cały czas czułem się jak kapitan statku, który musi utrzymać swoją łajbę na wodzie podczas sztormu. Szlak pomiędzy Letdar a Thorang Phedi przypominał wielkie fale. W Thorang Phedi poinformowano nas, że  helikopter zabrał już dwójkę turystów, którzy szli do High Camp (prawdopodobnie choroba wysokościowa). My czuliśmy się dobrze, na dodatek zrobiliśmy sobie dłuższy odpoczynek w Thorang Phedi, więc nie zrezygnowaliśmy z podejścia. Do High Campu szlak biegnie tylko do góry. Chyba gorszego od początku trekkingu nie było. Do tego te ogromne wysokości, inne powietrze, zmiana temperatury. Do tej pory zastanawiam się jak my to zrobiliśmy. Kolejnego dnia czekało nas ostatnie wielkie wyzwanie, czyli dojście do przełęczy Thorung – La i pokonanie bariery 5000 m n.p.m. (osiągnięcie wysokości 5416 m n.p.m.). Po zdobyciu maksymalnej wysokości na tym szlaku czekało nas powolne schodzenie do samego końca treku (z jednym małym wyjątkiem). Drugi raz z rzędu noc była bardzo zimna.
Dzień 10
Trasa: High Camp (4900 m n.p.m.) – Thorung La (5416 m n.p.m.) – Muktinath (3800 m n.p.m.).
Długość odcinka: 13,5 km.
Czas wyjścia: 5:10.
Czas dojścia: 12:10.
Postoje: 1:30 h.
Pogoda: droga do przełęczy – pogodnie i mroźno (od 10 do 15 stopni na minusie). Droga od przełęczy do Charabu – słonecznie i ciepło. Droga od Charabu do Muktinath – zachmurzenie, lekkie opady śniegu.
Nocleg: Hotel The Paths Of Dream.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) w pokoju, koce do dyspozycji, darmowe WiFi (działa przyzwoicie), gorąca woda w cenie noclegu.
Cena noclegu: 200 NPR (pokój dwuosobowy).
Cena jedzenia: 970 NPR (kolacja), 510 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: 3×coca cola (500ml) – 350 NPR, butelkowana woda pitna (1l) – 80 NPR.
Koszty dnia: 2110 NPR.
Przegląd odcinka: pobudka o 4:30 i o 5 wyjście pod przełęcz. Warunki pogodowe były dobre, więc szło się przyzwoicie. Odcinek to ponownie podejścia i zejścia co chwilę. Po godzinie drogi były już tylko podejścia. Pomimo, że to tylko 2,15 h treku, to było czuć w nogach różnicę wysokości. Najwyższy punkt na szlaku niestety mnie rozczarował. Wbita w ziemię tabliczka i to tyle. Liczyłem na niesamowity widok, a okazało się, że przez ostatnie dni widzieliśmy ładniejsze. Po dojściu do Thorung La naszym kolejnym celem stała się wioska Muktinath. Cieszyłem się na samą myśl, że w końcu koniec ze wspinaniem się, ale po 1,30 h ciągłego schodzenia miałem ochotę znowu się wspiąć. Na szlaku było dużo śniegu, lodu, a w dalszej części błota. Ciężko schodziło się bez kijków, bo wciąż się ślizgaliśmy. Po 4h w końcu doszliśmy do wioski Muktinath, schodząc z 5416 m n.p.m. do 3800 m n.p.m. Odcinek zaliczyłbym do tych trudniejszych.
Dzień 11

Trasa: Muktinath (3800 m n.p.m.) – Kagbeni (2800 m n.p.m.).
Długość odcinka: 10 km.
Czas wyjścia: 10:00.
Czas dojścia: 12:40.
Postoje: 10 min.
Pogoda: umiarkowane zachmurzenie, chwilowe opady deszczu, wietrznie.
Nocleg: Hotel Yeti & German Bakery.
Warunki noclegu: małe pokoje dwuosobowe, toaleta (muszla) i prysznic (gorąca woda) poza pokojem, koce do dyspozycji, WiFi i gorąca woda dodatkowo płatne.
Cena noclegu: 0 NPR (cena uzależniona od zamówionego jedzenia).
Cena jedzenia: 800 NPR (kolacja), 500 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: damska bransoletka – 350 NPR, butelkowana woda pitna – 85 NPR.
Opłaty dodatkowe: 100 NPR – ciepła woda, 50 NPR/2h – WiFi.
Koszty dnia: 1835 NPR.

 Przegląd odcinka: trasa słaba, praktycznie przez 2h obraz otoczenia się nie zmieniał. Zrobiło się naprawdę pustynnie – zero zieleni dookoła. Na odcinku pełno kurzu, bo przez cały czas idzie się po drodze, którą jeżdżą autobusy i samochody. Szaro i ponuro dookoła. Odcinek niewarty zapisania w pamięci. Na dodatek w Kagbeni ceny jedzenia i noclegowni są wyższe niż na większych wysokościach. Dzień 11 okazał się nieszczęśliwym dla Nepalu. Doszło do trzęsienia ziemi, które pochłonęło wiele żyć ludzkich. My w czasie trzęsienia byliśmy na szlaku. Nie odczuliśmy wstrząsów, czemu wszyscy bardzo się dziwili. Doszło jednak do nagłej zmiany warunków atmosferycznych. Momentalnie zaczął wiać bardzo silny wiatr i zaczęły się tworzyć piaskowe trąby powietrzne (nie stanowiły dla nas zagrożenia). O wielkim trzęsieniu dowiedzieliśmy się dopiero wieczorem. Niestety tragiczne wydarzenie rzutowało na nasz dalszy trekking. Nieustępujące wstrząsy wtórne, stres, niepokój o nasze rodziny, brak kontaktu ze światem – to wszystko zadecydowało o zakończeniu trekkingu i jak najszybsze opuszczenie Nepalu.
Dzień 12

Trasa: Kagbeni (2800 m n.p.m.) – Marpha (2670 m n.p.m.).
Długość odcinka: 15 km.
Czas wyjścia: 7:30.
Czas dojścia: 11:40.
Postoje: 20 min.
Pogoda: umiarkowane zachmurzenie, wietrznie.
Nocleg: New Thakkhola Hotel & Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (letnia woda) w pokoju, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 200 NPR.
Cena jedzenia: 665 NPR (kolacja), 375 NPR (śniadanie).
Zakupy na szlaku: coca cola – 100 NPR, butelkowana woda pitna (1l) – 85 NPR.
Opłaty dodatkowe: 100 NPR – wysłanie sms-a do Polski (nieudane), 200 NPR – WiFi (jedyne działające na szlaku po trzęsieniu ziemi).
Koszty dnia: 1720 NPR.

Przegląd odcinka: po tragicznych wydarzeniach poprzedniego dnia, trekking przestał być już przyjemnością. Bardziej skupialiśmy się na znalezieniu jakiegoś działającego telefonu, dostępu do internetu, niż na widokach, które i tak na tym odcinku nie były zachwycające. Zależało nam na kontakcie z rodziną, która była wystraszona sytuacją, w której się znaleźliśmy. Postanowiliśmy stopniowo schodzić i sprawdzać w miarę możliwości informacje o tym co się dzieje w Kathmandu. Było ciężko je otrzymać. Telefony nie działały, więc pomimo pomocy Nepalczyków nie mogliśmy nawet zadzwonić do konsulatu. To samo tyczyło się internetu, do którego dostęp choćby na chwilę mógł polepszyć naszą sytuację. Zatrzymaliśmy się w wiosce Marpha jakby nie patrzeć bardzo ładnej. Po godzinie czasu od naszego przyjścia ziemia zaczęła się trząść po raz pierwszy. Nie zwlekając pośpiesznie opuściliśmy guest house. Wstrząs nie okazał się silny, ale sam fakt jego wystąpienia był dla nas czymś zupełnie nowym i nie życzę nikomu takich doświadczeń. Godzinę później siedzieliśmy przez 2-3h na polu z mieszkańcami i czekaliśmy na zapowiadaną drugą falę trzęsienia, które miało być jeszcze silniejsze niż dzień wcześniej. Na szczęście alarm okazał się fałszywy, co nie oznacza, że wstrząsy nie były później odczuwalne. Jakimś cudem w Marphie znaleźliśmy hotel z dostępem do internetu (wolnym, ale to nie miało znaczenia). Wykupiliśmy hasło i mogliśmy skontaktować się z rodziną, przekazując jej informacje, że wszystko z nami w porządku. Korzystając z okazji sprawdziliśmy także ceny biletów lotniczych, bowiem naszym celem stał się jak najszybszy powrót do Polski.

Dzień 13

Trasa: Marpha (2670 m n.p.m.) – Ghasa (2010 m n.p.m.) – Beni.
Długość odcinka: 60 – 70 km.
Czas wyjścia: 8:40.
Czas dojścia: 17:30.
Postoje: 2h.
Pogoda: umiarkowane zachmurzenie, wietrznie.
Nocleg: Hotel Muktinath & Thakali Restaurant.
Warunki noclegu: pokoje dwuosobowe, sporo miejsca wewnątrz, toaleta (muszla) i prysznic (letnia woda) w pokoju, koce do dyspozycji.
Cena noclegu: 500 NPR.
Cena jedzenia: 310 NPR (kolacja).
Zakupy na szlaku: coca cola – 60 NPR (Beni), coca cola – 120 NPR (Ghasa), butelkowana woda pitna – 80 NPR (Ghasa), ciastka – 100 NPR (Ghasa), Dal Bhat – 250 NPR, Chowmein – 50 NPR.
Opłaty dodatkowe: autobus Ghasa – Beni – 720 NPR.
Koszty dnia: 2180 NPR.

Przegląd odcinka: dzień przebiegał na wariackich papierach. Rano, nadal bez zasięgu w komórkach i całkowitym braku dostępu do internetu w Marpha (znów wszystko padło), postanowiliśmy pojechać busem do wioski Ghasa. Niestety spóźniliśmy się na poranny autobus, a kolejny był za 4h. Nie zwlekając wzięliśmy plecaki z naszej noclegowni i ruszyliśmy w naszą ostatnią pieszą trasę na Annapurna Circuit. Przechodząc przez wioski chodziliśmy po domach szukając aktywnego telefonu. Za każdym razem dostawaliśmy negatywną odpowiedź – nic nie działa. Po przejściu wioski Kokhethanti ustąpiliśmy miejsca nadjeżdżającemu jeepowi. Kiedy nas mijał zatrzymał się, a ze środka padło pytanie dokąd idziemy. Kiedy kierowca usłyszał, że do Ghasy zaproponował, że nas podrzuci zupełnie za darmo. Mężczyzna okazał się być policjantem, który po służbie pracuje dla armii i przewozi różne przesyłki. Dzięki jego pomocy zyskaliśmy sporo czasu. Z drugiej strony, parę minut po wejściu do auta zaczęły się niesamowite widoki na szlaku (bez wątpienia najlepsze po tej stronie gór – do tej pory było po prostu ‚nudno’). Zza szyby niestety nie mogliśmy ich uwiecznić na fotografii. Jednak coś za coś. Zapisaliśmy je sobie w pamięci. Podczas jazdy kierowca powiedział nam, że jedzie aż do Pokhary, ale niestety nie może nas zabrać, bo jeep jest prywatny, a takie nie mogą wozić turystów. Wysiedliśmy w Ghasie przy punkcie strażniczym. Mieliśmy zamiar nocować w tej miejscowości, ale gdy poszliśmy na przystanek autobusowy, okazało się, że za 1,5h mają jechać 3 autobusy do Beni. Bilety nie zostały jeszcze sprzedane, ale było na nie sporo chętnych, więc zapowiadała się walka. Ostatecznie nabyliśmy bilety (360 NPR/os.), ale bez chamstwa się nie obyło. Gdy przyjechał autobus po raz pierwszy zobaczyłem jak Nepalczycy wchodzą do niego. Choć biletów było sprzedanych tyle co miejsce w autobusie, to nie odpuścili sobie przeprowadzenia szturmu na drzwi. W pewnym momencie byłem pewny, że przewrócą autokar. Jeśli ktoś będzie w sytuacji, że nie uda mu się kupić biletu, to warto pozostać do samego odjazdu. Kierowca pomimo braku miejsc wziął jeszcze 7 osób, które podczas jazdy siedziały na podłodze. Przejazd z Ghasy do Beni trwał ok. 3h. Naprawdę nie polecam korzystać z tego środka transportu osobom cierpiącym na chorobę lokomocyjną. Wnętrze autobusu wyglądało jak hala koncertowa, gdzie grała dobra kapela rockowa i ludzie nie przestawali szaleć. W Beni uzyskaliśmy dostęp do internetu. Można było tym samym lepiej opracować plan ewakuacyjny z Nepalu. Zadzwoniliśmy do Honorowego Konsula RP w New Delhi, skontaktowaliśmy się także z ambasadą niemiecką oraz brytyjską. Niestety nikt nie był w stanie zagwarantować nam powrotu do domu. Biorąc wszystkie za i przeciw postanowiliśmy kupić nowe bilety lotnicze i wrócić do kraju na własną rękę. Następnego dnia czekał nas przejazd z Beni do Pokhary (jeep – 400 NPR/os.), a kolejnego z Pokhary do Kathmandu (autobus – 600 NPR/os.).
Koszty na szlaku:

1. Koszty na szlaku (noclegi/jedzenie/transport): 22655 NPR (ok. 228$).
2. Pozwolenia na trekking (TIMS): 4200 NPR (ok. 42$).
3. Ilość przebytych km (pieszo): 170 km.

Amatorskie rady po odbyciu trekkingu:

1. Każdy na szlaku podaje inny czas dojścia z punktu A do punktu B. Chodzi mi przede wszystkim o miejscowych. Radzę nie sugerować się ich uwagami, bo w 90% okazały się fałszywe. Gdzieniegdzie pojawiają się tablice z podanymi czasami, lecz też należy podchodzić do nich z przymrużeniem oka. Często czas podany jest jakby ktoś jechał samochodem, a nie poruszał się pieszo. Oznaczenia na szlaku to czerwone strzałki na kamieniach. Dobrą mapkę można dostać w Chame w biurze informacji turystycznej.

2. Dobrze rozplanuj poszczególne odcinki – nie wierzę w to, że dla kogoś przejście Annapurna Circuit to bułka z masłem (nie wliczam w to profesjonalistów i ludzi, którzy poruszają się samochodami). Przeciętnego Kowalskiego, takiego jak my, na pewno czeka ciężka przeprawa. Mieliśmy z góry ustalony plan i go realizowaliśmy. Często posiadane przez nas informacje nie miały jednak odbicia w rzeczywistości. Na niektórych odcinkach ledwo poruszaliśmy już nogami, a końca nie było widać. Jeśli masz zapas czasu, to przechodź krótsze odległości. My go mieliśmy, ale zawsze ciągnęło nas do określonego wcześniej miejsca. Nie raz toczyliśmy walkę z własnym organizmem. Nam się udawało, ale nie ryzykuj, jeśli nie jesteś pewny swoich sił. Grunt to dobre rozplanowanie, żeby później nie cierpieć i mieć siły na dalszą wędrówkę.

3. Zabierz ze sobą najważniejsze rzeczy. To była nasza największa bolączka – ciężkie plecaki. Na pewno miały ponad 10 kg (nosiliśmy ze sobą śpiwory), a do tego dochodziła jeszcze lustrzanka cyfrowa. Wiele osób wynajmowało sobie tragarzy. Dla mnie to chory pomysł płacić ludziom za noszenie swoich rzeczy (plecaka). Najśmieszniejsze jest to, że z takich usług korzystało sporo młodych ludzi. Nie powiem, że nie raz chciałem, żeby ktoś zabrał mój plecak i oddał mi go na górze. No, ale bez jaj, jestem zbyt młody, żeby korzystać z takich usług. Z drugiej strony Ci ludzie nawet bez plecaków byli wolniejsi, niż my z plecakami. Przy czym szliśmy naprawdę normalnym tempem z przerwami na robienie zdjęć i odpoczynek. Kluczem do lżejszego trekkingu są ciuchy nowej generacji. Lekkie i z dobrymi właściwościami, które w plecaku nie zajmują zbyt dużo miejsca. Nie warto brać ze sobą dużej ilości słodyczy/przekąsek. My się nie dostosowaliśmy i nosiliśmy dodatkowy ciężar. Na szlaku ceny są oczywiście większe, dlatego parę sztuk batoników zakupionych wcześniej na pewno się przyda.

4. Noclegi – najczęściej panująca zasada: jesz u nas, śpisz za darmo. Czasami właściciele sami z siebie proponują zniżkę, zwłaszcza gdy widzą, że nie jesteśmy do końca przekonani, żeby zostać w ich guest housie. Za nim zdecydujesz się na pozostanie w jakimś miejscu, to sprawdź czy faktycznie do dyspozycji jest gorąca woda – często mówione jest to na wyrost, a ciepła woda okazuje się w najlepszym przypadku letnią. Niektórzy też doliczają dodatkową opłatę za ciepłą wodę, a na wyższych wysokościach za pobór prądu. Najlepiej na samym początku ustalić za co konkretnie płacimy, żeby uniknąć niespodzianek.

Ekwipunek:

1. Plecak – 50l.
2. Śpiwór – najzwyklejszy w świecie (bez specjalnych właściwości). Oferowane koce w każdej noclegowni mogą okazać się niewystarczające. Poza tym ich stan i świeżość pozostawia wiele do życzenia.
3. Lekka kurtka – w moim przypadku polarowa z właściwościami przeciwdeszczowymi.
4. Płaszcz przeciwdeszczowy – przydał nam się tylko jednego dnia i swoją rolę spełnił rewelacyjnie.
5. Spodnie:
a) trekkingowe – bez specjalnych właściwości, przewiewne,
b) dresowe – do chodzenia po guest housie.
6. Koszulka i getry termiczne (polarowe) – nieocenione podczas zimnych nocy.
7. Skarpety trekkingowe – 3 pary (praktycznie codziennie mogliśmy prać swoje rzeczy); zwykłe skarpetki bawełniane – 2 pary.
8. Bandama, czapka zimowa (polarowa), opaska (polarowa), rękawiczki.
9. Buty:
a) trekkingowe – używane praktycznie przez cały czas,
b) lekkie adidasy – używane przez pierwsze dwa dni trekkingu,
c) japonki – do kąpieli.
10. T-shirty – 4 koszulki.
11. Krótkie spodenki – 2 pary. Do wysokości 3800 m n.p.m. chodziłem w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawem.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *