W ostatniej chwili. Kathmandu.

Opublikowano Kathmandu Nepal Patan

Dzień 1

Z lotniska do centrum miasta pojechaliśmy taksówką. Wszyscy kierowcy chcieli 700 NPR, co jest barbarzyńską, oficjalną stawką na lotnisku. Gdy ktoś z obsługi opowiadał nam bajki, że to bardzo tanio, nagle podszedł jakiś facet i rzucił do nas „Thamel 500 rupii, chodźcie za mną”. To już nam bardziej pasowało zwłaszcza, że poznaliśmy Polkę, która była z chłopakiem i do centrum mieliśmy jechać w 4 osoby. Facet okazał się niezrzeszonym taksówkarzem. Dowiózł nas do Thamelu z przygodami (w pewnym momencie musieliśmy pchać samochód, bo nie chciał odpalić). Z racji, że jechaliśmy w czwórkę za przejazd zapłaciliśmy tylko 250 NPR. Pieniądze mieliśmy z wymiany dolarów w jednym z lotniskowych kantorów. Kurs na lotnisku wynosił 98 NPR za dolara (przy stanowisku wizowym) i 97 NPR w hali przylotów.

Hotelu nie musieliśmy długo szukać, bo kierowca wysadził nas pod samymi drzwiami. Nasze zameldowanie odbyło się szybko i bez problemu. W recepcji powiedziano nam, że często nie ma prądu w gniazdkach ze względu na przerwy w dostawie. Jest to rzecz charakterystyczna w Nepalu i nie byliśmy tym zaskoczeni. Tego dnia nie mieliśmy nic do zwiedzania. Interesowało nas tylko wyciągnięcie gotówki z bankomatu. Pierwsze trzy maszyny, które odwiedziliśmy były puste i nie chciały wydać żądanej kwoty. Dopiero kolejny się zlitował ratując nas od ubóstwa. Za wypłatę z bankomatu pobierana jest opłata w kwocie 400 NPR. Jednorazowo można wypłacić maksymalnie 35 tyś. NPR (350$).

Tego dnia pochodziliśmy jeszcze po dzielnicy, w której mieszkaliśmy. Thamel, bo tam znajdował się nasz hotel, to dzielnica turystyczna. Słynie z wielu sklepów, gdzie można kupić podróbki górskich ciuchów znanych marek (przede wszystkim The North Face). To właśnie w tym miejscu wszyscy turyści doposażają się przed trekkingiem. Należy pamiętać przede wszystkim o tym, że towar nie jest najlepszej jakości (choć widzieliśmy sporo rzeczy co najmniej dobrej) i że bez targowania nie mamy co tam robić. Oprócz ciuchów na Thamelu można nabyć płyty DVD z filmami i muzyką (u nich wszystko bez skrupułów można kopiować), sprzęt fotograficzny, a z rzeczy bardziej ekstremalnych hasz i inne używki (sprzedawane na ulicy przez dilerów). Zakupy można robić w marketach, które są dobrze wyposażone. Jeśli chodzi o jedzenie to pierwszego dnia trafiliśmy przypadkowo do restauracji Gilingche, gdzie praktycznie za darmo można zjeść naprawdę dobre lokalne jedzenie. Odwiedzaliśmy to miejsce także w kolejnych dniach, bo bardzo nam podpasowało.

Dzień 2

Drugiego dnia mieliśmy już trochę ambitniejsze plany. Przede wszystkim musieliśmy znaleźć pralnię i zdobyć pozwolenie na trekking wokół Annapurny. Pierwszą kwestię rozwiązaliśmy szybko, bo pralnia znajdowała się przy naszym hotelu. Z drugą było trochę ciężej, bo za nim doszliśmy do oficjalnego biura turystycznego w Kathmandu, to musieliśmy pokonać 2 km w towarzystwie setek Nepalczyków. Spacerowanie po ulicach miasta jest okropne i bardzo męczące. Wszędzie unosi się zapach spalin i pył. Ludzie zmuszeni są chodzić w maskach, bo ciężko jest im w ogóle oddychać. Trzeba wciąż mieć oczy dookoła głowy, bo pędzący na motorach Nepalczycy za nic mają idących ludzi. Na dodatek tak uwielbiają pluć, że nie zauważają jak przez przypadek opluwają samych siebie.

Ostatecznie doszliśmy do centrum turystycznego, choć musieliśmy zmierzyć się ze złymi podpowiedziami miejscowych. Na miejscu wypełniliśmy trochę papierków i co gorsza zostawiliśmy sporo gotówki. Za wszystkie pozwolenia i wyrobienie zielonej karty (dla indywidualnych turystów), zapłaciliśmy łącznie 84$ (8400 NPR). Do wyrobionych dokumentów były nam potrzebne 4 zdjęcia paszportowe.

Z biura turystycznego postanowiliśmy pójść zobaczyć pierwszą z atrakcji w pobliżu Thamelu. Była nią świątynia Pashupatinath – pagoda o złotym dachu, najbardziej czczone miejsce w Nepalu przez Hindusów. Główną atrakcją tego miejsca jest możliwość zobaczenia ceremonii kremacji zwłok na otwartej przestrzeni. Chcieliśmy się tam dostać na początku taksówką, ale jak zwykle facet zażądał kwoty z kosmosu. My nieczuli na takie propozycje podziękowaliśmy i poszliśmy przed siebie. Taksówkarz chyba domyślił się, że nie jesteśmy frajerami i zaczął za nami biec z nową ofertą (o 300 rupii niższą). Nowa cena także do końca nam się nie spodobała, więc zdecydowaliśmy się na spacer. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym jak bardzo stolica Nepalu jest nieprzyjazna turystom. Samo przejście przez jezdnię to niesamowita przygoda. W zasadzie czy przechodzi się po pasach, czy w nieoznakowanym miejscu to nie ma znaczenia – nikt i tak się nie zatrzyma. W wielu miejscach brakuje chodników, więc chodzi się po jezdni. Tłumy na ulicach i pełno kurzu dookoła doprowadzają do szału. Na dodatek co chwila lokalsi wskazują inną drogę do świątyni. W końcu, gdy doszliśmy do pagody naszym oczom ukazała się tabliczka „wstęp 1000 rupii”. Chyba zwariowali. Wiedzieliśmy o innym wejściu, gdzie nie sprawdzają biletów. Pomimo, że nie jesteśmy za oszukiwaniem, to narzucona cena biletów nas do tego zmusiła. Okazało się jednak, że „dziura” została załatana, bo wszędzie zrobili bramki z kasami. Ostatecznie odpuściliśmy sobie oglądanie tej atrakcji. Uznaliśmy, że wejście na 10 minut do miejsca, które mimo że jest święte, to pełno tam śmieci, wszystko dla turystów jest pozamykane, a robienie zdjęć ‚świętym mężom” dodatkowo płatne, nie jest warte naszych 20$. Gdyby to była pierwsza świątynia, którą oglądaliśmy w Azji, to jeszcze byśmy to zaakceptowali, ale widzieliśmy już wiele podobnych.

Po pierwszej nieudanej próbie zwiedzania przeszliśmy do największej stupy buddyjskiej w Nepalu – Bodhnath. Wejście na teren, gdzie jest postawiona kosztowało nas 500 NPR. Wnętrze stupy skrywa podobno relikwie Buddy Kaśjapy. Dookoła niej postawiony jest mur, w którym umieszczonych jest 147 młynków modlitewnych i które powinno się wprawiać w ruch podczas obchodzenia. Przy stupie sporo ludzi modliło się w sposób charakterystyczny dla tej religii (kładąc się na drewnianych dywanach).

Po obejrzeniu stupy wsiedliśmy do taksówki i za 400 NPR pojechaliśmy do Durbar Square, czyli na główny plac miasta. Oczywiście i w tym miejscu czekała na nas opłata za wejście. Obecnie jest to 750 rupii (i pomyśleć, że przebywanie na rynku we Wrocławiu jest darmowe). Na miejscu okazało się, że nikt nie chce nam sprzedać biletów, no i my się za bardzo nie upominaliśmy o nie. Suma sumarum główny plac obejrzeliśmy za darmo. A do oglądania było kilka świątyń, posągów, pałac królewski i kobiecy protest przeciwko złemu traktowaniu ich przez mężczyzn. Był to ostatni punkt, który mieliśmy zaplanowany na ten dzień.

Dzień 3

Trzeci dzień w Kathmandu toczył się pod dyktando „wielkich zakupów” w dzielnicy Thamel. Wylatując w lutym z Polski siłą rzeczy musieliśmy zabrać ze sobą trochę zimowych rzeczy. W Nepalu do trekkingu potrzebnych nam było parę drobnostek.

Pierwszą i najważniejszą były śpiwory. Dowiedzieliśmy się, że w guest housach podczas trekkingu rozdają koce. Uznaliśmy, że nie będziemy potrzebować śpiworów na minusowe temperatury, dlatego skupiliśmy się na tych standardowych. Przeszliśmy wiele sklepów słuchając o świetnej jakości rzeczy sprzedawanych na Thamelu. Ceny niestety nie były już takie świetne. Targowanie nic nam nie dało, bo nasze i sprzedawców propozycje nie chciały się pokryć. My niestety za szmelc nie chcieliśmy przepłacać. Ostatecznie nabyliśmy dwa śpiwory w cenie 15$/sztuka dzięki pomocy opiekuna hostelu, w którym mieszkaliśmy. Zaprowadził nas do odpowiedniego sklepu i rozmowy odrazu zaczęły się inaczej toczyć.

Kolejną rzeczą były okulary przeciwsłoneczne. Na Thamelu wybór był tragiczny. W większości takie okulary można dostać na festynach. Widzieliśmy parę lepszych sztuk, ale ponownie cena zniechęciła nas do zakupu. Kupiliśmy zwykłe okulary po 5$ za sztukę. Cena początkowa to 10$. Dla porównania w wiosce przed miejscowością Manang facet sprzedawał bardzo podobne za 3$ bez targowania.

Długo zastanawialiśmy się nad pelerynami przeciwdeszczowymi i w końcu kupiliśmy je za 8$/sztuka. Dostępne były także tańsze, ale gorszej jakości. Za nasze peleryny pewnie przepłaciliśmy (targowanie zaczęło się od 14$/sztuka), ale najważniejsze, że wywiązały się z zadania w 100%, chroniąc nas skutecznie przed deszczem. Chodząc po Thamelu w nasze posiadanie weszła także czołówka za 5$, litrowy bukłak firmy Mamrot za 3$ (metalicznego zapachu nie mogliśmy się pozbyć nawet po milionie wyparzeń) i nakładka ogrzewająca za 2,5$.

Najbardziej ucieszyłem się z zakupu rękawiczek The North Face za 10$, które były świetnej jakości (tutaj nie ironizuję) oraz getrów termicznych z polarem firmy Mammut za 11$. Oczywiście wszystko podrobione, bo bez oryginalnych metek. Jednak taka jakość, za taką cenę uważam za dobry deal. W jednym sklepie facet chciał mi sprzedać takie same rękawiczki, ale za cenę 20$. Wszedłem z nim w dyskusję, dlaczego tak drogo. Odpowiedział, że rękawiczek o takiej jakości nikt mi taniej nie sprzeda. Jakie było jego zdziwienie, gdy wyciągnąłem zakupioną przeze mnie sztukę i powiedziałem mu, że kosztowały mnie tylko 10$. Jego nastawienie zmieniło się diametralnie i momentalnie chciał sprzedać nam kolejną parę za 10$. Nie zdecydowaliśmy się na nie, ale w zamian kupiliśmy dwie wełniane czapki za 3,5$/sztuka z symbolami Nepalu.

Z rzeczy ubraniowych to byłoby na tyle. Oprócz nich kupiliśmy standardowe leki na ból gardła, kaszel oraz witaminy. Nasza apteczka kosztowała nas 10$ (w tym niezbędny krem przeciwsłonecznych 50 UV) i przydała się na trekkingu. Ponadto kupiliśmy tabletki do uzdatniania wody za 2,5$, z których nie korzystaliśmy (do wody zakupionej na szlaku w stacjach z filtrowaną wodą, wrzucaliśmy rozpuszczalną multiwitaminę).

Nie wiedzieliśmy czy bez problemu będziemy mogli korzystać z kontaktów w guest housach na szlaku, więc kupiliśmy adaptery. Standardowy adapter do gniazdek azjatyckich kosztował nas 1,2$, natomiast drugi z końcówkami na USB (1×2,1A oraz 1×1A) 4,5$. Oba adaptery nie były nam przydatne, bo kontakty były takie jak u nas w kraju.

Ostatnie zakupy na trekking zrobiliśmy w markecie. Kupiliśmy kilka batoników, ciastek, przekąsek i 4 zupki chińskie. Gdybym miał jeszcze raz iść na ten sam trekking, to kupiłbym o połowę mniej słodyczy (mi podczas wędrówki w ogóle nie chciało się jeść, a dźwigać ktoś to musiał). Większość słodyczy poszła w ręce nepalskich dzieciaków.

Podsumowując, jeśli ktoś jedzie tylko do Nepalu (a nie jest to dla niego jedna z kilku destynacji tak jak w naszym przypadku) i ma w planach odbyć trekking to najrozsądniej jest kupić wszystkie rzeczy w kraju. Rzeczy na Thamelu sprzedawane są jak oryginalne, a sprzedawcy niechętni do targowania. Na pewno za podobne pieniądze uda nam się kupić oryginalne rzeczy o lepszej jakości i właściwościach w Polsce. My byliśmy bardzo rozczarowani tym miejscem (a targowanie nie jest nam obce).

Tego dnia w Nepalu było wielkie wydarzenie. Mianowicie, mieszkańcy kraju witali nowy rok, tj…2072! Na ulicy została postawiona scena, na której grał zaproszony DJ. Wieczorem można było spotkać wielu wystrojonych ludzi, którzy bawili się w rytm muzyki. Oczywiście i my musieliśmy zobaczyć jak przebiega impreza.

Nasz pobyt w Kathmandu przypadał na okres 11-15 kwietnia. 10 dni później nastąpiło trzęsienie ziemi, które zniszczyło miasto i wiele nepalskich zabytków. Durbar Square w Kathmandu przestał praktycznie istnieć. Reszta odwiedzonych przez nas atrakcji nie ucierpiała. Niemniej jednak wstrząsy wtórne, które każdego dnia po trzęsieniu były odczuwalne i mogły jeszcze namieszać.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *