Gruzja

Opublikowano Azja Gruzja

Podróż do Gruzji stała do ostatnich dni pod wielkim znakiem zapytania. Ze względu na zbyt duży natłok spraw prywatnych, nie byliśmy pewni, czy uda nam się je wszystkie rozwiązać podczas naszych wakacji w Polsce. Postanowiliśmy pójść na kompromis i ostatecznie zdecydowaliśmy się lecieć do Gruzji, lecz kosztem skrócenia pobytu z jedenastu do pięciu dni. Nawet tak krótki pobyt miał sens, ponieważ kraj jest niesamowity.

Jedynym tanim przewoźnikiem, który lata z Polski do Gruzji jest Wizzair. Loty do miasteczka Kutaisi odbywają się z czterech polskich miast: Gdańska, Katowic, Wrocławia i Warszawy. Przekłada się to na duży napływ polskich turystów do Gruzji. My nasz lot odbyliśmy ze stolicy Dolnego Śląska – Wrocławia i trwał on trzy godziny.

Lotnisko w Kutaisi jest małe, dlatego znalezienie stoiska przewoźnika Georgian Bus nie sprawiło nam problemów. Odjazdy odbywają się tuż spod drzwi lotniska. Przejazd do Tbilisi trwa około czterech godzin i jest uzależniony od zakorkowania ulic w stolicy. Niestety mają one miejsce każdego dnia. Podczas podróży autobus zatrzymuje się na stacji benzynowej, gdzie podróżni otrzymują 15-20 minut na zrobienie zakupów lub skorzystanie z toalety. Przy zakupie biletu w dwie strony otrzymaliśmy zniżkę 10% (dotyczy biletów kupionych przez internet). 

W centrum miasta, niedaleko głównego placu, znaleźliśmy za pośrednictwem portalu Airbnb mieszkanie u Mai. Idealna lokalizacja oraz cena za wynajęcie mieszkania (80 euro za 4 noce), sprawiły że nie zastanawialiśmy się zbyt długo nad jego rezerwacją.

Plan na Gruzję był prosty. Mieliśmy przylecieć do Kutaisi, a następnie busem (Georgian Bus) dostać się do stolicy Tbilisi. Tym razem nie planowaliśmy wynajmować auta, a transport publiczny to trudny temat w Gruzji. Poznawanie kraju wyłącznie marszrutkami zajęłoby nam sporo czasu, którego mieliśmy stosunkowo niewiele. Jedynym sensowym wyjściem było wykupienie wycieczek zorganizowanych w lokalnym biurze turystycznym, których w Tbilisi jest naprawdę sporo. Będąc jeszcze w Polsce przeszukałem internet w znalezieniu najlepszej oferty. Całkiem przypadkiem trafiłem na stronę www.thespiritofgeorgia.com, gdzie oferty były również w języku polskim. Ostatecznie to właśnie z ich usług skorzystaliśmy. 

Dzień 1

Po przyjeździe do Tbilisi była godzina 15. Wysiedliśmy na Placu Wolności, czyli w ścisłym centrum miasta. Parę kroków dalej od końcowego przystanku Georgian Bus znajduje się siedziba The Spirit of Georgia. Tam skierowaliśmy pierwsze kroki. Akurat w biurze był nasz rodak, który przedstawił nam program wycieczek na kolejne dni. Kupując odrazu trzy wycieczki otrzymaliśmy zniżkę 5% na drugą wycieczkę i 10% na trzecią. 

Prosto z biura udaliśmy się do mieszkania. Mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem właściwego adresu. Tym razem byliśmy pozbawieni dostępu do internetu, co dodatkowo utrudniało sprawę. Na szczęście znaleźliśmy bramę, która przypominała tę ze zdjęć umieszczonych w internecie i w końcu trafiliśmy do mieszkania. Przebraliśmy się w letnią odzież i ruszyliśmy na miasto trochę pozwiedzać. 

Nad mieszkaniem Mai stoi olbrzymi, 20-sto metrowy posąg przedstawiający Matkę Gruzja. W niedalekiej odległości znajduje się starożytna twierdza Narikala, która wznosi się nad stolicą Tbilisi. Wybraliśmy się tam na spacer, dzięki temu uzyskaliśmy wspaniały widok na panoramę miasta. Po zrobieniu pierwszych zdjęć przeszliśmy urokliwymi uliczkami w okolice kolejki liniowej, która przetransportowała nas do parku miejskiego. W tym wypadku słowo „park” to duże nadużycie, ponieważ oprócz paru drzew i niewielkich zielonych przestrzeni nic tam nie zaobserwowaliśmy. Ciekawość budzą natomiast dwie futurystyczne budowle – Most Pokoju oraz budynek teatru. Ten pierwszy jest prześmiewczo nazywany przez część Gruzinów „podpaską”, drugi do tej pory stoi bezużyteczny. 

Przed pójściem na kolację zaszliśmy jeszcze do świątyni Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego – Metechi, przed którą stoi pomnik króla gruzińskiego i założyciela Tbilisi Wachtanga Gorgasali. Ilość świątyń, kościołów, tak samo jak pomników (zwłaszcza poetów) jest olbrzymia. Największą z nich jest położony na wzgórzu Eliasza Sobór Trójcy Świętej. Wysokość budowli wynosi aż 68 m. 

Stolica Gruzji to miasto kontrastów. Nowoczesne budynki wplatane są w otoczenie starodawnych budowli. Na ulicy panuje ogólny chaos, przez całą dobę jest mocno natężony ruch, a przejście nawet po pasach nie do końca wiąże się z pewnym bezpieczeństwem. Gruzini bez wątpienia mają swój specyficzny styl życia, do którego trzeba po prostu przywyknąć. Na pewno lubią jeść, a ich kolacje to wielkie uczty. Pierwszego dnia i my daliśmy ponieść się kulinarnej fantazji. Zamówiliśmy dużo za dużo, ale kto oparłby się prawdziwemu chaczapuri czy chinkali.

Dzień 2

Mccheta, Dżwari, Gori, Uplicyche, to właśnie te miejsca odwiedziliśmy podczas pierwszej wycieczki z biurem turystycznym The Spirit of Georgia. Zgodnie z planem wycieczki wyjazd odbył się spod siedziby firmy o godzinie 10. Nasza grupa liczyła 13 osób, a przewodził jej Giorgi. Po wejściu do luksusowego busa przewodnik przedstawił przebieg całej wycieczki. Podczas jazdy przez Tbilisi opowiedział też o najważniejszych budowlach i historii miasta.

Pierwszym punktem okazał się Monastyr Dżwari, górujący nad miastem Mccheta. Kościół powstał w latach 586-605 i wiąże się z postacią św. Nino, która według tradycyjny źródeł zatrzymała się na wzniesieniu, na którym obecnie stoi budowla i postawiła na nim krzyż. Reszta świątyń w Gruzji jest wzorowana na Monastyrze Dżwari, który przyciąga rzeszę pielgrzymów i jest miejscem, gdzie odbywają się większe uroczystości. Ze wzgórza rozprzestrzeniają się niesamowite widoki na miasto i rzekę. 

Zaraz po zwiedzaniu monastyru pojechaliśmy do starożytnego skalnego miasta, które jest określane jak jedna z najstarszych osad miejskich w Gruzji. Wraz z rozwojem chrześcijaństwa miasto zaczęło tracić znaczenie, a jego los ostatecznie przypieczętował najazd Mongołów w XIV w. Po krótkim przemówieniu przewodnika, otrzymaliśmy wolny czas, żeby osobiście pozwiedzać dostępne jaskinie i groty. Na szczycie skał wznosi się chrześcijańska bazylika, którą oczywiście musieliśmy odwiedzić. W drodze powrotnej dodatkowych wrażeń dostarcza tunel w skałach, który prowadzi bezpośrednio do wyjścia. Na plus zapisać można również otoczenie w jakim położone jest skalne miasto.

Kontynuując wycieczkę przejechaliśmy do pobliskiego miasta Gori, w którym urodził się Józef Stalin. W mieście postawiono muzeum ku jego czci. W trzech głównych pomieszczeniach budynku znajdują się zdjęcia, które stanowią przekrój całego życia Stalina. Zbrodniarz, który przyczynił się do śmierci wielu milionów osób, jest przedstawiony jako dobry ojciec, dziadek i bohater narodu. Próżno szukać w tym miejscu choćby małego akcentu, który byłby skazą na wizerunku Towarzysza Stalina. 

Po godzinnym pobycie w muzeum udaliśmy się do restauracji w Gori. Podczas oczekiwania na jedzenie byliśmy świadkami pokazu tradycyjnego gruzińskiego tańca. 

Niestety, czas przeznaczony na obiad uległ prawie dwukrotnemu zwiększeniu, z powodu dużej ilości klientów. Tym samym przyjazd do Mcchety, ostatniego punktu wycieczki, odbył się z opóźnieniem. Restauracja, do której zaprowadził nas przewodnik, okazała się droga, a dania w niej serwowane były najsłabszymi, które zjedliśmy podczas pobytu w Gruzji. 

Mccheta stanowi ważne miejsce w historii Gruzji. To właśnie na jej ziemi Gruzini przyjęli chrzest, odbywały się koronacje i pochówki królów. Zabytki miasta, z największym – katedrą Sweti Cchoweli, wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po spacerze, który odbyliśmy wąskimi uliczkami miasta, pełnymi kolorowych straganów, wróciliśmy do busa, a następnie do Tbilisi. W stolicy byliśmy około 20 i po zjedzeniu kolacji w lokalnej restauracji Samikitno zakończyliśmy pełen ciekawych widoków dzień. 

Dzień 3

Trzeci dzień rozpoczął się dla nas wcześnie, bo już o 7:45. Tym razem czekała nas długa podróż do skalnego miasta Vardzia. Wcześniej jednak mieliśmy odwiedzić bliżej położony zamek Rabati. 

Wycieczka rozpoczęła się o 9:00. Nasza grupa okazała się mniej liczna, niż dnia poprzedniego. Była nas szóstka, więc dużego busa zamieniliśmy na siedmioosobowy samochód. Naszym przewodnikiem został Maurice, który podczas jazdy zaskoczył nas między innymi znajomością języka niderlandzkiego. Ciekawostką jest, że nasze auto posiadało kierownicę z prawej strony, choć w Gruzji panuje ruch lewostronny. Gruzini kupują importowane auta z kierownicą z prawej strony, ponieważ są one zdecydowanie tańsze, niż te posiadające kierownicę z lewej strony. Taki przypadków jest wiele, a skoro prawo tego nie zabrania, to według Gruzinów nie ma sensu przepłacać.

Do zamku Rabati, położonego ponad 200 kilometrów od Tbilisi, dojechaliśmy w ponad trzy godziny. Pierwsza część trasy biegła przez autostradę, natomiast druga drogami krajowymi, które nie zawsze są w dobrej kondycji. Duża ilość zakrętów spowodowała, że prędkość naszego auta znacząco się zmniejszyła. Przez cały przejazd nasz przewodnik opowiadał nam o wielu ciekawych miejscach i tradycjach w kraju, przez co nawet nie zauważyliśmy, kiedy dotarliśmy do zamku.

Po wysłuchaniu przewodnika, który przekazał nam kilka informacji o miejscu, w którym się znaleźliśmy, ruszyliśmy na ponad godzinne zwiedzanie twierdzy liczącej 900 lat. Pierwsza brama, którą minęliśmy zaprowadziła nas na dziedziniec, gdzie znaleźliśmy restaurację, hotel i sklepik z pamiątkami. W jednym z budynków jest również kasa, gdzie kupiliśmy bilety do drugiej części zabytku. Bilet kosztował nas 7 lari za osobę. Zanim jednak przeszliśmy do płatnej części zamku, udaliśmy się na basztę, z której mieliśmy piękny widok na okolicę i cały kompleks.

Płatna część zamku to całkowity misz masz. Spacerując wszelkimi dostępnymi trasami dopatrzyliśmy się wielu akcentów osmańskich, ormiańskich, czy gruzińskich. Na głównym placu stoi między innymi meczet, nieco dalej można znaleźć stare łaźnie, czy szkółki przykościelne, w których nauczano języka arabskiego i Koranu. Całe miejsce jest odrestaurowane dzięki dotacji rządu, który przeznaczył 34 miliony lari na ten cel. Na zwiedzanie zamku dostaliśmy godzinę. Planując wyjazd na własna rękę, przeznaczcie sobie więcej czasu na poznanie tego miejsca, ponieważ ilość miejsc do obejrzenia jest spora. Mnie osobiście zamek Rabati zachwycił.

Jadąc do głównego punktu dzisiejszego dnia Vardzi, zatrzymaliśmy się przy ruinach innego zamku, który znajdował się po drodze. Zrobiliśmy parę szybkich zdjęć i ruszyliśmy dalej.

Do skalnego miasta prowadzi niesamowita droga w otoczeniu gór. Jadąc po wąskiej ulicy, po prawej stronie widzimy jedynie ogromną przepaść. Już na 100 metrów od parkingu ukazują nam się odległe jaskinie wykute w skale. Robi się naprawdę ciekawie. 

Vardzia leży w dolinie rzeki Kura. W przeszłości cały kompleks liczył ponad 3000 jaskiń na 13 kondygnacjach. Obecnie dostępnych dla turystów jest około 250 jaskiń i tuneli. Znaczna część pomieszczeń została zniszczona przez trzęsieni ziemi, które miało miejsce w XIII w. Z parkingu do skalnego miasteczka wiedzie stroma droga. Najpierw należy zakupić bilety wstępu, które kosztowały nas 6 lari za osobę. Razem z przewodnikiem wspięliśmy się do głównych jaskiń, które można eksplorować. Tunele, którymi można się między nimi przemieszczać bywają bardzo niskie i wąskie. Podczas wędrówki na pewno przydadzą się solidne buty, zwłaszcza podczas korzystania ze schodów, które są bardzo strome. Cały kompleks przeszliśmy w godzinę, odwiedzając większość dostępnych miejsc. Miasteczko skalne wywarło na mnie ogromne wrażenie, jest tajemnicze, pełne historii, unikatowych jaskiń, fresków. Okazało się też być zupełnie innym miasteczkiem, niż Uplisciche, moim zdaniem ciekawszym.

Po zwiedzaniu Vardzi, zjedliśmy obiad w restauracji przy parkingu. Jedzenie było pyszne i kosztowało grosze. 

Skalne miasteczko nie było ostatnim punktem programu. Czekało nas jeszcze odwiedzenie parku miejskiego w Borjomi. Kiedy dojechaliśmy na miejscu było już ciemno. Park w nocy jest jednak mocno oświetlony. Na jego terenie znajduje się wodospad, wesołe miasteczko, plac zabaw i wiele innych atrakcji.

Wycieczka zakończyła się późnym wieczorem, bo około 22. Podekscytowani czekaliśmy na kolejny dzień, który mieliśmy spędzić w Stepansminda.

Dzień 4

Na ostatnią wycieczkę z biurem turystycznym The Spirit of Georgia czekaliśmy najbardziej. Kończąc krótką przygodę z Gruzją, mieliśmy zobaczyć jeszcze jedną z jej wizytówek – Kazbegi wraz z niesamowicie położonym kościołem.  

Tym razem trafiła się nam najliczniejsza grupa. Łącznie było nas aż 18 osób, więc ponownie zostaliśmy zapakowani do busa. Podróż zaczęła się o 9:30, oczywiście spod siedziby biura. Tuż po wyjechaniu z miasta zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Kierowca zatankował busa, a my mieliśmy parę minut na zakupy jedzeniowe.

Do Stepansminda czekała nas około 2,5 godzinna droga. Po drodze mieliśmy jednak kilka przystanków, które spowodowały, że dojazd do Kazbegi się wydłużył. 

Pierwszą punktem programu, który odhaczyliśmy było jezioro Zhinvali. Turkusowa woda, góry w tle i dron mógł się podnieść po raz pierwszy tego dnia. 

Parę kilometrów dalej zatrzymaliśmy się nad rzeką Aragwi, gdzie stoi twierdza Ananuri odpowiedzialna za schronienie ludzi podczas przeszłych bitew wojennych. W centrum twierdzy otoczonej wysokim murem znajdują się dwa kościoły. Jednym z nich jest bazylika Sioni. Zajrzeliśmy do środka, gdzie zobaczyliśmy liczne freski, obrazy i ołtarz. Resztę wolnego czasu spędziliśmy latając dronem w pobliżu twierdzy, ponieważ widoki były naprawdę ujmujące. 

W dalszej części wycieczki rozpoczął się przejazd najlepszą częścią Gruzińskiej Drogi Wojennej. Jest to jedyna droga, która łączy Gruzję z Rosją. Pomimo jej trudności i zawiłości minęliśmy na niej wiele samochodów. Wzmożony ruch na drodze nie ograniczył jednak naszego kierowcy przed wykonywaniem abstrakcyjnych manewrów, do których na polskich drogach nie jesteśmy przyzwyczajeni. W tym samym czasie, gdy kierowca walczył o pierwsze miejsce w wyścigu do Kazbegi, za oknem zrobiły się widoki nie do opisania. Chciałoby się zatrzymać pojazd na środku drogi i wykonać setki zdjęć. Taka okazja nadarzyła się dopiero po dojechaniu do miasteczka Gudauri, które jest znanym gruzińskim kurortem narciarskim. Dla wszystkich głodnych adrenaliny przygotowano możliwość lotu paralotnią za dodatkową opłatą 250 GEL. Na platformie widokowej, z której widok po prostu odbierał mowę, stoi pomnik symbolizujący przyjaźń rosyjsko-gruzińską. Po 40 minutach wolnego czasu, przejechaliśmy ostatni odcinek do Stepansminda. 

Kościół św. Trójcy położony na wysokości 2170 m n.p.m. był główną atrakcją dnia. Podczas wojen pełnił funkcję ochronną dla zabytków kraju. Do Cminda Sameba można wybrać się pieszo, specjalnie wytyczoną ścieżką trekkingową lub podjechać samochodem terenowym (przejazd w dwie strony 20 GEL). Ze względu na to, że braliśmy udział w wycieczce zorganizowanej, musieliśmy skorzystać z tej drugiej opcji. Tego dnia mieliśmy wielkie szczęście, ponieważ pogoda znacząco się poprawiła. Zza chmur wyłoniła się góra Kazbek, której wysokość wynosi 5033 m n.p.m. Kościół usytuowany na jej tle dostał dodatkowych walorów.

Droga powrotna zajęła nam trochę ponad 3 godziny, ze względu na gęstą mgłę, która ograniczała pole widzenia do jednego metra. W Tbilisi zameldowaliśmy się po 20. Wiedząc, że długo nie przyjdzie nam kosztować gruzińskich przysmaków, po raz ostatni wybraliśmy się do restauracji Samikitno na porządną ucztę. Wróciliśmy do domu i po spakowaniu plecaków odbyliśmy krótką drzemkę. Autobus Georgian Bus, który zawiózł nas bezpośrednio na lotnisko, wyjechał z Tbilisi o 5 rano. 

Nie żałuję, że zdecydowaliśmy się wyjechać do Gruzji jedynie na cztery dni. Przez ten czas zrozumiałem, że ma ona nam do zaoferowania zdecydowanie więcej, niż się spodziewaliśmy. Z pewnością będziemy dążyć do tego, żeby tutaj wrócić i zwiedzić miejsca, które mogliśmy obserwować tym razem tylko zza szyb samochodów. 

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *