Szukając cienia. Formentera.

Opublikowano Baleary Formentera Hiszpania Ibiza

Ostatni dzień naszej krótkiej podróży na Ibizę, przeznaczyliśmy na odwiedzenie Formentery – sąsiedniej wyspy, do której można dostać się promami kursującymi z Ibizy. Do wyboru mieliśmy kilku przewoźników. Biorąc pod uwagę czas przeprawy zdecydowaliśmy się na najtańszego, czyli Aqua Bus. Różnica pomiędzy promem naszej firmy, a pozostałymi była ogromna. Konkurencja ma ogromne promy, lepszy ich standard, krótszy czas przeprawy – 30 min. Ma też wyższe ceny od 40 euro w dwie strony. W Aqua Bus bilety kosztowały nas po 18 euro (19 euro w dwie strony to cena standardowa przy wycieczce jednodniowej). Kupując bilety przez internet dostaliśmy 5% zniżki na każdy, czyli zapłaciliśmy około 1 euro mniej, niż gdybyśmy bilety nabyli w kasie. Niby zniżka śmieszna, ale jak to zniżka zawsze cieszy. W porcie musieliśmy się stawić na 30 minut przed wypłynięciem. Vouchery wydrukowane w hotelu zamieniliśmy na „karty pokładowe” w kasie i byliśmy gotowi do drogi. Przy okazji dodam, że przy porcie jest ogromy parking, na którym koszt postoju wynosi 0,02 euro za minutę i maksymalnie 22 euro za dzień. Radzę nie szukać lepszej opcji, bo już przed sezonem byłaby to raczej niemożliwa do realizacji misja (a co dopiero w sezonie).  Nasz rejs cieszył się sporym zainteresowaniem. Wypłynęliśmy parę minut po 11, a do portu w La Savine dotarliśmy przed 12. Podczas przeprawy można było korzystać z ogólnodostępnej sieci Wifi.

Pogoda tego dnia była rewelacyjna. Pokręciliśmy się trochę po porcie i jego okolicach, a następnie ruszyliśmy na dwie plaże, które były naszym celem. Oczywiście chodzi o plaże nr 1 i 2 na wyspie, czyli Ses Illetes oraz Levante. Naprawdę szczerze polecam wypożyczenie roweru w porcie (dzienne wypożyczenie roweru w kwietniu kosztowało 6 euro). Znajduje się tam kilka wypożyczalni, więc dla nikogo ich nie zabraknie. Droga do obu plaż jest idealna i leży w otoczeniu bajecznych widoków. My niestety nie wiedzieliśmy czy dojazd do plaż będzie możliwy i czy na miejscu będziemy mogli gdzieś zostawić nasze jednoślady, dlatego zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę. Na pewno przy wyborze rowerów, a dla bardziej leniwych skuterów, można zaoszczędzić sporo czasu. Zresztą z drugiej strony jazda na rowerze to zawsze przyjemność i nie ma co sobie jej odmawiać.

Nasza piesza wędrówka do Ses Illetes trwała ok. 1h. Oczywiście utrudniliśmy sobie sytuację i poszliśmy trochę dłuższą drogą. Jeśli nie interesuje Was wizyta w miasteczku, to jeszcze w porcie, tuż przed jego opuszczeniem, należy skręcić w lewo i iść wzdłuż zacumowanych łodzi, stateczków itp. Po chwili powinniście wejść na właściwą drogę, po której mogą poruszać się piesi oraz rowerzyści. Dalej to już pestka, bo idzie się tylko przed siebie i co chwilę wzdycha, i w myślach powtarza – jak tu pięknie.

Nie będę opisywał plaż, bo wszystko zobaczycie na zdjęciach. Dodam tylko, że nam leżało się na nich bardzo wygodnie. Warto zaznaczyć, że im bliżej do końca półwyspu, tym więcej golasów. Zwłaszcza na plaży Levante. Moja dobra rada jest taka, nie idźcie tam bez parasola, gdy temperatura jest wysoka lub gdy jest to Wasze pierwsze opalanie w sezonie. Podczas naszej wycieczki temperatura wynosiła jakieś 24 stopnie, a spędzenie 3h na opalaniu przyniosło wyraźną czerwień na skórze. Jeśli nie planujecie się spalić i chcecie spać spokojnie przez kolejne noce, to polecam zaopatrzyć się w krem z wysokim filtrem, parasol i nakrycie głowy. Tak naprawdę jedynym schronieniem przed intensywnymi promieniami słońca jest tam wizyta w restauracjach, których naliczyłem w sumie 5. W kwietniu działała tylko jedna. Zaopatrzcie się też w dużą ilość wody, najlepiej w sklepach przy porcie (w położeniu krótkiego spaceru od portu jest większy market), ponieważ przy plażach nie ma gdzie zrobić zakupów. Chyba, że lubicie płacić za wodę jak za złoto w restauracjach. To chyba tyle, resztę zobaczycie na zdjęciach.

O godzinie 18 nasza łajba wypłynęła w drogę powrotną. Po powrocie standardowo udaliśmy się na kolację, po której przyszedł czas na pakowanie plecaków i krótką drzemkę przed lotem do Eindhoven. Ze spania mało co wyszło, bo przez większą część nocy zastanawialiśmy się dlaczego tak piecze. Z drugiej strony piekło mnie szczęście, że w końcu mogłem ponownie oderwać się od szarej rzeczywistości, odwiedzić kolejny kraj, który okazał się całkiem przyjemny w odbiorze oraz dostarczył mi sporo radości na kolejne miesiące. W takich warunkach bez smutku mogę patrzeć w kierunku września i naszych kolejnych kanaryjskich przygód.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *