Viva la revolución!

Opublikowano Dominikana

Dzień 1

Najlepszym sposobem na jesienną depresję jest świadoma ucieczka przed nią. Moja ucieczka była planowana od dawna, a bodźcem dla niej było (pewnie większość się już domyśla) pojawienie się tanich biletów lotniczych. Listopadową depresję postanowiłem pozostawić daleko za sobą i w tym celu wybrałem się na odległą wyspę – Dominikanę. Była to zarazem moja najdalsza podróż jaką zorganizowałem na własną rękę do tej pory.

Poza mną na ucieczkę zdecydowała się oczywiście Pandzia, która dowiedziała się, że na Dominikanie istnieją nieodkryte przez jej kubki smakowe pokłady jedzenia; brat Piotrek, który do momentu dotarcia na miejsce nie wiedział, gdzie i po co leci; Norbert, który planował wejść na rynek dominikański ze swoją cytrynówką i śmiało konkurować z tamtejszym rumem; Monika, o której jeszcze nic nie wiedziałem.

Pierwszym etapem naszej ucieczki było przedostanie się na lotnisko w „Warszawie”. O godz. 16.10 wylecieliśmy z najlepszego lotniska w Polsce, czyli Wrocławia. Niespełna 30 min. później byliśmy już na wsi, czyli w Modlinie pod Warszawą. Było to moje pierwsze spotkanie z tym lotniskiem i okazało się ono trochę lepsze, niż to w Krakowie (stan na 2014). Znaczy to mniej więcej tyle, że im mniej czasu spędzicie na tym lotnisku, tym lepiej dla Waszego samopoczucia. Konkurent to dla europejskich lotnisk żaden. Plus za darmowy internet, który pozwolił mi ściągnąć na nawigację brakującą mapę Hiszpanii.

Powodzenie pierwszego etapu ucieczki umożliwiło nam podjęcie kolejnego kroku, tym razem znacznie dłuższego. Gdzieś na horyzoncie czekała na nas Barcelona, do której wylecieliśmy z Modlina o 19:50. Katalonia przyjęła nas na swojej ziemi przed 23 i była na tyle gościnna, że pozwoliła pozostać do samego rana. Po opuszczeniu lotniska podzieliliśmy się na dwie grupy, które postawiły na swoje priorytety.

Dzień 2

Loty, które odbyliśmy poprzedniego dnia stanowiły tylko ułamek całkowitej drogi, którą mieliśmy pokonać udając się na Dominikanę. Drugiego dnia ponownie czekała na nas odprawa i nadanie bagaży. Przygoda rozpoczęła się o 9:15 na lotnisku El Prat w Barcelonie. Niestety, zmuszeni byliśmy po raz kolejny przesiadać się, tym razem w Madrycie, z którego odlecieć mieliśmy do Santo Domingo.

Loty międzykontynentalne Iberii z madryckiego lotniska odbywają się w terminalu nr 4. Mieliśmy tylko godzinę czasu na wyjście z pierwszego samolotu, odnalezienie podziemnej kolejki, która nas tam dowiezie, odprawę paszportów i znalezienie odpowiedniej bramy. Zdążyliśmy zrobić to wszystko na czas, ale napis „last call” przy naszym locie na tablicy odlotów spowodował przyśpieszenie bicia serca. Jak się okazało transferowiczów było wielu, a w efekcie końcowym i tak musieliśmy na wszystkich czekać. Wiązało się to z opóźnieniem naszego startu o 20 min.

Teraz trochę o samolocie i locie w tym samolocie. Tak długi lot wiązał się z przesiadką do potężniejszej maszyny. Hiszpańska narodowa linia lotnicza Iberia podstawiła na ten lot nowego Airbusa A330-500. Układ siedzeń wyglądał następująco: 2-4-2. Samolot posiadał zarówno klasę ekonomiczną, jak i biznesową. Na oparciu siedzeń były zamontowane monitory, na których podczas lotu można było śledzić położenie samolotu, długość dystansu do celu, czas lotu itp. Był w nich też zainstalowany system rozrywki pokładowej (filmy, gry, muzyka). Wszystko to w celu zabicia nudy na pokładzie. Dla wygody przygotowano poduszki, a dla zmarzluchów koce. Po tym jak godzinę byliśmy już w powietrzu, personel zaczął rozdawać lunch (takie udogodnienia były już w cenie biletu). Do wyboru była pasta z pomidorami w sosie serowym oraz kulki z mięsa mielonego. Oprócz tego w skład zestawu obiadowego wchodziła sałatka z tuńczyka, bułka, masło, szeroka gama napojów do wyboru, kawałek ciasta. Serwowano również kawę i herbatę. Do końca lotu, który trwał 8:30 h (4300 mil) można było korzystać z darmowych napoi i przekąsek bez ograniczeń. Do Santo Domingo dolecieliśmy z opóźnieniem, którego nie udało się zmniejszyć podczas lotu. Warunki pogodowe przez cały czas nam sprzyjały, a turbulencje omijały. Ostatecznie na Dominikanie wylądowaliśmy o 16. Po przylocie pozostało nam tylko udać się do wypożyczalni, odebrać samochód i poczuć trochę tej egzotyki.

Niestety, ale „tylko” bardzo szybko zmieniło się w „aż”, a samo zderzenie z nową rzeczywistością okazało się dla nas bardzo okrutne. Nadszedł czas na opowieść o kilku godzinach, które uświadomiły nam jakie różnice istnieją pomiędzy kontynentalnymi światami. Zacznę jednak od niefortunnych zdarzeń, których końca nie było.

Po wyjściu z samolotu zmuszeni byliśmy wykupić wizę turystyczną, która umożliwiła nam legalne podróżowanie po kraju. Opłata za wizę wyniosła nas 10$ za osobę. Ogólnie cały proces otrzymania wizy do paszportu trwał ok. 10 min. i nie przysporzył nam kłopotów. Zaczęły się one dopiero przy odbiorze bagażu. Odebrana walizka Piotrka i plecak Marty nie zapowiadały nieszczęśliwych zdarzeń, które miały nastąpić. Monika, Norbert i ja czekaliśmy przy taśmie na nasze plecaki, gdy w pewnym momencie usłyszeliśmy od pracownika, że wszystkie bagaże zostały już wydane. Zostaliśmy skierowani do przedstawicieli Iberii w celu uzyskania informacji, co stało się z naszymi plecakami. W podobnej sytuacji znalazło się jeszcze kilkanaście osób. Okazało się, że pracownicy lotniska w Madrycie nie nadali naszych bagaży i zostały one w stolicy Hiszpanii. Zaczęła się piękna przygoda. Zostaliśmy z pustymi rękami, z cieplejszymi ciuchami na sobie i 30 stopniami na dworze. Pracownicy Iberii obiecali nam dostarczyć zagubiony bagaż do hotelu, oddalonego 200km od lotniska. Miało to trwać 2 dni. Po załatwieniu wszelkich formalności udaliśmy się do wypożyczalni. Tutaj czekał na nas kolejny problem. Mianowicie, okazało się, że Sixt chce nam pobrać depozyt w wysokości 1450$! Nasza karta kredytowa nie była na to przygotowana. Na dodatek karty, które mogłyby pokryć taki depozyt zostały zablokowane przez banki. Teraz już wiem, że o wyjazdach w tak odległe zakątki świata trzeba informować także banki. W innym wypadku dla naszego „bezpieczeństwa” bank zablokuje nam możliwość wypłaty pieniędzy z bankomatu, czy możliwość płatności w sklepach, barach i wypożyczalniach za pomocą karty. Nastąpiła burza mózgów, w którą zaangażowani byli również pracownicy innych wypożyczalni. Doszło nawet do sytuacji, że siedziałem za biurkiem w biurze wypożyczalni i robiłem przelewy. Kiedy Piotrek poszedł wypłacić gotówkę, okazało się, że nie może już do nas wrócić i zmuszony był czekać poza strefą przelotów. To samo spotkało Norberta, który doniósł mu paszport. Ostatecznie, wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie za 140$, które pozwoliło nam obniżyć kwotę depozytu do 900$. Na takie obciążenie nasza karta mogła już sobie pozwolić. Po 40 min. ciężkiej przeprawy udało się nam sfinalizować wynajem. Na dodatek otrzymaliśmy lepszy samochód. Nasza radość nie trwała jednak zbyt długo, bo podczas próby odpalenia auta, pracownik stwierdził, że auto nie pojedzie. Zmuszeni byliśmy wrócić do samochodu, które na pierwszy rzut oka wydawało się rozpaść na pierwszym zakręcie. Kiedy wyjechaliśmy z lotniska byliśmy spóźnieni ok. 2h względem planu. Jednak to co nas spotkało do tej pory, było tylko namiastką tego, co miało się dopiero wydarzyć.

Pierwsza stacja paliw była niedaleko lotniska, więc problem pustego baku rozwiązaliśmy szybko. Tankowanie do pełna kosztowało nas 2500 peso. Pieniądze płaci się pracownikowi stacji, który tankuje nam auto. W środku stacji zakupiliśmy napoje (cena produktu była uzależniona od woli sprzedającego) i ruszyliśmy w drogę. Po chwili znaleźliśmy się na „autostradzie”. Prędkość poruszania się po drodze wynosiła 80 km/h według przepisów i znaków. Co jakiś czas czekała nas płatność na bramkach. W sumie za cały przejazd z lotniska do Las Terrenas można zapłacić albo 440 peso, albo 950 peso. W pewnym momencie istnieje możliwość wyboru drogi alternatywnej, która nie jest płatna. Jest to droga nr 7, która przechodzi w drogę nr 5. Na nasze nieszczęście my ją właśnie wybraliśmy, a tam czekała już na nas nauka na całe życie.

Gdy byliśmy już 10 km przed hotelem, na naszej drodze zauważyliśmy powalone drzewa. Wyglądało to na efekt silnego wiatru. Przeszkodę było jednak łatwo ominąć, więc ruszyliśmy dalej. Na 5 km przed hotelem wjechaliśmy do kolejnego miasteczka. Należy dodać, że całe życie Dominikańczyków toczy się wzdłuż drogi (liczni sprzedawcy, spotkania rodzinne, warsztaty). Właśnie tutaj trafiliśmy na kolejną przeszkodę. Wysypany kontener ze śmieciami, porozrzucane kamienie po drodze, a to wszystko polane benzyną i podpalone przez młodzieńca pełnego wigoru. Zdezorientowani i już wystraszeni, zdecydowaliśmy się przejechać szybko obok wielkiego ogniska, licząc, że to jednorazowy incydent. Jakimś cudem Pandzia ominęła ognisko i ruszyliśmy dalej. Niestety, na dwa kilometry przed hotelem, zauważyliśmy kolejną przeszkodę. W prawdzie jeszcze nie podpaloną, ale to się miało za chwilę zmienić. Nie mogliśmy jechać dalej, o czym informowali nas mieszkańcy po hiszpańsku, dlatego podjęliśmy ucieczkę i decyzję o opuszczeniu tej niebezpiecznej drogi. Jak się okazało nie było to takie łatwe, bo za nami były już tworzone kolejne przeszkody. Na jedną z nich wjechaliśmy (porozrzucane opony, rozbite butelki, gałęzie z liśćmi). Samochód nie odniósł na szczęście żadnych szkód, ale pojawił się inny problem – w tym też momencie zostaliśmy odcięci, bo z każdej strony na drodze były utrudnienia. Musieliśmy podjąć jakieś działanie, bo idea pozostania w obecnym miejscu nie była przekonywująca. Przeszkoda znajdująca się przed nami, nie była jeszcze podpalona, więc mogliśmy ją usunąć na tyle, żeby móc przejechać. Trzeba było się spieszyć, bo w oddali było słychać nadjeżdżające motory. To z kolei zwiastowało kolejne ognisko. Nie tracąc czasu wyskoczyliśmy na ulicę, odrzuciliśmy opony i wykopaliśmy szkło z jezdni. Pomógł nam w tym jakiś mężczyzna, który wracał z pracy. Po chwili ponownie byliśmy w samochodzie i jechaliśmy dalej. Nasz nowy plan opierał się na dojechaniu do większego miasteczka, które mijaliśmy i znalezieniu tam jakiegoś hotelu, gdzie przeczekamy noc. Na szczęście droga do tego miasta była już bez przeszkód, a w pierwszym napotkanym pensjonacie rodzinnym znalazło się dla nas miejsce za 400 peso pokój. Gospodyni domu była bardzo miła i uczynna. Mówiła też trochę po angielsku. Stres, który sięgał zenitu, zaczął powoli opadać. Można było uznać, że jesteśmy bezpieczni.

„Co to było?” – to pytanie towarzyszyło nam przez kolejne dwa dni, gdy próbowaliśmy zrozumieć jakich wydarzeń byliśmy świadkami. Nie było to łatwe, bo nikt nie mówił po angielsku. Nasz wywiad wśród lokalnej społeczności (sprzedawczynią w jednym z mini marketów była Amerykanka) przyniósł odpowiedź. Okazało się, że trafiliśmy na strajki w Las Terrenas, które odbywały się w nocy. Zaczęły się konkretnie w piątek o 21:30, czyli w momencie gdy dojeżdżaliśmy do hotelu. Ludzie strajkują, bo ceny życia przerastają możliwości zarobkowe tych ludzi. Nikt o nich nie dba i nie dofinansowuje. Wszystko robione jest tylko pod turystów. Trzeba przyznać, że mieszkańcy Las Terrenas potrafią strajkować. Warto dodać, że część mieszkańców odcina się od zamieszek w mieście. To właśnie Ci porządniejsi mieszkańcy (przy obowiązkowej pomocy policji) muszą naprawiać to, co zniszczą strajkujący. Poza nocnymi incydentami nie można było nic zarzucić mieszkającym tam ludziom, którzy okazali się bardzo pomocni i otwarci.

Dzień 3

Wyjazd z Sanchez zaplanowany był na 8 rano. Pobudka miała miejsce jednak godzinę wcześniej, bo źle przestawiliśmy zegarki. Tak czy inaczej, niewyspani, nienajedzeni, lecz nadal troszkę przestraszeni, chcieliśmy ponownie spróbować dojechać do Las Terrenas. Co najważniejsze, musieliśmy od Piotrka pożyczyć letnie ubrania, bo nasze dopiero miały rozpocząć lot z Madrytu. Po wyjściu z naszego hostelu pierwsze co rzuciło mi się na myśl to to, że Dominikana za dnia wygląda zdecydowanie przyjemniej niż nocą. Po włożeniu plecaków do bagażnika, zajęciu miejsc w aucie, okazało się, że auto nie chce odpalić. Kolejne próby nie przynosiły rezultatów. Czyżby kolejny dzień miał się zacząć od następnych problemów? Nic z tych rzeczy. Tym razem dopadło nas szczęście w nieszczęściu, bo nasze auto doznało urazu pod…warsztatem samochodowym. Dwóch miłych mechaników rzuciło okiem na problem i w 10 min. mieliśmy już auto na chodzie. W końcu wyjechaliśmy. Po głosowaniu podjęliśmy decyzję, że wracamy na znaną już nam trasę nr 5 do Las Terrenas. Było jednak jedno „ale”. Gdy spotkamy pierwszą, nawet najmniejszą przeszkodę, to od razu zmieniamy trasę. Jak się okazało nasza podróż nie trwała zbyt długo, bo zostaliśmy poinformowani przez osoby czekające na autobus, że droga jest nieprzejezdna. Pozostało nam tylko zawrócić i skorzystać z drogi nr 133, którą nasze nawigacje uważały za polną.

Po dojechaniu na miejsce ogarnęło nas kolejne zdziwienie, bo wspomniana droga to nowa autostrada prowadząca do Las Terrenas za przejazd której zapłaciliśmy 500 peso. Trasa 133 jest naprawdę przyjemna, pełna ładnych widoków. Kończy się przy rondzie, które poprzedniego dnia mieliśmy na wyciągnięcie ręki. W tym też miejscu zjechaliśmy na drogę nr 7, która miała nas doprowadzić do hotelu. Miała i doprowadziła, ale znów musieliśmy walczyć z przeszkodami. Tym razem przede wszystkim z rozbitymi butelkami na drodze. Tym samym wyjaśniła się zagadka, czy gdybyśmy wybrali poprzedniego dnia inną trasę to dojechalibyśmy do hotelu. Odpowiedź brzmiała – nie. Miejsce, w którym znajdowaliśmy się obecnie było jeszcze większym pobojowiskiem, niż droga nr 5. Ludzie jeszcze nie zdążyli uprzątnąć ulic, ale były one w miarę przejezdne. Po kolejnych 15 min. ujrzeliśmy napis na murze „Residencia El Balata” i byliśmy w domu.

Właścicielką okazała się miła kobieta, która przez cały pobyt we wszystkim nam pomagała. Niestety, ale mieliśmy małe problemy z komunikacją, bo Pani słabo mówiła po angielsku. Wszystko udało się jednak rozwiązać bez zastrzeżeń. W naszym imieniu skontaktowała się nawet z obsługą lotniska i poinformowała gdzie mają konkretnie przywieźć nasze zagubione bagaże.

Po rozpakowaniu się, czyli bardzo szybko, bo tylko Marta i Piotrek mieli z czego, poszliśmy na małe zakupy do pobliskiego sklepu. Po zakupie produktów na śniadanie wróciliśmy do hotelu, żeby w końcu napełnić brzuchy. Po otwarciu puszki z sardynkami, która stała na półce w upale szybko zrozumiałem, że tym razem mi się to nie uda. Nie chcieliśmy więcej tracić czasu, dlatego wybraliśmy się na plażę z myślą, że może coś tam znajdziemy do jedzenia. Dojście do plaży zajęło nam około 20 min. Droga prowadziła przez małą wieś, więc mogliśmy przypatrzeć się jak wygląda codzienne życie lokalnej społeczności. Podczas wędrówki dostrzec można było biedę. Ludzie choć z kiepskim statusem, to nie odmawiali sobie przyjemności. Mianowicie, w „salonie piękności” było pełno kobiet czekających na zmianę fryzury. Mężczyźni albo pracowali przy użyciu maczet, albo zajmowali się jazdą na motorach. Szczytem absurdu była postawiona w centrum wsi budka totalizatora – coś jak u nas lotto. Tylko jeden los dzielił tych mieszkańców od zmiany warunków życia. Był tak blisko, a zarazem niedościgniony.

Po dojściu na plażę w końcu ujrzeliśmy plażę z pocztówek. Na ten moment czekałem i było warto pomimo tylu komplikacji. Przed większym plażowaniem rozglądnęliśmy się po barach za jakimś jedzeniem. Nie uwierzycie, ale zostaliśmy wciągnięciu do problemu z elektrycznością. Nic nie mogliśmy zjeść, bo nic nie działało. Na szczęście w jednej restauracji właścicielka poinformowała nas, że za 2h będzie rozpalony grill, na którym będą się smażyć ryby. Postanowiliśmy więc rozbić się na leżakach w pobliżu i zaczekać. Pierwszy kontakt z wodą nie był bolesny. Okazało się, że jest ona bardzo ciepła. Chyba nigdy wcześniej nie kąpałem się w wodzie o tak wysokiej temperaturze (wyłączając domowy prysznic). Po tak przyjemnych doznaniach stres już prawie cały zniknął. Podczas plażowania dowiedzieliśmy się jak wyglądają tutejsze opady deszczu. W zasadzie na ukrycie się jest kilka sekund od pierwszych kropli na ciele. Później już nie ma potrzeby ucieczki, bo kolejne sekundy zmieniają człowieka w mokrą kurę. Także opady są intensywne, ale krótkie, po których ponownie wychodzi słońce.

Grill został rozpalony zgodnie z przekazanymi informacjami. Na miejsce przybył szef i po jego zobaczeniu zrozumiałem, dlaczego restauracja nazwa się „don Wąs”. Po chwili od jego przybycia do restauracji podjechały dwa motory, których kierowcy przywieźli zapas świeżo złowionych ryb. Wąsacz wziął co chciał i po mału zaczynała się uczta. My wybraliśmy dwie pokaźne ryby (dorady) na trzy osoby. Ich przyrządzenie trwało ok. 30 min. Najpierw natarł je olbrzymią ilością soli, a następnie położył na grill. Po takim zabiegu otrzymaliśmy dorady w chrupiącej panierce. Don Wąs rozprawił się za nas z ośćmi, więc pozostawało już tylko jeść. Do ryb dostaliśmy dodatkowo ryż oraz grillowane warzywa. W końcu mogłem powiedzieć, że jestem pełny.

Po śniadanio-obiedzie musieliśmy zrobić sobie sjestę, żeby wszystko przetrawić. Rozłożyliśmy się ponownie na leżakach i zbieraliśmy kolejne promienie słońca. Po godzinie 15 wróciliśmy do naszego apartamentu i po szybkim prysznicu pojechaliśmy do marketu Super Pola po spożywcze zakupy. Po wejściu do sklepu ogarnęło nas zdumienie, ponieważ zrobiło się mocno europejsko. Gdy za rogiem ludzie dogaszali podpalone opony, to w Super Poli pracownicy w garniturach i uniformach świadczyli swoje usługi. Przed rozpoczęciem zakupów podeszliśmy do stanowiska Orange i zakupiliśmy sim kartę oraz doładowanie. Nie było to jednak tak proste jak u nas. Procedury zakupu takiej zwykłej karty kosztowały nas 30 minut czasu. Zarówno paszport jak i numer seryjny telefonu były przez pracownika skrupulatnie sprawdzone. Później jeszcze kilka telefonów i mogliśmy podpisać umowę. Za kartę oraz doładowanie zapłaciliśmy 300 peso. Dalsze kroki skierowaliśmy między regały. Trzeba było w końcu kupić rum. Nie było z tym problemu, ponieważ na półkach z alkoholem zdecydowanie dominował . Ceny tego trunku wahały się od 280 peso do nawet 10 tysięcy. W sklepach z pamiątkami cena takiego rumu mnożyła się razy trzy. Oprócz alkoholu kupiliśmy także sporo soczystych owoców. Niestety, ale wędliny na Dominikanie to nie jest rarytas. Jeśli miałbym je porównywać z polskimi to na myśl przychodzi mi tylko mortadela. Znalazłem za to przepyszny kremowy serek, który mógłbym jeść bez końca. Po odejściu od kasy wróciliśmy do domu i zaczęliśmy raczyć się rumem.

Dzień 4

Czwarty dzień upływał pod znakiem oczekiwań na przyjazd naszych zagubionych bagaży. Wiedzieliśmy, że kurier nie pojawi się wcześniej niż przed 15, więc nie było sensu siedzieć w domu. Nie mogliśmy jednak odbyć zaplanowanej wycieczki do Parku Los Haities, bo miałaby ona trwać cały dzień, a bagaży nikt nie mógł za nas odebrać. Jedynym wyjściem było ponowne plażowanie w Las Terrenas. Tym razem udaliśmy się na plażę samochodem, żeby w przypadku wcześniejszego przyjazdu kuriera, móc szybko przetransportować się do hotelu.

Na plaży głównym celem było znalezienie palmy w pobliżu wody i zrobienie sobie na niej zdjęcia. W tym celu poszliśmy w innym kierunku niż poprzedniego dnia. Podczas spaceru zauważyliśmy mnóstwo liczebnych rodzin, które przyjechały odpocząć na plaży. Samochodem można było dojechać prawie wszędzie, a oni z tego korzystali. Wyciągali z auta stoły, krzesła i zaczynała się biesiada przy głośnej muzyce. My podpatrując ich imprezę wciąż podążaliśmy w kierunku palmy i w końcu ją znaleźliśmy. Rzeczywistość okazała się brutalna, bo na palmę wcale nie jest tak łatwo wejść. Po licznych próbach udało się nam pstryknąć kilka zdjęć. Zapomniałem dodać, że przez cały czas od wyjścia z auta towarzyszyły nam trzy psy. Na Dominikanie jest ich naprawdę sporo. Kręcą się wokół turystów licząc, że ktoś je nakarmi. Po walce z palmą przyszła pora na kąpiel. Fale były umiarkowane, więc można było popływać, jak i dać się im ponieść. Przyszedł też czas na pierwszą polską fortecę z piasku, która jednak nie doczekała się uroczystego otwarcia. Z Piotrkiem i Norbertem przenieśliśmy ponadto europejską grę w kule na dominikańskie warunki. Oczywiście kule zastąpiliśmy kokosami. Zwycięzcą naszej rozgrywki okazał się Norbert.

Po 3h plażowania odwieźliśmy Monikę i Norberta do domu, a sami w trójkę pojechaliśmy na kolejną plażę El Portillo. W zasadzie stała się ona naszą prywatną plażą, bo nikogo oprócz nas na niej nie było. Gdy się opalaliśmy grając przy tym w UNO, odezwał się nasz telefon i zostaliśmy poinformowani przez właścicielkę obiektu, że za 10 min. będzie kurier. Nie zwlekając zebraliśmy się i pojechaliśmy odebrać to co nasze.

Po pierwszych oględzinach plecak wydawała się w stanie nienaruszonym. Wyłączając oczywiście fakt, że był zabrudzony. Dopiero później przypomniało mi się, że w przedniej przegrodzie trzymałem przewodnik, który prawdopodobnie musiał wypaść podczas przenoszenia bagaży. Było mi go trochę szkoda, bo miałem w nim zapisanych dużo praktycznych informacji. Na dodatek posiadał dużą mapę Dominikany, która mogła się przydać podczas jeżdżenia. Najważniejsze było jednak to, że znów się mogę ubrać w swoje rzeczy, kąpać w moich kąpielówkach i swobodnie snoorkować z maską i rurką, których Iberii bym nie darował, gdyby mi je zniszczyli. Po rozpakowaniu trzeba było to uczcić kolejną butelką rumu.

Dzień 5

Piątego dnia przyszedł czas na zmianę lokalizacji. Z chaotycznego Las Terrenas, przenieśliśmy się do spokojnego Las Galeras, które słynie z najpiękniejszych plaż na Dominikanie. Po drodze mieliśmy w planach odwiedzić wodospad (Cascada el Limon), a następnie udać się łódką na wyspę Bacardii.

Jadąc do pierwszej atrakcji zostaliśmy zatrzymani przez przewodnika na motorze, który poprowadził nas do początku trasy. Drogę do wodospadu można pokonać na dwa sposoby – pieszo lub konno. My po długich negocjacjach wybraliśmy konie. Samo wejście do parku kosztuje 500 peso. Trasa nie jest wymagająca, ale też nie łatwa. Idąc do wodospadów trzeba pokonać wodę (przejść po kamieniach na wodzie, gdzie łatwo zamoczyć buty), błoto i uważać, żeby nie wejść w końskie odchody. Przejażdżka na koniach trwała 25 minut w jedną stronę i 15 minut w drugą. Kosztowała nas 800 peso od osoby. Dla mnie to był pierwszy raz „na koniu” i mam nadzieję, że nie ostatni, bo wrażenia miałem bardzo pozytywne. Po zejściu z nich musieliśmy podejść jeszcze do wodospadów specjalnie przygotowaną ścieżką. Trwało to mniej więcej 2 minuty. Do zobaczenia były dwa wodospady – mniejszy i większy. Przy większym skorzystaliśmy z opcji zimnej kąpieli. Wodospad ciekawy, ale nie mógł się równać z islandzkimi. W drodze powrotnej okazało się, że musimy dodatkowo zapłacić za przewodników, którzy towarzyszyli nam podczas jazdy konno. Wyniosło to nas łącznie 1500 peso.

Przepłaciliśmy, ale mi osobiście to nie przeszkadzało, bo wiem, że te pieniądze pomogą przeżyć kolejny dzień tym ludziom. Po powrocie udaliśmy się w kierunku Samany, gdzie po raz drugi byliśmy ścigani przez naganiacza. Za łączną kwotę 2500 peso zabrał naszą piątkę prywatną łodzią na wyspę Bacardii. Podróż trwała 10 minut a na jej końcu ujrzeliśmy takie widoki.

Na Bacardii Island mieliśmy możliwość spróbowania pina colady z prawdziwego zdarzenia (w ananasie) oraz dominikańskiego napoju mamajuana, zrobionego na bazie kory drzewnej, miodu, rumu i czerwonego wina. Można powiedzieć „niebo w gębie”. Na wyspie spędziliśmy ponad 2 godziny i to w zupełności wystarczyło. Warto dodać, że wyspa dzieli się na cześć prywatną z hotelem oraz publiczną, gdzie wstęp mieli wszyscy. Na plaży znajduje się zaplecze gastronomiczne oraz stragany z licznymi pamiątkami. Ceny pamiątek są mocno zawyżone.

Przed odjazdem do hotelu zrobiliśmy jeszcze większe zakupy w Samanie, a następnie ruszyliśmy na koniec świata w poszukiwaniu kolejnych pięknych plaż.

Po raz kolejny dały znać o sobie dominikańskie drogi, z którymi nasze niezniszczalne auto musiało stoczyć batalię 3 km przed hotelem. Na szczęście ponownie zwycięską. Hostel, w którym zamieszkaliśmy znajdował się kawałek poza Las Galeras. Właścicielka okazała się miłośniczką zwierząt. W swoim zwierzyńcu posiadała dwa psy, osiem kotów i kilka koni. Okazała się też mówić dobrze po angielsku. Z ciekawostek jakie nam przytoczyła, zapamiętałem, że na Dominikanie ludzie płacą największą opłatę za prąd na całym świecie. Był to kolejny powód strajków w Las Terrenas. Hostel bez wątpienia zasługuje na miano przytulnego, gdzie warto się zatrzymać choćby na jeden dzień.

Dzień 6

Nad ranem pogoda nas nie rozpieszczała, ale przywykliśmy do takiego stanu. Słońce w końcu musiało się pojawić, zgodnie ze schematem pogodowym na Dominikanie. Na śniadanie otrzymaliśmy od gospodyni papaję, którą nauczyłem się jeść ze smakiem. Sekretem okazała się limonka. Papaja po skropieniu limonką okazała się rarytasem. Po śniadaniu udaliśmy się samochodem na ponoć najpiękniejszą plażę Dominikany – Rincon.

Pierwsze wrażenie było negatywne. Prawdopodobnie od jakiegoś czasu był przypływ i woda wyrzuciła na brzeg wiele nieczystości. Pozostawała jednak przy tym turkusowa. Po rozglądnięciu się zauważyliśmy w oddali leżaki i właśnie w ich kierunku postanowiliśmy się przemieścić. Podjęliśmy dobrą decyzję, ponieważ okazało się, że ta część plaży jest wysprzątana. Oprócz tego posiadała również zaplecze gastronomiczne. Kolejnym jej plusem było położenie – w zatoczce, do której wielkie fale nie wpływały. Nasze odczucia diametralnie się zmieniły i ponownie wróciła myśl „było warto”. Na plaży spędziliśmy cały dzień. Do listy zjedzonych rzeczy dopisaliśmy chlebki kokosowe. Wyroby domowej roboty, które jeszcze ciepłe sprzedawała kobieta na plaży, można było jeść bez końca. Koszt jednego chlebka wynosił 50 peso. Oczywiście na koniec trzeba było wszystko popić, a że w barze serwowali pina coladę (koszt 5$), to problem sam się rozwiązał.
Po powrocie udaliśmy się na poszukiwanie gastronomicznego przybytku, w którym nas nakarmią. Pokierowani przez właściciela lokalnego sklepu, trafiliśmy do jadłodajni Augusto. Miejsce to nie przypominało choćby średniej jakości baru. Polski sanepid zamknąłby je jeszcze, zanim zacząłby kontrolę. My jednak niezrażeni widokiem, a jednocześnie zaproszeni przez Augusto do kuchni, zamówiliśmy 3 razy papugorybę z ryżem, sałatką, groszkiem i smażonymi bananami. Właściciel opowiedział nam także o swoim mieszkaniu w Las Terrenas i opłatach za prąd, które wynoszą każdą rodzinę 80 euro miesięcznie. Zebranie takiej kwoty na elektryczność przez mieszkańców jest według niego niemożliwe. Augusto wcześniej pracował w niemieckim biurze turystycznym. Wspominał dobrze Polaków, którzy nauczyli go słowa ropucha. Do obiadu dokupiliśmy dodatkowo cuba libre. Nie wiem w jakiej proporcji przyrządzono nam ten drink, ale po spożyciu jednej szklanki pojawiły się małe zawroty głowy. Obiad sam w sobie był pyszny. Wszystko zrobione ze smakiem. Za całość zapłaciliśmy 1500 peso (na 3 osoby). Postanowiliśmy, że następnego dnia przyjdziemy ponownie.

Dzień 7

Podczas drugiego dnia w Las Galeras wybraliśmy się na krótki trekking do plaży Madame. Tym razem położenie naszego hotelu w głuchej ciszy było sporym atutem. Ścieżka, która szła tuż przy nim, była niemal początkiem trasy na wspomnianą plażę. W tym samym miejscu rozpoczynał się też drugi szlak, który prowadził do innej słynnej plaży – Fronton. Tego dnia byliśmy zmuszeni walczyć z czasem, dlatego nasz wybór padł na położoną bliżej plażę Madame. Według gospodyni pokonanie trasy miało zająć nam 45 minut w jedną stronę. Ostatecznie skróciliśmy ten czas do 30 minut. Jeśli chodzi o stopień trudności trasy to uważam go za łatwy. Wprawdzie na końcu trzeba się „prześlizgnąć” po kamieniach, ale raczej w żaden sposób nie wpływa to na podniesienie ciężkości jego przejścia. Szlak przebiega pośrodku bujnej roślinności dominikańskiej, co czyni go ciekawszym. Innym sposobem pokonania trasy jest wycieczka konna (koszt 55-65$) lub skorzystanie z prywatnej łodzi (koszt 500 peso).

Po dojściu na plażę zastaliśmy zacumowaną łódkę oraz grupę osób przymierzającą się do podbicia podwodnego świata. Plaża Madame okazałą się być bardziej kameralna od tych, które widzieliśmy w poprzednich dniach. Jej piasek nie ciągnie się na odległość kilku kilometrów jak np. w przypadku plaży Rincon. Na dodatek w jej sąsiedztwie znajdują się klify. Całość dopełniają palmy, które chronią przed słońcem. Jeśli znudzi się nam leżenie na piasku, to możemy przenieść się na trawę. Niedaleko znajduje się ukryta jaskinia, do której oczywiście nie omieszkaliśmy zajrzeć. Na plaży spędziliśmy ponad 2h.

Po powrocie z plaży, zgodnie z planem poszliśmy do Augusta na obiad. Tym razem prawie wszystkie stoliki były zajęte przez mieszkańców, którzy na potęgę zamawiali kurczaka. W naszym zamówieniu oprócz drobiu znalazło się jeszcze miejsce na ryby i krewetki. Mężczyźni ponownie obiad popijali cuba libre, natomiast dziewczyny zamówiły sobie sok z marakui. Augusto poinformował nas, że w Las Terrenas wciąż trwa rewolucja, w której poprzedniej nocy zginął tubylec. Drogi były nadał zablokowane i przejazd niemożliwy. My mieliśmy jednak już wcześniej wyznaczoną nową trasę, która nie prowadziła przez gorący teren. W okolicach godz. 14:30 wyjechaliśmy z Las Galeras w kierunku Boca Chica, gdzie mieliśmy spędzić jedną noc w drodze na Punta Cana. Na miejscu zameldowaliśmy się kilka minut po 17. Podczas jazdy po raz kolejny zmuszeni byliśmy opłacić przejazd autostradą (87 peso/osoba) oraz zatankować (2500 peso/bak). Nie polecam tankowania na ostatnią chwilę. W tym dniu udało nam się zaoszczędzić na noclegu, po wejściu z właścicielem w pewien układ.

Dzień 8

W końcu przyszedł czas na wejście w bardziej ekskluzywną fazę naszego wyjazdu. Chodzi oczywiście o pobyt w regionie Punta Cana, słynącego z wielu pięknych resortów. Tak się złożyło, że i my trafiliśmy do jednego z nich o nazwie Karibo Punta Cana. Ogromny i w pełni wyposażony apartament, baseny, jacuzzi, szlafroki i wszelkie inne udogodnienia. Tak mieliśmy mieszkać do końca wyjazdu.

Od Boca Chica do Punta Cana dzielił nas dystans ok. 200km. Na szczęście cała trasa biegła przez autostradę. Przez ostatnie dwa dni trochę pojeździliśmy, dlatego resztę dnia postanowiliśmy spędzić przy hotelowym basenie i poczuć się jak zastraszeni turyści resortowi z all-inclusive. Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze na większe zakupy do supermarketu, a po powrocie wykupiliśmy całodniową wycieczkę na wyspę Saona.

Dzień 9

Wycieczka na Saonę oderwała mnie na jeden dzień od rzeczywistości. Tak pięknej wody, białego piasku na plaży i nieograniczonego rumu nie widziałem nigdzie i nigdy, ale po kolei…

Etap 1 – wycieczka rozpocząć się miała o 7:15, o czym nasz rezydent poinformował nas 40 razy poprzedniego dnia. Na hotelowym parkingu stawiliśmy się punktualnie. Po ok. 20 min. oczekiwania przyjechał po nas bus. Najpierw odebraliśmy resztę grupy, a następnie po przesiadce do większego autokaru, wyruszyliśmy do Bayahibe, gdzie czekał już na nas katamaran.

Etap 2 – podczas drogi do portu zatrzymaliśmy się w sklepie z pamiątkami, gdzie poczęstowano nas drinkiem mamajuana. Ponadto, każdy mógł zakupić typowo dominikańskie prezenty.

Etap 3 – po przybyciu do portu przewodnik zaprowadził nas do właściwych motorówek, które przetransportować nas miały na katamaran. Transfer trwał maksymalnie 3 minuty. Po wejściu na naszą łódź rozpoczęła się prawdziwa impreza. Rum, rum, rum, muzyka, tańce, sesje zdjęciowe. Wszystko to tworzyło prawdziwie wakacyjny nastrój. Na dodatek otaczająca nas woda robiła się coraz bardziej krystaliczna. Katamaran płynął ponad godzinę zanim zeszliśmy na ląd.

Etap 4 – wiele już widziałem, ale to co zaprezentowała mi Saona wydawało się być pięknym, nierealnym snem. Połączenie lazurowej wody z długą, białą plażą i licznymi palmami. Czegoś takiego w Europie raczej się nie doświadczy. Przy czymś tak pięknym ciężko było się w ogóle wysłowić. Trwaj chwilo myślałem.

Po zejściu na ląd mogliśmy skorzystać z przygotowanego dla naszej grupy lunchu, na który składały się dania z makaronu, ryżu, dwóch rodzajów mięs oraz spaghetti z owocami morza, sałatki z ogórków i pomidorów, a na deser melony i ananasy. Do picia podano oczywiście rum oraz owocowy poncz. Po obiedzie mieliśmy ok. 3 godziny wolnego czasu na rajskiej wyspie. Nie zastanawiając się długo, zostawiliśmy nasze ciuchy na leżakach i wskoczyliśmy do wody.

Etap 5 – około 15 popłynęliśmy szybkimi motorówkami do naturalnych basenów, gdzie woda była jeszcze czystsza niż przy plaży na Saonie. Na dodatek kilkadziesiąt metrów od brzegu było wciąż płytko. Najbardziej z tego miejsca zapamiętam jednak liczne rozgwiazdy, które można było oglądać na dnie morza.

Etap 6 – za sprawą szybkich łodzi powrót do Bayahibe nie trwał długo. Z portowej miejscowości zostaliśmy odwiezieni autokarem do hotelu. To bez wątpienia był najlepszy dzień podczas całej podróży. Kiedy pisałem relację, wciąż miałem przed oczami karaibski lazur.

Dzień 10

To był kolejny leniwy dzień w Punta Cana. Obudziłem się o 6 rano czasu lokalnego, a czułem się jakby to była co najmniej 10. Zmiana czasu robi swoje. Za oknem widać było oznaki pory deszczowej. Przeczekaliśmy do 9 i wyszliśmy na drobne zakupy. Oczywiście żaden Dominikańczyk ze swoim biznesem nie chciał nam odpuścić. Nękanie turystów kończy się tutaj jednak na „nie, dziękuję”. To akurat atut tego miejsca, bo w Europie sprzedawcy są o wiele bardziej uciążliwi. Zachęceni przez Denisa weszliśmy do jego sklepu. Okazał się on naprawdę sympatycznym sprzedawcą z poczuciem humoru. Zresztą do tej pory mamy z nim kontakt. Wszystko co leżało na półkach sklepowych warte było 5$. Piotrek wykorzystał jego niedokładność i chciał zgarnąć cygara oraz rum w tej cenie. Wywiązała się żartobliwa dyskusja, po której Denis stwierdził, że woli żebyśmy go zabili, niż ma się targować z Piotrkiem. Ostatecznie kupiliśmy u niego pamiątki, w tym popularne tutaj domino. U innego sprzedawcy natomiast nabyliśmy pamiątkowe cygara, dowiadując się jednocześnie o ich produkcji i rodzajach.

Na plażę postanowiliśmy pojechać przed południem. Z naszego hotelu zostaliśmy podwiezieni meleksem. Karibo Punta Cana zapewnia darmowy transfer na jedną z bardziej znanych plaż Punta Cana – Playa de Arda. Z kierowcą umówiliśmy się na na powrót o godzinie 15. Ogólnie pogoda po raz pierwszy podczas wyjazdu nie była idealna. Wiał silny wiatr i od rana były przelotne opady deszczu. Mimo to słońce potrafiło się przebić przez chmury i z powodzeniem nas ogrzewać. Po godzinie relaksu i pływania odbyliśmy spacer po niekończącej się plaży. Praktycznie co kilka metrów resorty miały na plaży wydzieloną swoją prywatną cześć. W pewnym momencie trafiliśmy na kompleks budynków, w których znajdowały się sklepy z pamiątkami. Całość tworzyła naprawdę ciekawe miejsce, choć częstotliwość odpowiadania „nie, dziękuję” drastycznie wzrosła. Na plaży naszą grę w karty przerwała wielka ulewa. Na szczęście mieliśmy gdzie się schować i przeczekać nawałnicę.

Po powrocie do hotelu odrzuciliśmy pomysł pójścia do centrum na obiad i zdecydowaliśmy się skorzystać z hotelowej restauracji. Zamówiliśmy typowe dania kuchni dominikańskiej, za które zapłaciliśmy 1400 peso (2 osoby) razem z cuba libre. Tym razem dominowały na naszych talerzach owoce morza, które zostały połączone z wszechobecnym tu puree z zielonych bananów. Wieczorem czekało na nas trochę rozrywki, gdyż poszliśmy do kasyna. Najlepiej gra szła Piotrkowi, ale ostatecznie do domu wszyscy wróciliśmy z pustymi kieszeniami.

Dzień 11

Prognozy na ten dzień nie były zadowalające. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna, bo niebo było praktycznie bezchmurne. Nie zwlekając, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Parku Ekologicznego Indigenous Eyes, który znajdował się 30 minut jazdy od naszego hotelu. Dojazd na miejsce okazał się lekkim wyzwaniem. Przez przypadek trafiliśmy do parku rozrywki ScapPark, w którym można było skorzystać z różnych form aktywności (park linowy, zwiedzanie jaskiń, jazda quadami itp.). Polecana była także wycieczka nad malownicze jezioro o nazwie Hoyo Azul. Wspomniane atrakcje nie były jednak naszym celem. W recepcji ScapParku uzyskaliśmy informacje jak dojechać do rezerwatu i po około 20 minutach byliśmy na miejscu. Bilety wstępu kosztowały nas 25$ za osobę.

Droga do pięknych jezior jest bardzo łatwa. Trasa biegnie w parku, w którym mogliśmy się ukryć przed lejącym się z nieba żarem. Po 15 minutowej wędrówce, doszliśmy do największego jeziora i nie tracąc czasu wskoczyliśmy do wody, która była wręcz przeźroczysta. Pomimo dużej głębokości, z powierzchni doskonale było widać dno. Dla spragnionych wrażeń zrobiono specjalną skocznię do wody. W jeziorze pływają dużej wielkości ryby, więc warto było mieć ze sobą sprzęt do snoorkowania. W dalszej części trasy mijaliśmy jeszcze kilka jezior, których piękno również warto docenić. Ich atutem były m.in. pływające żółwie.

Znaki w parku prowadzą także do drugiego wejścia. Jest to specjalne miejsce, które umożliwia gościom resortu na darmowe przejście do parku (rezerwat znajduje się na terenie resortu Punta Cana Resort&Spa). My korzystając z okazji sprawdziliśmy jak wygląda plaża przy hotelu.

Po powrocie do naszego przybytku poszliśmy na obiad do restauracji hotelowej. Zamówiliśmy ryby, kurczaka curry oraz danie składające się z mięsa mielonego, ryżu, krewetek i to wszystko w sosie ze świeżych pomidorów. Dodatkowo na przystawkę wybraliśmy małe tortille z sosem cheddar, vinaigrette oraz guacamole i mięsem mielony połączonym z fasolą. Za całość zapłaciliśmy z podatkami 2700 peso na 4 osoby. Porcje były duże, a w smaku wszystko było idealne. To była prawdziwa uczta smaków.

Dzień 12 – 13

Nieubłaganie zbliżał się koniec naszej interesującej podróży. Z każdym dniem przekonywałem się, że tutejsi ludzie są mega pokręceni i potrafią wciąż zaskakiwać.

Nowy tydzień rozpoczął się jak już się to w praktyce przyjęło przed 8. Trochę popadało, trochę poświeciło słońce i mocno wiało. Taki stan utrzymywał się do południa. Na ten dzień nie mieliśmy większych planów. Korzystając z hotelowego komputera zrobiłem odprawę na nasz lot z Brukseli do Warszawy Modlin. Po tym poszliśmy do Denisa dokupić brakujące pamiątki. Zależało mi przede wszystkim na korze, którą umieszcza się w butelce podczas robienia mamajuany. Oprócz tego nie odmówiłem sobie zakupu piłki baseballowej z flagą Dominikany. Baseball na Dominikanie jest sportem narodowym. Przejeżdżając z jednej do drugiej miejscowości niejednokrotnie mijaliśmy boiska do gry. W Samanie dzieciaki zrobiły sobie na przykład boisko na rondzie. Jakby nie patrzeć, osobiście mam wielki sentyment do tej gry, bo w przeszłości sam uprawiałem ten sport.

Z kolejnych newsów dominikańskich dowiedzieliśmy się, że znaczki pocztowe kupuje się tutaj w aptece.

A tak poza tym, wciąż królował basen, rum, pina colady itp.

Dzień 14

Środa – dzień wylotu. Nasz apartament opuściliśmy przed południem. Nie musieliśmy się zbytnio śpieszyć, bo wylot zaplanowany był na 17:10. Przed odlotem z Dominikany czekał nas przejazd 200 kilometrów na lotnisko Las Americas i zwrócenie auta. Pogoda za oknem zrobiła się idealna (cóż za niesprawiedliwość). Przejazd trwał 2,5 godziny. Zwrot samochodu oraz odprawa na lot odbyły się bez problemu. Na lotnisku zmieniliśmy ubrania na cieplejsze i zjedliśmy lunch przed lotem. Tym razem nie odważyliśmy się ponownie nadać bagaży do luku. Z racji tego, że miały one rozmiar i wagę podręcznych bagaży, to postanowiliśmy wziąć je ze sobą na pokład.

Samolot wystartował z około 30 minutowym opóźnieniem. Kapitan poinformował podróżnych, że winne temu były źle nadane bagaże. Podobno w luku znalazły się walizki z innego lotu i trzeba było je wyciągnąć. Jak widać nie warto było ryzykować, bo Iberia gubienie bagaży ma prawdopodobnie w zwyczaju. Godzinę po starcie podano obiad. Tym razem do wyboru było ravioli ze szpinakiem lub kurczak z ryżem. Do każdego dania była podana sałatka, posiadająca w sobie dziwny składnik, którego nie mogliśmy zidentyfikować. Oprócz tego na talerzu znalazła się bułka, masło, serek topiony president oraz pyszny sernik na deser. Gdy na monitorze wyświetliło się 1300 przebytych mil, na pokładzie zapanowała ciemność i większość poszła spać. W tym momencie do Madrytu pozostawało nam jeszcze kilka godzin. Na lotnisku Barajas mieliśmy wylądować przed 7. Musieliśmy również pamiętać o zmianie czasu. Tym razem zegarki należało przestawić 5 godzin do przodu. Nasze organizmy zostały wystawione na kolejną próbę.

Dzień 15

Nocny lot przebiegał spokojnie. Prawie. Niespełna kilka minut po tym pilot przekazał pasażerom, że wchodzimy w strefę turbulencji. Samolotem mocno szarpało, ale tak naprawdę powodów do większej paniki nie było. Niektórzy zaczęli krzyczeć, inni płakać, a jeszcze inni wymiotować. Dziewczyna przed nami miała już nawet przygotowaną kamizelkę ratunkową. Takie pojedyncze incydenty nie zostały bez echa na pokładzie. Pozostali pasażerowie widząc co się dzieje też zaczynali panikować. Na całe szczęście zabrałem ze sobą stopery do uszu, których użycie okazało się błogosławieństwem. Turbulencje ustały, gdy wlecieliśmy na kontynent i do końca podróży nie było już więcej przykrych wydarzeń. W Madrycie wylądowaliśmy o 7, czyli mocno spóźnieni.

Kolejny lot mieliśmy o 8:50 i czekała nas zmiana terminalu. Po dotarciu do bramek został nam jeszcze spory zapas czasu. Odlot z Madrytu do Brukseli odbył się planowo o 8:50. Lot praktycznie cały przespałem, więc chyba nie było żadnych turbulencji. Nasz samolot kołował o 11 w stolicy Belgii.

W Belgii zmuszeni byliśmy zmienić lotnisko, bo Ryanair, nie lata z głównego portu do Polski, tylko z Charleoi. Bilety na autobus zakupiliśmy już wcześniej przez internet. Wyniosły nas po 10 euro. Lot powrotny do Polski miał się odbyć o godzinie 18:05, więc czas wolny, który nam pozostał wykorzystaliśmy na szybkie zwiedzanie centrum. Dojechaliśmy do niego za sprawą pociągu, na który bilet kosztował po 8.5 euro. Pociąg jechał około 25 minut. Po wyjściu na peron znaleźliśmy przechowalnię bagażu i za cenę 4 euro włożyliśmy wszystkie nasze bagaże do jednej szafki. Dzięki temu nie musieliśmy nosić ich ze sobą. Nasza piesza wędrówka po centrum nie opierała się na żadnym planie. Po prostu kierowaliśmy się znakami oglądając to, co było w zasięgu wzroku. Nie mogliśmy odpuścić rzecz jasna frytkom belgijskim z majonezem, które zjedliśmy ze smakiem. Po szybkim zwiedzaniu ponownie wróciliśmy na dworzec główny i po odbiorze bagaży poszliśmy w kierunku metra. Naszym celem była stacja Gare de Midi, gdzie przystanek ma autobus (Flibco), który zawiózł nas do Cherloi. Lotnisko jest raczej z tych gorszej kategorii. Z rzeczy zakazanych do przewożenia w bagażu podręcznym widniała śnieżna kula (tak taka, którą się potrząsa i daje efekt padającego śniegu). Niestety, było to także kolejne miejsce bez darmowego internetu. Gdzie jest UE z powszechnym dostępem do sieci? Na szczęście nie spędziliśmy tam dłuższej ilości czasu. Odprawa przebiegła sprawnie i po raz kolejny wystartowaliśmy o czasie. W Warszawie Modlin wylądowaliśmy przed 20. Chciałoby się powiedzieć, że to koniec, ale czekał nas jeszcze transport do centrum Warszawy (Modlin bus – 28 zł/osoba). Następnie przejazd metrem do stacji Metro Młociny i stamtąd odjazd o 23:00 PolskimBusem do Wrocławia.

Dzień 16

Nasza podróż zakończyła się o 4:10. Po wielu godzinach powrotu do Polski, w końcu wysiedliśmy we Wrocławiu i każdy mógł udać się do swojego domu.

Koszty podróży:
Bilety lotnicze – 1750zł/osoba
Hotele – 1120$/ 224$ osoba
Auto – 440$ + 140$ ubezpieczenie/ 116$ osoba
Paliwo – 113$/ 22,5$ osoba
Wiza turystyczna po przylocie – 10$ osoba
Opłata drogowa – 34$/ 7$ osoba
Bilet na pociąg w Brukseli – 10,5$ osoba
Bilet na tramwaj w Brukseli – 2,6$ osoba
Bilet na tramwaj w Warszawie – 3,4zł osoba

Wycieczki:

a) Cascada el Limon – 125$ (wycieczka konno, opłata dla opiekunów)/ 25$ osoba
b) Bacardi Island – 56$/ 12$ osoba
c) Saona Island – 450$ (wycieczka całodniowa, all-inclusive – rum, lunch, transport z hotelu do hotelu)/ 90$ osoba
d) Park Ecological Insidegnous Eyes – 125$/ 25$ osoba

Koszt całkowity na osobę – 1750zł + 392,5$ (1327 zł) + metro w Polsce 3,4zł = 3080zł + jedzenie i pamiątki. W moim i Marty przypadku wyszło około 4000zł na głowę za 12 dni na Dominikanie.

2 komentarze
  1. Maciej 21 sierpnia 2017 at 12:30

    witam,
    super relacja i zdjęcia (jak zawsze). z racji, że niedługo również wybieram się na dominikanę chciałbym zapytać czy z perspektywy czasu zmieniłbyś coś w Waszym planie podróży np. jakieś miejsca pominął, a w innych został dłużej lub krócej?? my lądujemy w punta canie, mamy do dyspozycji 10 dni na wyspie więc na pewno jakiś resort na 3-4 dni zahaczymy, ale nie mamy jeszcze sprecyzowanego planu co poza tym. pozdrawiam

    • Jakub Nowicki 22 sierpnia 2017 at 00:49

      Cześć,

      Bogatszy o doświadczenia z pierwszego wyjazdu na pewno nie zdecydowałbym się jechać późnym wieczorem w okolice Las Teresitas. Jeśli chcesz tam jechać koniecznie poszukaj informacji, czy jest teraz bezpiecznie. Ten region Dominikany jest zupełnie inny niż reszta część wyspy. Jest bardziej dziko i można zobaczyć prawdziwy obraz Dominikany. Wykup wycieczkę na Saonę obowiązkowo, ta wysepka jest obłędna. Miło wspominam wyjazd na tę wyspę, ale Punta Cana jakoś specjalnie mnie nie zachwyciła. 2-3 dni w zupełności wystarczą. Pozdrawiam 😉

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *