W herbacianym królestwie.

Opublikowano Sri Lanka Sri Lanka cz.2

Dzień 1

Nie Zjednoczone Emiraty Arabskie, nie Malediwy, lecz właśnie Sri Lanka była dla mnie największym oczekiwaniem podczas wyprawy do Azji. Lankijskie ziemie już od dawna mnie fascynowały i przyrzekłem sobie, że na pewno przyjdzie dzień, w którym przekroczę odległą granicę i znajdę się w herbacianym królestwie. Dzień ten nastąpił 26 lutego wczesnym rankiem. Po cztero i pół godzinnym locie linią flydubai z Dubaju stanęliśmy na płycie lotniska. Wilgotność powietrza sięgająca 100% zmusiła nas do rozpoczęcia walki o spokojny oddech.

Tak jak na lotnisku w Dubaju, tak i tutaj wbicie pieczątki do paszportu nie trwało długo. Istnieje możliwość internetowego zakupu wizy jeszcze przed przyjazdem (przez oficjalną stronę internetową Sri Lanki), co skraca czas oczekiwania po przylocie. Oczywiście wszystko można załatwić również na lotnisku, lecz jej to droższy zabieg. Cena wizy na lotnisku to 35$, natomiast online 30$. Tym razem oprócz pieczątek do paszportów dostaliśmy także naklejki. Po załatwieniu formalności przeszliśmy specyficznym korytarzem, wypełnionym sklepami z pralkami i innym sprzętem AGD. Wymieniliśmy też 20$ na rupie lankijskie po kursie 130,22. Wystarczyło nam to na transport do Colombo, a później do Kandy.

Na dworzec kolejowy w Colombo przyjechaliśmy się tuk tukiem. Nasza przygoda z tym środkiem transportu rozpoczęła się o 5 rano. Przed przyjazdem zorientowałem się w oficjalnych cenach tuk tuka z lotniska na dworzec kolejowy (1500 lkr), dlatego oferty typu „best price – 2500 lkr” z góry odrzuciliśmy. Nieustannie ktoś podchodził do nas i proponował swój lub kolegi samochód, aż w końcu znalazła się osoba chcąca nas zawieźć za 1400 lkr i ją wybraliśmy. Sprawa została dograna i w końcu opuściliśmy teren portu lotniczego. Przez pierwsze 15 min. zastanawialiśmy się o co tu właściwie chodzi. Jechaliśmy przed wschodem słońca z prędkością 50-60 km/h, za szybą figurka Buddy świeciła tysiącem kolorów. Wszyscy wiedzieli, że nadjeżdżamy, bo nasz kierowca postanowił już pierwszego dnia zapoznać nas z regionalną muzyką. W tuk tuku zakochałem się od pierwszej jazdy, choć trzeba być czujnym, żeby nie zostać nabitym w butelkę. Gdy kierowca nagle zatrzymuje się, żebyś coś zjadł/wypił to na 100 procent dojechaliście do sklepu jego znajomego i gdzie na pewno będą chcieli Was oskubać. W takich sytuacjach radzę stanowczo zaprzeczać i kontynuować jazdę do celu. Po ustaleniu ceny za przejazd od razu zapłaćcie kierowcy. My umówiliśmy się na 1400 lkr (niby potwierdzone), a na koniec zaśpiewał 1500 lkr. Nie było czasu kłócić się o te 100 lkr (3 zł), bo byliśmy trochę spóźnieni i pociąg stał już na peronie.

Do dworca kolejowego dojechaliśmy o 6:40, czyli na 20 min. przed odjazdem do Kandy. Bilety na pociąg „przyśpieszony” o 7:00, w 3 klasie, kupiliśmy w kasie nr 17 (tylko w tym okienku odbywa się sprzedaż biletów na ten kurs). Za bilety zapłaciliśmy 360 lkr, czyli po jakieś 4 zł z hakiem. W 3 klasie wagony wyglądają jak w naszych starych pociągach osobowych. Na korzyść lankijskiego pociągu przemawia jednak zamontowany przy suficie wiatrak (nawet działa). Trasa w kierunku Kandy i dalej jest bardzo popularna ze względu na pola herbaciane i góry przez które pociąg przejeżdża. Jeśli chcemy mieć ładne widoki koniecznie należy usiąść po prawej stronie pociągu (stojąc twarzą w kierunku jazdy). Nie polecam kupowania biletu do wagonu obserwacyjnego, który jest o wiele droższy i poza większym komfortem (wygodniejsze siedzenia oraz klima) nie oferuje nic szczególnego (obserwacja krajobrazu odbywa się tylko przez zamknięte okna). W niższych klasach można otwierać okna do woli, a nawet stać na schodach podczas jazdy. Przejazd pociągiem w 3 klasie zapisałem sobie jak najbardziej na plus. Do Kandy dotarliśmy o 9:50, czyli po 20-minutowym opóźnieniu. Na peronie czekał na nas komitet powitalny w postaci kierowców tuk tuków. Uwaga! Po skasowaniu biletu przez konduktora nie wyrzucajcie go do śmieci, bo będziecie musieli go zwrócić przy wychodzeniu z dworca.

Nasz hotel od stacji kolejowej dzielił dystans jednego kilometra. Próby jego znalezienia na własną rękę skończyły się fiaskiem, dlatego ostatecznie skorzystaliśmy z pomocy kierowcy tuk tuka, który za 100 lkr podwiózł nas pod wskazany adres. Następnie w centrum wymieniliśmy kolejne dolary po kursie 131 lkr za 1$.

Zaraz po tym musieliśmy uciec w mniej obleganą uliczkę, gdzie naganiacze nie mogli nam zaoferować żadnych wycieczek. Nie przeszliśmy 400 m, gdy przedstawił nam się kolejny mieszkaniec. Tym razem trafiliśmy na osobę, która bardzo lubi miłych ludzi i w dodatku nie chce naszych pieniędzy (tak twierdził). Od słowa do słowa i po jakimś czasie już byliśmy w sklepie z olejkami u jego znajomego. Tak los chciał, że nic nie kupiliśmy, więc starszy jegomość zaoferował pomoc w znalezieniu taniego i smacznego jedzenia. Wszedł z nami do jadłodajni i tam nas opuścił (wciąż stał za szybą czy aby przypadkiem nie odpuścimy). Przypuszczam, że po wyjściu miałby dla nas kolejną ofertę. Jedzenie okazało się być faktycznie tanie, a co dla nas ważniejsze po prostu dobre. Do tego świeże wyciskane soki za grosze. Tym razem warto było zaufać przypadkowej osobie!

Po śniadaniu poszliśmy w końcu pozwiedzać Kandy. Na pierwszy punkt wybraliśmy pomnik Bahirawakanda Vitara Buddha Statue, znajdujący się na samym szczycie wzgórza położonego przy centrum miasta. Miejsce to stanowi idealny punkt widokowy na Kandy. Pomnik na wzgórzu jest potężny. Bilet, który umożliwia wejście na teren całego kompleksu kosztuje 200 lkr. Do ceny biletu dochodzi opłata ‚co łaska’ za pozostawienie butów przed świątynią (po kompleksie chodzi się boso).

Miejscem bardziej popularnym, które postanowiliśmy odwiedzić tego dnia była Świątynia Zęba. To właśnie w niej przechowywany jest jeden z zębów Buddy. Świątynia należała za dawnych czasów do kompleksu pałacowego władców królestwa z Kandy. Obecnie z pozostałych obiektów kompleksu można oglądać min. Muzeum Słonia czy Pałac Królowych mieszczący na swojej powierzchni Muzeum Narodowe. Jak to czasem bywa „chcieć nie zawsze znaczy móc”. Ze względu na nasz nieodpowiedni strój (krótkie spodenki) musieliśmy odłożyć wizytę w Świątyni Zęba na kolejny dzień.

Nie tracąc czasu kontynuowaliśmy spacer. Tak trafiliśmy do jeziora położonego w centrum miasta, na środku którego znajduje się czynna fontanna. Obejście całego jeziora, które stanowi centrum rozrywki dla mieszkańców, zajęło nam ok. 20 minut. Po wędrówce wróciliśmy do hotelu, bo byliśmy padnięci po nieprzespanej ubiegłej nocy. To był dobry wybór, bo za jakiś czas przyszła ogromna ulewa, która nie pozostawiłaby na nas suchej nitki.

Po pierwszym dniu pobytu na Sri Lance miałem mieszane uczucia. Liczyłem na cichą mieścinę z bujną zielenią (Kandy), a trafiłem do gwarnego miasta, gdzie ciężko było przejść z jednej strony ulicy na drugą. Ludzie, których spotkaliśmy pierwszego dnia (poza właścicielem hotelu) wydawali się być sztucznie mili i w każdej oferowanej pomocy wietrzyli interes. A może musiałem się po prostu wyspać?

Dzień 2

Po przespaniu 11h byliśmy zwarci i gotowi na kolejny dzień w Kandy. Rano przygotowaliśmy mniej wyzywające jak krótkie spodenki ubrania i poszliśmy zobaczyć Świątynię Zęba. Na dzień dobry trzeba było uszczuplić portfel o 2000 lkr. Dodatkowa opłata 300 lkr pozwalała na kręcenie filmów. To już było lekkie przegięcie, więc odczepiłem od naszego GoPro teleskop i udawałem, że jest to zwykły aparat kompaktowy. Za przypilnowanie naszych klapków policzyli sobie kolejne 100 lkr.

W Świątyni Zęba panowała atmosfera modlitwy. W powietrzu unosił się zapach kadzideł, rozsypane były kwiaty, paliło się mnóstwo świec. Będąc w środku mogliśmy zwiedzić kilka pomieszczeń z różnymi figurkami Buddy. Najcenniejszą rzeczą znajdującą się w świątyni jest oczywiście ząb samego Buddy. Jedna z legend głosi, że ząb podczas palenia ciała uniósł się ponad płomienie i tym samym zasygnalizował chęć pozostania na Ziemi. Relikwia przez lata była symbolem władzy, a jej ochroną zajmował się władca. Niestety, w ciągu dnia ząb można zobaczyć tylko trzy razy, a dzieje się to podczas specjalnych procesji (puja). Przechowywany jest on w zdobionym relikwiarzu, znajdującym się na piętrze o nazwie Vedahitina Maligawa.

Oprócz głównej atrakcji odwiedzić można również Muzeum Słonia Radży. Wypchany słoń znajdujący się w wewnątrz muzeum brał udział w procesjach Esala Perahera do roku 1988 r. Poza świątynią, lecz także na terenie całego kompleksu, żyje sobie inny słoń, który wydaje się być zadowolony z życia, pomimo noszonych łańcuchów.

Po zwiedzaniu przyszła pora na śniadanie. W knajpie zamówiliśmy kilka lokalnych wyrobów: bułkę z parówką (sausage bun), bułkę z drobiowym farszem (chicken puf), rogalika z warzywami i jajkiem (vegetable roll), bułkę z ciasta francuskiego wypełnioną rybą (fish puf), a do picia świeży sok z arbuza. Koszt 370 lkr, a za sam sok dałbym milion.

Po zwiedzaniu świątyni przemieściliśmy się tuk tukiem za 400 lkr (5-6 km) do ogrodu botanicznego w Peradeniya. Wejście kosztowało nas 2200 lkr (nie udała się akcja z kartą Euro26 jako kartą studencką i nie zaoszczędziliśmy 550 lkr). Ogród jest olbrzymi, podzielony tematycznie i wypełniony wieloma drzewami oraz roślinami z całego świata. Spacerując po parku można zaobserwować małpy oraz olbrzymie nietoperze, których podobno jest aż milion (nie liczyłem, ale na niebie było ich sporo). Moim zdaniem cena jest co najmniej o połowę za wysoka, jak na tego typu atrakcję (uczniowie z lankijskich szkół wchodzili za 10 lkr). Co by nie pisać, park jest zadbany i stanowi dobre miejsce na odpoczynek. My jako „biali” staliśmy się ogromną atrakcją dla dzieciaków, które na okrągło prosiły o wspólne zdjęcie. Gdy chcieliśmy przeczekać ulewę w domku z orchideami było już po nas. Każda wycieczka, a na terenie parku przebywało ich kilkanaście, nie odpuszczała dopóki nie zrobiła sobie z nami zdjęcia. Pamiątkowe fotki były robione w wielu konfiguracjach. Przed pytaniem o zdjęcie było planowanie kto zadaje pytanie, kto koło kogo staje, kto ma być na zdjęciu i czyim telefonem lub aparatem ma być robione zdjęcie. Dzieci jeszcze rozumieliśmy, ale po wyjściu z ogrodu o to samo prosiła grupa kilku facetów (myślę, że w naszym wieku i starszych). Przynajmniej w Kandy mogliśmy się poczuć jak gwiazdy filmowe. Z Peradeniya do Kandy wróciliśmy po 17 tuk tukiem ponownie za 400 lkr. Zjedliśmy obiad w jadłodajni obok hotelu. Tym razem była to appa, czyli placek z mąki pszennej, lekko słodki, który był smażony w oleju kokosowym na mocno rozgrzanym rondlu i po zrobieniu przypominał kształt koszyczka. Za 8 placków zapłaciliśmy 100 lkr. Wieczorem w hotelu przygotowaliśmy się na opuszczenie Kandy i przejazd do Dambulli.

Dzień 3

Z dworca autobusowego w Kandy wyruszyliśmy o 9:50. O autobusach na Sri Lance można dużo pisać. Na pewno są tanie (za bilet zapłaciliśmy łącznie 190 lkr, odcinek 87 km), zatrzymują się co chwilę, z zewnątrz pomalowane są wieloma kolorami, często mają obraz Buddy w środku, a ich kierowców nie dotyczą żadne przepisy drogowe. Nasza wycieczka autobusem trwała 2,5h.

W Dambulli wysiedliśmy na przystanku położonym obok Złotej Świątyni. Pozostało nam jeszcze trochę czasu do zameldowania się w hotelu, więc postanowiliśmy ją odwiedzić od razu. Bilety do Golden Temple jak i Rock Cave Temple kosztował nas 3000 lkr. Na początek poszliśmy do Rock Temple, czyli świątyni wykutej w skale. Dostać się tam można pokonując uprzednio wiele schodów i strome podejście (bez obawy, każdy tego dokona, ale na pewno się spoci). Trud podejścia rekompensują widoki oraz skaczące wszędzie makaki. Na samej górze, przed świątynią składającą się z 5 komnat, należy zdjąć buty (przechowalnia kosztuje 25 lkr od pary butów). Polecam chodzić w skarpetkach, bo kamienie są mocno nagrzane. W pierwszej komnacie (Viharaya Devaraja) śpi sobie 14 metrowy Budda wykuty w skale, w ostatniej natomiast (Dewana Alut Viharaya) znajduje się leżący Budda w otoczeniu pięciu posągów. Ostatnia komnata jest najnowszą. Charakteryzuje się tym, że znajdujące się w niej figury zrobione zostały z cegieł i gipsu (w pozostałych komnatach wszystko wykute jest ze skały). W drugiej komnacie, którą określa się jako Świątynię Wielkich Królów, wzdłuż ściany poukładane są posągi Buddy w różnych pozycjach. Jest to największa komnata w całym kompleksie. Znalazło się w niej także miejsce dla figury króla Walagamby, który był prawdopodobnie twórcą pierwszej komnaty. Dla „odmiany” trzecia komnata, czyli Nowa Wielka Świątynia (Maha Alut Viharaya) także wypełniona jest posągami Buddy. Nie będę pisał o tym, co znajduje się w czwartej komnacie (Pacchima Viharaya), bo na pewno już się tego domyślacie. Podczas zwiedzania warto zwrócić uwagę na dokładne i bardzo ciekawe malowidła znajdujące się na ścianach i sufitach. Na placu przed komnatami stoi drzewko, na którym zawieszone są modlitwy.

Po wyjściu z Rock Temple przeszliśmy na dach Golden Temple. Posąg Buddy liczy sobie 30 m wysokości, a dla Lankijczyków jest to najwyższy posąg na świecie. Z dachu świątyni widać w oddali Lwią Skałę, którą zamierzaliśmy zdobyć następnego dnia. Dookoła świątyni „maszerują” sobie figury buddystów. Weszliśmy jeszcze do muzeum, gdzie obejrzeliśmy złote figury Buddy z różnych krajów. W zasadzie nic specjalnego, ale z ciekawości można zobaczyć.

Reszta dnia potoczyła się zgodnie z planem. Najpierw szybko zameldowaliśmy się w hotelu. Zaraz po rozpakowaniu się wyruszyliśmy do „centrum”, gdzie koniecznie chcieliśmy zobaczyć targ z warzywami. Według kierowcy tuk tuka, targ ten zaopatruje całą Sri Lankę w warzywa. Za nim jednak tam doszliśmy, to mieliśmy kilka postoi przy stoiskach z owocami. Kupiliśmy 0,5 kg bananów, dwie mandarynki i dziwny owoc, którego nazwy nie pamiętam. Wszystko było obłędne w smaku. Targ warzywny okazał się być ogromną halą. Chaos, liczni sprzedawcy, kupcy, różnorodność towaru itd. To miejsce żyło. Gdyby tylko mieć taki targ blisko domu.

W drodze powrotnej kupiliśmy sobie sim kartę z sieci Etisalat. Za kwotę 250 lkr dostaliśmy 1 GB internetu i liczne minuty do wykorzystania na Cejlonie. Karta posiadała 50 lkr na rozmowy międzynarodowe, które straciłem w 15 sekund dzwoniąc do Polski. Wieczorem zjedliśmy jeszcze kolację w lokalnej restauracji, zrobiliśmy zakupy na śniadanie i poszliśmy spać. Wczesnym rankiem czekał nas bowiem wyjazd do Sygiriji.

Dzień 4

Pierwszy raz wstaliśmy tak wcześnie na Sri Lance. Pobudka była zaplanowana na 7:00, ponieważ umówiliśmy się z kierowcą tuk tuka, że odbierze nas z hotelu o 7:30. Tego dnia obraliśmy kierunek Sigirija. Wejście na Lwią Skałę wiąże się z pokonaniem wielu schodów (skała ma ok. 200 m wysokości), dlatego najlepiej rozpocząć wędrówkę rano, gdy pokrywa je cień. Od Dambulli do Sygiriji jest ok. 16-17 km. Umówiliśmy się z kierowcą, że za podróż w dwie strony zapłacimy mu 1500 lkr. Bilety wstępu kupiliśmy w kasie za 7800 lkr (w cenie biletu zwiedzanie muzeum). Jak do tej pory była to najdroższa atrakcja, którą odwiedziliśmy, jednak przez wszystkich słusznie polecana.

Historia Lwiej Skały nie jest skomplikowana i jak to zwykle bywa, dotyczy konfliktów rodzinnych. Dawno temu panował sobie król Dhatusen, który miał dwóch synów – Mogallana i Kassapę. Pierwszy z nich był starszy i to jemu przypadało przejęcie dziedzictwa po ojcu. Młodszy nie mógł się z tym pogodzić i dokonał przewrotu w pałacu. Ojciec został zabity, a Mogallan zdołał uciec z garstką swoich zwolenników do Indii. Po tym incydencie władzę przejął Kassapa, który na skale zaczął budować pałac oraz twierdzę. Jej zadaniem była obrona przed ewentualnymi atakami wroga (Mogallana). Jedyną możliwością dostania się na górę były schody wykute w skale. Świetnie rozbudowana fortyfikacja, zbudowane zbiorniki na wodę i spichlerz na żywność umożliwiały przeżycie kilkunastomiesięcznego oblężenia. Po 18 latach tworzenia nowej armii na wyspę wrócił Mogallan. Jego wojsko było potężne, dlatego też bez trudu zdołał pokonać młodszego brata. Z kolei Kassapa w obliczu swojej klęski, podciął sobie gardło sztyletem. Po pokonaniu połowy schodów obserwować można malowidła, na których są kochanice króla. Na samej górze stoją już niestety tylko ruiny pałacu. Dookoła rozprzestrzenia się przepiękny widok na okolicę.

Po zejściu z Lwiej Skały skierowaliśmy się na parking, gdzie czekać miał nasz kierowca. Za nim jednak tam doszliśmy musieliśmy pokonać grupę sprzedawców oferujących towar przeróżny. Jeden z nich zaproponował nam „magiczną skrytkę” za 2 euro. Dzień wcześniej oferowano nam taką samą za 1800 lkr ( przecena z 2500 lkr). Kiedy nasz bajerant przeliczył to na rupie, to wyszło mu już 6500 lkr (gdzie 1 euro = 150 lkr). Szkoda, że nie mieliśmy przy sobie 2 euro. Chciałbym widzieć jego minę, gdy wręczyłbym mu monetę o takiej wartości i zabrał pudełko.

Na parking nasz dyliżans był już podstawiony. Kierowca zaproponował, że zabierze nas do tajemniczego miejsca, gdzie można pojeździć na słoniach. Jak się okazało, tajemnicze miejsce było ogólnodostępne i znajdowało się przy głównej drodze. Odmówiliśmy wzięcia udziału w wątpliwie fascynującej przejażdżce, zważywszy na fakt, że słoń wyglądał na zmarnowanego. Koszt tej atrakcji miał nas wynieść 40$ (pierwsza cena 50$).

Dwa kilometry dalej zobaczyliśmy za to słonie zażywające kąpieli. Zazdrościłem im wtedy ich położenia (sam chętnie wykąpałbym się w rzece w ten skwar). Na dodatek jeden z nich wygrał usługę masażu, który zrobiły mu turystyki z Niemiec (usługa płatna u właściciela). Słoń był bez wątpienia w siódmym niebie. Z wielkiej radości wystrzelił wodą z trąby wprost w jedną z nich.

Kierowca naszego tuk tuka podczas jazdy wspomniał o ogrodzie z przyprawami, gdzie wejście jest „za darmo”. Pandzię ten temat interesował, więc postanowiliśmy ogród zobaczyć. Przydzielono nam przewodnika, który pokazał i opisał poszczególne rośliny. Zaoferował też masaże z wykorzystaniem olejków powstających na bazie roślin dostępnych w ogrodzie. Usługa ta była płatna ‚co łaska’. Skorzystaliśmy z oferty i za 1000 lkr (tyle daliśmy masażystom) wymasowano nam głowy, plecy i ręce. To było mocno orzeźwiające doświadczenie.

Po powrocie do Dambulli mieliśmy szczęście, bo akurat zjawił się autobus do Kandy. Brakowało jednak dla nas miejsc siedzących. W trakcie jazdy zwolniło się jedno i Pandzia mogła usiąść. Ja zmuszony byłem wciąż stać, trzymając się przy tym wszystkiego, co miałem pod ręką. Jazda autobusami na Sri Lance to zupełnie inna rzeczywistość, niż u nas. Tylko 10 razy w przeciągu 30 min. widziałem jak wjeżdżamy w pojazd po drugiej stronie. Połowa drogi minęła i zwolniło się także drugie miejsce.  Podczas jazdy Pandzia nawiązała kontakt wzrokowy z małym lankijskim chłopcem, któremu podarowała (i jego siostrze) ołówki oraz balony. W zamian dostała od niego słodką pomarańczę.

W Kandy jak to w Kandy, napiliśmy się pysznych wyciskanych soków, a później przyszła burza i lało jak z cebra.

Dzień 5

Prognozy na ten dzień nie były optymistyczne. Zapowiadano całodniowe opady deszczu. Było to nam nie na rękę, ponieważ chcieliśmy jechać do Nuwara Eliya i spędzić dzień na zwiedzaniu lokalnych atrakcji. Na szczęście poranek był ładny, więc pieszo dotarliśmy do dworca kolejowego i kupiliśmy bilety do Nanu Oya (pociąg nie dojeżdża do Nuwara Eliya). Koszt  przejazdu wyniósł nas 180 lkr (3 klasa).

Pociąg do Kandy przyjechał o 8:55, parę minut po planowanym przyjeździe. Na dworcu czekało wielu turystów i Lankijczyków. Nam odrazu udało się znaleźć wolne miejsca w pociągu, dlatego byliśmy zadowoleni, że nie przyjdzie nam odbyć ponad 3,5 h podróży na stojąco. Wstyd to pisać, ale lankijskie pociągi są lepsze od naszych. Dużo miejsca na nogi, nowe i wygodne siedzenia, toalety. Na dodatek mają zamontowane wiatraki przy suficie, które całą drogę chłodzą wagony.

Droga z Colombo do Kandy w ogóle mnie nie zachwyciła, czego nie mogę powiedzieć o dalszej trasie: Kandy – Nanu Oya. W końcu ujrzeliśmy te wszystkie cudowne pola herbaciane. Pociąg jechał wysoko w górach, dookoła rozprzestrzeniały się zielone doliny. Gdzieniegdzie można było już dostrzec kobiety zbierające liście herbaty. Słowa nie oddadzą piękna tej trasy. Jechaliśmy tyle czasu, a na koniec podróży i tak nie chciało się wysiąść z pociągu.

Na peronie zaczepił nas chłopak i zapytał czy nie chcemy skorzystać z jego tuk tuka. Od stacji Nanu Oya do Nuwara Eliya jest jeszcze do pokonania 10 km. Nie chciało nam się tłuc z bagażami tanim autobusem (za 23 lkr/osoba), dlatego za 400 lkr pojechaliśmy razem z nim do hotelu. W trakcie jazdy pokazał nam foldery z atrakcjami i prywatną księgę gości, którą prowadzi. Odradzał nam wizytę w Pedro Tea Factory położonej 4 km od centrum miasta (bo nie jest  darmowa) na rzecz innej fabryki położonej 25 km dalej. Za zawiezienie nas tam oraz objazd po 5-ciu wodospadach znajdujących się po drodze chciał 3000 lkr. No way. Podziękowaliśmy grzecznie i poszliśmy się zameldować w hotelu. Przy okazji zapytaliśmy właściciela czy poleca wizytę w fabryce Pedro i odpowiedział, że jak najbardziej.

Do Pedro Tea Factory pojechaliśmy tuk tukiem za 300 lkr (zapomniałem, że umówiliśmy się na 200 lkr, a kierowca niespecjalnie mi to chciał przypomnieć). Na miejscu przywitała nas miła pracownica fabryki, która sprzedała nam wejściówki po 200 lkr. Musieliśmy poczekać trochę czasu na przewodnika, który zabrał nas i sporą grupę na zwiedzanie fabryki. W trakcie wycieczki zobaczyliśmy wszystkie maszyny niezbędne do produkcji herbaty oraz poznaliśmy poszczególne etapy jej wytwarzania. Zwiedzanie trwało ok. 20 min. i zakończyło się filiżanką herbaty.

Przed wyjściem z fabryki zapytaliśmy naszego przewodnika, czy możemy pochodzić po polach herbacianych w celu poszukania zbieraczek liści. Gdy otrzymaliśmy pozwolenie rozpoczęła się dla nas wspaniała wędrówka. Chodziliśmy wydeptanymi ścieżkami w otoczeniu pięknych krajobrazów. Spotkaliśmy dzieciaki, którym wręczyliśmy długopisy (na Sri Lance wiele dzieci prosi o coś do pisania). Radości, która malowała się na ich twarzach nie zapomnę do końca życia.

Po powrocie na główna drogę złapaliśmy tuk tuka, który ponownie za 300 lkr wywiózł nas jeszcze wyżej, a konkretnie w okolice wodospadu Lover’s Leap. Tuk tuk dojechał tylko do pewnego miejsca, po czym musieliśmy przejść jeszcze kawałek do wodospadu. Nie jest to jakiś spektakularny wodospad, bardziej kameralny, w ładnym otoczeniu. Po zrobieniu zdjęć zaczęliśmy schodzić ścieżką w kierunku centrum. Zatrzymała nas grupa dzieci – chłopiec i dwie dziewczynki. Poprosili nas o długopisy. Niestety, nie mieliśmy dla wszystkich (został nam tylko 1). Ostatni długopis wręczyliśmy chłopczykowi. Dziewczynki były wyraźnie zawiedzione, lecz my zupełnie byliśmy wyczyszczeni z puli przygotowanych na ten dzień prezentów. Moja nadmierna wrażliwość podpowiedziała mi, że musimy zejść na dół do sklepu i coś dziewczynkom kupić. W sklepie nabyłem długopisy, ciastka i lizaki, a następnie wróciliśmy na górę. Dzieciaki widziały już nas z daleka, że idziemy. Mało tego, poinformowały o tym fakcie resztę kolegów i koleżanek, które także przybiegły. Reklamówka ze smakołykami rozeszła się w kilka sekund, a my z poczuciem zrobienia dobrego uczynku wróciliśmy do hotelu.

Dzień 6

W ostatnich dniach budziliśmy się z samego rana. W tym dniu nie zmieniliśmy przyzwyczajenia. Chcieliśmy jak najszybciej pojechać do miejscowości Ohiya i tam odbyć trekking pośród gór i dolin. Pierwszy pociąg mieliśmy o 9:30 i właśnie na niego zależało nam zdążyć. Przed godziną 8 zjedliśmy śniadanie będące w cenie noclegu, a następnie zeszliśmy do głównej drogi i złapaliśmy tuk tuka na stację w Nanu Oya. Przejazd kosztował ponownie 400 lkr.

Pociąg, którym jechaliśmy był towarowo-osobowy. Miał dwa wagony dla podróżnych (tylko 3 klasa), więc w środku było trochę tłoczno. Znaleźliśmy sobie miejsce do siedzenia, choć czekała nas tylko godzina drogi. Pociąg wyjechał ze stacji 3 min. po czasie, czekając aż przyjedzie skład z drugiej strony. Podróż faktycznie trwała nieco ponad godzinę i ponownie obfitowała w piękne widoki. Na stacji głównej pociąg nie zatrzymał się przy peronie, więc czekał nas test sprawności fizycznej przy przeskakiwaniu z szyn na sąsiedni peron.

Ohiya to miejscowość mniejsza, niż te które zdążyliśmy do tej pory odwiedzić. Tuk tuków jednak dla wszystkich starczyło. Chłopak, który na peronie pomógł nam z bagażami zawiózł nas do hotelu Hill Safari. Za przejazd zapłaciliśmy 500 lkr (5 km), bo droga była tragiczna do jazdy.

Hotel położony jest w górach, a widok z niego na okolicę zapiera dech w piersiach. Nad cudowną doliną unosi się mgła, która potęguje pozytywne wrażenia. Przed trekingiem zrobiliśmy szybkie pranie, bo pogoda sprzyjała późniejszemu schnięciu (od 3 dni próbowałem wysuszyć majtki).

Nasz trekking po okolicznych wzgórzach, pośród plantacji herbaty, w otoczeniu kóz i psa przewodnika, który chodził z nami przez cały czas, przyniósł nam masę pięknych zdjęć.
Do hotelu wróciliśmy po 15 i resztę dnia spędziliśmy grając w UNO oraz czytając o Równinach Hortona, które mieliśmy odwiedzić kolejnego dnia.

Dzień 7

Pobiliśmy rekord. Podniosłem się z łóżka o 5:20, a Pandzia 45 min. wcześniej, ponieważ odbywała kurs gotowania w hotelowej kuchni. Całe to poświęcenie z powodu wyjazdu do Parku Narodowego Horton Plains. Cały park jest płaskowyżem rozciągającym się na wysokości 2000 m. Na jego terenie znajdziemy bujną faunę i florę. Niektóre z kwiatów zakwitają co 12 lat! Największą atrakcją Równin Hortona jest niewątpliwie punkt widokowy, który określa się „Końcem Świata” (strome kilkusetmetrowe zbocze, z którego rozprzestrzenia się zapierający dech w piersiach widok). Inną atrakcją jest niżej położony punkt widokowy (Mały Koniec Świata) oraz wodospad Bakera.

Transport do parku mieliśmy załatwiony przez szefa hotelu. Bez wątpienia w małej miejscowości Ohiya prowadzony jest profesjonalny biznes. Właściciel hotelu ma monopol na organizowanie wyjazdów do parku. Ciężko było dogadać się bezpośrednio z kierowcami tuk tuka, którzy czekają na telefon od właściciela Hill Safari. Kwota jaką przyszło nam zapłacić wynosiła 2200 lkr (przejazd z hotelu do parku i z parku na stację kolejową). Na początku uważaliśmy, że to bardzo wygórowana cena. Jednak kiedy zobaczyliśmy całą trasę to zmieniliśmy zdanie. Drogę do parku można pokonać także pieszo, ale do przejścia jest wiele km pod górkę. Na Równiny Hortona najlepiej przybyć wcześnie rano, bo później pojawia się wiele chmur i nie ma już tak dobrych widoków. My wyjechaliśmy z hotelu o 6 rano, więc myślę, że pieszą wędrówkę należałoby zacząć ok. 3-4 w nocy.

Do bram parku dotarliśmy o 6:30. Choć pora była wczesna to już zaczynało robić się ciepło. Wejście na Równiny Hortona kosztowało nas aż 5500 lkr (wejście pojedynczo kosztuje trochę więcej). Po zakupie biletów, do głównego szlaku czekała nas jeszcze jedna przejażdżka tuk tukiem. Podczas jazdy ukazało nam się stado sambara lankijskiego. Jest to przedstawiciel rodziny jeleniowatych, który żyje jedynie na Sri Lance.

Trekking rozpoczęliśmy równo o 7. Do pokonania mieliśmy około 9 km. Kierowca tuk tuka odebrać nas miał o 10. Po okazaniu biletów, głównym szlakiem doszliśmy do rozwidlenia dróg. Postanowiliśmy skręcić w lewo, ponieważ gwarantowało to szybsze dotarcie do punktów widokowych, na których nam najbardziej zależało. Do pierwszego z nich szliśmy pół godziny, do drugiego następne 30 minut. Szlak nie jest szczególnie wymagający. W niektórych miejscach trzeba było się wysilić, ale każdy z łatwością go pokona. Trasa wiedzie przez lasy, puszcze i łąki. Gdzieniegdzie płynie rzeczka, słychać wiele dźwięków przyrody. Ogólnie sielskie klimaty. Nam pogoda udała się w 100% – było słonecznie i bezchmurnie. Koniec Świata zrobił na nas wrażenie. Mając sporo czasu w zapasie rozsiedliśmy się na kamieniach u jego zbocza. Zjedzenie śniadania w takich okolicznościach było czymś wspaniałym. Równie ciekawym okazał się być wodospad choć mieliśmy już okazję widywać bardziej okazałe.

Na parking wróciliśmy przed 10, skąd pojechaliśmy tuk tukiem na stację kolejową. Naszym kolejnym celem stało się Haputale, w którym nic szczególnego nie planowaliśmy. Na miejsce dotarliśmy godzinę później, bo o tyle był opóźniony pociąg. Nasze wyjście ‚na miasto’ zakończyło się ponad godzinnym siedzeniem w sklepie (syn właściciela przyniósł nam krzesła, żebyśmy nie stali), bo przyszła wielka ulewa. Między wielkim deszczem a mżawką udało nam się przebiec do lokalnej jadłodajni, gdzie zjedliśmy pyszny obiad. To już drugi dzień z kolei, gdzie dostaliśmy genialny posiłek, na który składały się lankijskie przysmaki.

Dzień 8

W końcu przyszedł czas na odespanie. Nie musieliśmy się spieszyć, bo nasz pociąg do Ella odjeżdżał dopiero o 11:40. Suma sumarum wstaliśmy i tak przed 8 bo tej godzinie mieliśmy zejść na śniadanie. Niestety, ale wczorajszy obiad nam nieco zaszkodził i od rana nasze żołądki wariowały.

Hotel opuściliśmy godzinę przed odjazdem pociągu. Znaliśmy trasę, więc nie korzystaliśmy z tuk tuka. Na stacji poinformowano nas, że pociąg przyjedzie z opóźnieniem. Nie pozostało nam nic innego jak czekać. Ostatecznie pociąg przyjechał z ponad 60-minutowym opóźnieniem. Bilet na trasie Haputale – Elle kosztował nas 50 lkr.

Po przyjeździe do Ella scenariusz był taki sam jak w innych miastach. Pełno naciągaczy rzuciło się od razu na turystów. Nasza rozmowa z nimi zakończyła się, gdy kierowca tuk tuka za przejechanie 1,5 km zażądał 250 lkr. Do hotelu doszliśmy po następnych 20 min. spaceru. Na miejscu wynikło małe zamieszanie z naszą rezerwacją, ale sytuacja została szybko opanowana. Nie chcieliśmy dłużej tracić czasu, więc wrzuciliśmy tylko plecaki do pokoju i ruszyliśmy na Mały Adam’s Peak. Od naszego hotelu do drogi rozpoczynającej podejście było raptem 100 m.

Little Adam’s Peak jest mniejszym bratem Adam’s Peak, czyli szczytu mającego 2243 m wysokości, który jest miejscem kultu religijnego i gdzie podobno sam Budda odcisnął swoją stopę. Droga na Mały Szczyt Adama jest łatwa do przejścia. Jedyną trudność może stanowić upał, dlatego zaleca się pokonanie szlaku rano lub po południu. My podejście zaczęliśmy o 16:00 i pół godziny później podziwialiśmy już widoki z góry. Po drodze spotkaliśmy wielu turystów, bo szlak cieszy się sporą popularnością.

Po małym trekkingu zapragnęliśmy zapełnić żołądki, co uczyniliśmy w centrum miasta. Ella wydaje się być nowym wymiarem Sri Lanki. Ładne i czyste restauracje, serwis taxi, muzyka europejska (najbardziej przypadło mi do gustu techno w rozpadającym się prawie stanowisku z warzywami i owocami), no i ceny, które były zdecydowanie wyższe od tych, do których się już przyzwyczailiśmy. Zjedliśmy w końcu coś innego niż ryż z warzywami (naleśniki z serem crud i miodem), a następnie wróciliśmy do hotelu, żeby odpocząć przed trekkingiem na Ella Rock, który miał się odbyć kolejnego dnia.

Dzień 9

Zgodnie z radą ojca rodziny, u której wynajmowaliśmy pokój, na Ella Rock wyszliśmy przed 8. Miało być chłodniej a było jak zawsze (nie narzekam, wtedy w Polsce zalegał śnieg). Ścieżka na Ella Rock nie jest dobrze oznaczona. Z mapki wynikało, że musimy dojść do torów, przejść nimi kawałek, a następnie skręcić gdzieś w lewo i później iść do góry. W sumie proste, ale w praktyce wyszło troszkę inaczej.

Dojście z hotelu do torów zajęło nam 15 min. Można na nie wejść po dojściu na stację kolejową albo skręcając w lewo przed tunelem w boczną drogę (w tym wypadku nie kierujemy się drogą idącą na stację lecz idziemy jeszcze jakieś 60 m do przodu). Będąc na torach kierujemy się w lewą stronę  (zakładając, że naszą wędrówkę rozpoczęliśmy idąc od strony centrum).

Torami szliśmy dobre 30 min. Po drodze minęliśmy 3 miejsca, do których warto wstąpić na świeże, przepyszne i najtańsze w Ella soki. Idąc przed siebie doszliśmy do mostu, który należy przejść, a następnie do stacji kolejowej. Po przejściu stacji, za jakieś 300 m trzeba wypatrywać skały po lewej stronie, za którą znajduje się główne wejście. Na kamieniu jest napisane niewyraźnie niebieską farbą – Ella Rock i jest namalowana strzałka. Po wejściu na właściwą trasę przechodzimy mostek, obchodzimy pola ryżowe (praktycznie w całości) i dochodzimy do rozwidlenia dróg. Pierwsza z nich prowadzi prosto, druga biegnie obok zielonego domu stojącego na wzniesieniu. Wybieramy drugą opcję i następnie idziemy do celu wydeptaną ścieżką.

My niestety przegapiliśmy główne wejście. Lada chwila pojawił się człowiek, który podpowiedział nam, że musimy kawałek zawrócić. Podziękowaliśmy i poszliśmy. Po chwili ten sam starzec wyprzedził nas i zaczął się kręcić na naszej trasie. W końcu zrównał się z nami i nic nie mówiąc zaczął nas „prowadzić”. Wiedziałem już wtedy, że to pseudoprzewodnik, który po wejściu na górę zażąda pieniędzy. Gdy doszliśmy do punktu, z którego następuje już tylko podejście, faktycznie chciał kasę. My oczywiście nic mu nie zapłaciliśmy, bo na nic się nie umawialiśmy.

Zdecydowanie wejście na Ella Rock jest bardziej wymagające, niż na Little Adam’s Peak. i zmęczyło nas niemiłosiernie. Nie byliśmy jedynymi turystami, którzy ledwo oddychali. Jednak wszyscy po chwili trudu mogliśmy obserwować piękne widoki. Na górze spędziliśmy trochę czasu po czym tą samą trasą zeszliśmy do miasta. W miejscowym supermarkecie kupiliśmy potrzebne nam rzeczy, po czym wróciliśmy do hotelu, żeby zrobić pranie i napisać kilka kartek.

Dzień 10

Ostatni dzień pierwszej części pobytu na Sri Lance nie należał do najprzyjemniejszych. Następnego dnia czekał nas lot na Malediwy, więc musieliśmy przejechać z miejscowości Ella do Negombo, które znajduje się najbliżej lotniska. Środkiem transportu, na który postawiliśmy tego dnia był oczywiście pociąg. Ze względu na to, że pociąg do Colombo jechał kilka godzin (ponad 9h, 280 km), to zdecydowaliśmy się kupić bilety na 3 klasę z rezerwacją miejsc. Za bilety na odcinku Ella – Colombo zapłaciliśmy 800 lkr. Wracaliśmy tą samą trasą, którą każdego dnia pokonywaliśmy po kawałku. Tym samym na pożegnanie z centralną częścią Sri Lanki mogliśmy ponownie przypomnieć sobie widoki, które nam oferowała. Do stacji Colombo Fort dojechaliśmy kilka minut po 16 (z Ella wyjechaliśmy o 6:50).

Do Negombo mieliśmy dotrzeć  autobusem, ale przez opóźnienie z jakim przybyliśmy do stolicy, zgraliśmy się z pociągiem jadącym w tamtym kierunku. Był to pociąg osobowy, posiadający tylko 3 klasę. Bilety kosztowały nas 80 lkr (1:20h).
W Negombo przy dworcu odbywał się targ. Chcieliśmy zobaczyć co oferują sprzedawcy, dlatego wybraliśmy drogę do hotelu biegnącą przez targowisko. Nie był to jednak przemyślany pomysł. My obładowani plecakami, mieszkańcy żądni nowych ciuchów. Walka o pozycję trwała nieustannie. Po zostawieniu bagaży w hotelu poszliśmy zjeść kolację. Następnie kupiliśmy w markecie niezbędne rzeczy na Malediwy, przepakowaliśmy plecaki (zostawiając zimowe rzeczy na Sri Lance, na którą mieliśmy jeszcze wrócić) i położyliśmy się spać. W nocy na lotnisko dotarliśmy tuk tukiem za 750 lkr. To był moment, w którym rozstaliśmy się ze Sri Lanką na tydzień czasu.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *