W raju za życia. Malediwy

Opublikowano Malediwy

Dzień 1

Malediwy – kto o nich choćby przez chwilę nie marzył? Prawie 1200 wysepek położonych na 26 atolach, turkusowa woda, piękne rafy i plaże. Brzmi to naprawdę zachęcająco.

Do miejsca przez wielu określanym jako raj, dolecieliśmy liniami SriLankan Airlines, przy okazji pobytu na Sri Lance. Lot trwał tylko 1h 10min. Nie zdążyliśmy jeszcze wygodnie rozsiąść się w fotelach, a już musieliśmy opuścić pokład. Pomimo tak krótkiego czasu lotu, w samolocie zostało podane śniadanie – pieczone ziemniaki, jajecznica, parówka, jogurt waniliowy, woda i herbata.

Po wylądowaniu nasze zegarki przestawiliśmy o 30 min. do tyłu względem czasu na Sri Lance i o 4h względem czasu polskiego. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić lotnisko, żeby zdążyć na publiczny prom na Maafushi. Kolejka po wizy wstrzymała nas na dobre 25 min. Wprawdzie wszystkie okienka były otwarte, jednak z rana do Male przylatuje sporo samolotów i było wielu chętnych po wizy. Po załatwieniu formalności pozostało nam tylko znalezienie promu kursującego między lotniskiem a wyspą Male. Stanowisko nie jest jakoś specjalnie oznaczone, ale bez problemu je znaleźliśmy. Bilety kosztowały nas 20 mvr. Po zejściu na brzeg czekała nas wędrówka ok. 2 km do przystani położonej na drugim końcu stolicy, z której odpływają łodzie na lokalne wyspy. Brakowało nam czasu, więc wzięliśmy taxi za 45 mvr i zyskaliśmy parę minut. Niestety, przed okienkami stała już spora grupa zdenerwowanych turystów. Okazało się, że wszystkie bilety na prom o 10 zostały wyprzedane. Tym samym na nic był cały ten pośpiech.

Jednak jak to często bywa w takich miejscach, przy przystani promowej kręcili się naganiacze, którzy oferowali swoje szybkie łodzie. Rozpoczęła się burzliwa dyskusja między zainteresowanymi osobami. Ludzie chcieli jak najszybciej dostać się do Maafushi, bo kolejny prom miał płynąć dopiero o 15. W wyniku negocjacji jeden z prywatnych przewoźników zgodził się zabrać grupę 16 osobową za 15$/osoba (na początku było 25$/osoba). Na taką ofertę także my przystaliśmy. Szybka łódź płynęła ok. 30 min. na lokalną wyspę, a my podczas przeprawy mogliśmy po raz pierwszy obserwować turkusową wodę, z której słyną Malediwy.

Wyspa Maafushi nie cieszy się najlepszą opinią. Wiele osób twierdzi, że jest już zbyt skomercjalizowana i nie stanowi prawdziwego obrazu Malediwów. Dla nas podstawowym atutem tego miejsca było znalezienie hotelu z all inclusive w dobrej cenie za 269$. Nasz pobyt na Malediwach zakładał tani nocleg i codzienne wykupywanie wycieczek fakultatywnych z hotelu.

Po opuszczenie naszej szybkiej łodzi udaliśmy się na poszukiwanie Maafushi Inn, w którym mieliśmy spędzić 6 kolejnych nocy. Pomimo, że wyspa jest niewielkich rozmiarów, to nie mogliśmy znaleźć właściwej drogi. Z pomocą przyszedł  nam mieszkaniec wyspy, który zadzwonił do właściciela hotelu i ten przyjechał po nas na skuterze.

Nasz pokój nie był jeszcze gotowy, więc otrzymaliśmy po szklance zimnego soku i czekaliśmy cierpliwie. Chwilę później dostaliśmy prawie palpitacji serca, gdy powiedziano nam, że za zapłaconą kwotę nie możemy dostać all – inclusive. Argumentowano to faktem, że na stronie był błąd (użyłem kodu na travelocity, który obniżał cenę hotelu o 100$) i wszystko jest winą Expedia.com. Jeden z pracowników powiedział jednak, że zajmie się naszą sprawą i spróbuje to wyjaśnić. Na taki obrót spraw nie byliśmy przygotowani. Nasz portfel pewnie wytrzymałby kolejny wydatek, zwłaszcza że na Sri Lance udało nam się trochę zaoszczędzić, ale z drugiej strony nie mogło być tak, że płacimy wcześniej za coś czego później nie dostajemy. Sprawa była w 100% do wygrania przy ewentualnej reklamacji.

Zanim dostaliśmy ostateczną odpowiedź na jakich warunkach będziemy mieszkać na Maafushi, zdecydowaliśmy się pójść na plażę. Na wyspie znajduje się jedna plaża publiczna, gdzie można pływać i opalać się w stroju kąpielowym. Jest ona oddzielona parawanem, żeby mieszkańcy wyspy (muzułmanie) nie byli narażeni na widok ‚roznegliżowanych’ turystów. Jak na plażę, która nie jest wysoko oceniana zobaczyliśmy całkiem ładny kawałek żółtego piasku i czystą wodę, w której pływało sporo kolorowych rybek. Rafa przy wyspie nie należy do najpiękniejszych, ale można co nieco zobaczyć. Na plaży spędziliśmy 3 godziny i momentalnie nabraliśmy czerwonego koloru. Słońce grzało przeraźliwie mocno.

Po powrocie do hotelu usłyszeliśmy dobrą nowinę – Expedia, do której należy travelocity, zaakceptowała swój błąd i mogliśmy skorzystać z opcji all – inclusive w naszym hotelu bez żadnej dopłaty. Znacznie poprawiły się nam humory i w spokoju mogliśmy się skupić na planowaniu wycieczek na kolejne dni.

 

Dzień 2

Poprzedniego wieczoru zdecydowaliśmy, że dzisiaj pojedziemy na snoorkeling. Wybór padł na Coral Garden znajdujący się w pobliżu resortu Biyadhoo. Wycieczka była ustalona na godzinę 9:00. Przed wyjazdem zjedliśmy pierwsze malediwskie śniadanie, w którego skład wchodziły – jajecznica, pasta z tuńczyka, naleśniki, tosty, kiełbaski i pomarańcze. Z hotelu wyszliśmy zgodnie z planem. Okazało się, że na snoorkeling zapisały się także trzy Czeszki, więc koszt wycieczki uległ obniżeniu. Pokonanie odcinka od portu do Coral Garden zajęło nam 15 minut. Nie zwlekając wskoczyliśmy szybko do wody, a później były już tylko ochy i achy na to, co zaobserwowaliśmy pod wodą. Czasami na takie widoki czeka się całe życie. Piękna rafa, setki rybek i morskich żyjątek. Z wody nie chciało nam się po prostu wychodzić. Byłem zachwycony tym miejscem. Wybierając Malediwy na cel podróży marzyłem właśnie o takich fascynujących widokach. W wodzie spędziliśmy ponad godzinę po czym wróciliśmy na Maafushi.

Reszta dnia przebiegała leniwie. Po zjedzeniu lunchu odwiedziliśmy ponownie lokalną plażę i zostaliśmy na niej aż do zachodu słońca. Niestety na horyzoncie wisiały chmury, dlatego nie było on tym razem zbyt spektakularny.

Dzień 3

Trzeci dzień na rajskich wyspach obfitował w kolejne podwodne doznania. Zaraz po śniadaniu wypłynęliśmy na pobliską wyspę należącą do resortu Biyadhoo. Razem z nami grupa liczyła aż 13 (cena wycieczki – 18$/osoba).

Do resortu dopłynęliśmy w 10 minut. Po zejściu na ląd i przejściu przez molo, doszliśmy do recepcji, gdzie opłaciliśmy wstęp na wyspę. Do wyboru były trzy opcje a my zdecydowaliśmy się na pierwszą, która zawierała tylko opłatę za pobyt na wyspie i leżak (inne – droższe, zawierały lunch oraz inne udogodnienia). Łącznie ze wszystkimi podatkami zapłaciliśmy 86$.

Biyadhoo Resort jest resortem 3*. Brakuje mu tych pięknych domków na wodzie, którymi mogą się szczycić droższe hotele. Jednak bez wątpienia wyspa jest zadbana, czysta i otoczona piękna rafą. Cudowna plaża, turkusowa woda, ławica ryb tuż przy brzegu, kraby chodzące po plaży, tak można opisać ten skrawek Malediwów. Nasza wycieczka trwała cały dzień. Czas podzieliliśmy na opalanie i pływanie. Byliśmy także szukać żółwi, ale bez rezultatu. Całą wycieczkę oceniam bardzo pozytywnie. W końcu było nam dane ujrzeć obraz Malediwów tych bardziej luksusowych i myślę, że w takich warunkach chciałoby się troszkę pożyć.

Dzień 4

Nikogo nie powinien zdziwić fakt, że czwartego dnia ponownie badaliśmy życie podwodne na Malediwach. Dzisiejsze pływanie miało zawierać jednak większa dawkę adrenaliny, ponieważ mieliśmy zobaczyć rekiny. Wycieczka planowo miała wystartować o 9, ale została przeniesiona na 10:30. Ostatecznie wyszliśmy z hotelu po 9, bo szybciej wróciła wycieczka z sand banku, który został po prostu zalany. Ponownie wypłynęliśmy w składzie z trzema Czeszkami. Dodatkowo dołączyła do nas Serbka.

Tym razem motorówka podążyła w przeciwnym kierunku niż zwykle. Płynęliśmy też trochę dłużej. Gdy nasz sternik zatrzymał  łódź wszyscy zaczęli się zastanawiać czy to aby na pewno to miejsce. Prąd był tego dnia bardzo silny, robiły się fale, a do brzegu był naprawdę spory kawał drogi. No cóż, przypłynęliśmy, więc wypadałoby znaleźć się w wodzie i spróbować swoich sił w walce z żywiołem. Nasz przewodnik wskoczył  jako pierwszy. Po pierwszym zanurzeniu nie stwierdził obecności rekinów. Zaczęliśmy pływać po arenie, gdzie zazwyczaj przypływają te morskie potwory, ale nic oprócz rafy i innych rybek nie zobaczyliśmy. To był naprawdę ciężki snoorkeling. W takich warunkach jeszcze nigdy nie pływaliśmy. Z każdym ruchem traciło się sporo sił, na szczęście nie musieliśmy później płynąć pod prąd, bo podpłynęła do nas motorówka. Muszę w końcu nauczyć się pływać z płetwami, na pewno ułatwiłoby to zadanie.

Ze względu na to, że nasza wycieczka zakończyła się klapą, nasi przewodnicy w ramach rekompensaty zabrali nas w inne atrakcyjne miejsce. Rekinów wprawdzie nie mieliśmy szans tam zobaczyć, ale za to pokazała się nam ogończa. Na początku piękna, duża, zakopana na dnie w piasku, którą nasz przewodnik delikatnie zmusił do ruchu. Pamiętam jak z zaciekawieniem obserwowałem je w akwarium hotelu Atlantis. Nie minął miesiąc a sam znalazłem się w wielkim akwenie i miałem je na wyciągnięcie ręki. Szkoda, że tego dnia nie udało nam się zrealizować planu głównego, czyli zobaczyć rekinów. Jednak po zmianie miejscówki na taką z obłędną wodą, bez prądów i na dodatek z takimi znaleziskami, nasze rozczarowanie zamieniło się w zadowolenie. Wycieczka kosztowała nas 37$.

Dzień 5

Piątego dnia nieplanowo popłynęliśmy na Fun Island, przy którym dodatkowo znajduje się picnic island. Była to najdalej położona atrakcja od wyspy Maafushi, którą zobaczyliśmy.

Po 20 minutach dopłynęliśmy naszą rozpędzoną łódką do celu. Przed przekroczeniem progu recepcji zostaliśmy obdarowani małymi, nawilżonymi ręcznikami, które miały chłodzić nasze twarze podczas opalania. Menadżer wyspy i całego resortu zaprosił nas także do baru, gdzie otrzymaliśmy drinki powitalne. Następnie przyszła pora na uiszczenie opłaty za wstęp na Fun Island, która wyniosła nas 62$. Tyle samo zapłaciliśmy za transfer z naszego hotelu na wyspę. Po dopełnieniu formalności i otrzymaniu bransoletek staliśmy się oficjalnymi gośćmi wyspy.
Oczywiście na dobry początek znaleźliśmy sobie dogodne miejsca do leżenia pod palmami, żeby później nie cierpieć na słońcu. Dostępność leżaków i materaców była duża, więc nie musieliśmy się martwić o ich brak. Zresztą na Fun Island przebywało zdecydowanie mniej turystów, niż w resorcie Biyadhoo. Praktycznie przez cały pobyt dookoła nas nie można było spotkać żywej duszy.

Okazało się, że przy wyspie znajduje się również sand bank, więc dobrze zrobiliśmy rezygnując poprzedniego dnia z jego zobaczenia na rzecz snoorkowania. Wyposażyliśmy się w niezbędny sprzęt, czyli kamerę oraz aparat i poszliśmy zrobić zdjęcia na górze piasku, którą z każdej strony zalewa woda.

Następnie obeszliśmy całą wyspę, co zajęło nam jakieś 15 minut. Plaża na wyspie jest mniej okazała, niż na Biyadhoo, ale powiedzieć, że jest brzydka to grzech. Można na niej znaleźć wyrzucone przez ocean szczątki rafy koralowej. Co zauważyliśmy interesującego, to mnóstwo krabów ciągnących za sobą swoje muszle.

Po spacerze wskoczyliśmy wreszcie do wody. Oczywiście o wielkim ochłodzenie naszych ciała nie było mowy. Można powiedzieć, że poczuliśmy się jak wrzuceni do garnka, w którym gotuje się aktualnie rosół. Ponadto, nie mieliśmy specjalnie możliwości podszkolenia naszych umiejętności pływackich, bo w promieniu 100 m od plaży woda sięgała nam troszkę powyżej kolan.

Po wyjściu z wody wróciliśmy na leżaki i oddaliśmy się błogiemu lenistwu. Zjedliśmy też pierwszą część lunchu, który został dla nas przygotowany w hotelu. Gdy nabraliśmy sił postanowiliśmy popłynąć łodzią na picnic island. Menadżer wyspy poinformował nas, że  skorzystanie z łódki jest opcją dodatkowo płatną i kosztuje 10$ za osobę. Niestety zrezygnowaliśmy z tej możliwości, bo uważaliśmy to za zbędny wydatek. Picnic Island w zasadzie niczym się nie różnił z wyglądu od Fun Island, więc byłoby to wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dzień wcześniej chłopak z naszego hotelu stwierdził, że dystans między wyspami można pokonać pieszo przez wodę, bo jest płytko. Postanowiliśmy to sprawdzić i faktycznie w ten sposób znaleźlibyśmy się na wyspie, gdyby nie średniej siły prąd i przypływ, który podniósł stan wody. Miałem ze sobą kamerę z teleskopem, więc pływanie w takich warunkach do najłatwiejszych by nie należało. W innych warunkach końcowy odcinek przepłynąłbym bez problemu. My jednak zawróciliśmy co było świetną decyzją, bo praktycznie przy samym brzegu, gdy wchodziliśmy na plażę, zauważyłem rybę, która okazała się być… małym rekinem! Od razu zerwałem się szybko i podbiegłem bliżej, żeby uwiecznić to na filmie i fotografii. Podczas tej mojej gonitwy dopatrzyłem się kolejnej sztuki. Pływały sobie przy brzegu jak gdyby nigdy nic, nieszczególnie przejmując się, że są tak blisko lądu. Poprzedniego dnia, gdy spodziewałem się je ujrzeć w miejscu, w którym często się pojawiają, to nie miałem takiego szczęścia. Natomiast na Fun Island, gdzie nie przypuszczałem, że je zobaczę w ogóle, ukazało mi się aż 8 sztuk. Tego dnia do szczęścia nie było mi nic więcej potrzebne.

Będąc na Fun Island mieliśmy także okazję trochę posnoorkować. Rafa znajdowała się tuż przy końcu molo, gdzie zrobiono przyjemne zejście do wody. Ponownie ujrzeliśmy kolorowy podwodny świat. Powiem szczerze, że niektóre ryby był naprawdę dużych rozmiarów. Niestety zapomniałem opaski do kamerki na głowę, więc zdjęć pod wodą tego dnia nie zrobiłem.

Chłopaki z hotelu przypłynęli po nas o 17:40, a 20 minut później byliśmy już na Maafushi. To była ostatnia nasza atrakcja, na którą zdecydowaliśmy się podczas pobytu na Malediwach.

Dzień 6

Ostatni nasz dzień w rajskiej krainie postanowiliśmy spędzić w miejscu, w którym rozpoczęła się nasza przygoda z Malediwami, czyli na Maafushi. Nigdzie się nie śpieszyliśmy, wszystko odbywało się w zwolnionym tempie. Wcześniej nie odwiedziliśmy plaży dla lokalsów, więc dzisiaj była ku temu okazja. Plaża okazała się trochę zaśmiecona i miała niezbyt przyjazne zejście do wody. Rozglądnęliśmy się tylko nie zażywając kąpieli. Oczywiście gdybyśmy się na nią zdecydowali, to musiałaby się odbyć w ubraniu, gdyż na tej plaży obowiązuje zakaz pływania w strojach kąpielowych.

Na właściwe plażowanie poszliśmy na publiczną plażę dla turystów. Zupełnie niespodziewanie zobaczyliśmy sand banki, który utworzyły się parę metrów od brzegu. Zrobiliśmy przy nich trochę zdjęć, a następnie poszliśmy jeszcze raz posnoorkować. Tym razem oprócz standardowo widzianych rybek zobaczyliśmy sepie. Po wyjściu z wody posiedzieliśmy w piekarniku, czyli podsmażyliśmy się jeszcze trochę na plaży. Na 14 wróciliśmy na lunch i zostaliśmy trochę w hotelu, bo niemożliwym było wysiedzenie całego dnia na plaży.

Wróciliśmy na nią dopiero po 16 i trafiliśmy na turniej w piłkę plażową między turystami i mieszkańcami Mecze nie były widowiskowe, ale dawały sporo radości. Oglądnęliśmy pojedynki oddając się w międzyczasie prywatnym rozgrywkom w UNO. Nie będę pisał jakim wynikiem się zakończyły, bo po co robić Pandzi przykrość.

Przed godziną 18 musieliśmy podejść do sklepu i kupić bilety na prom, którym mieliśmy popłynąć następnego dnia do Male. Pani w sklepie poinformowała nas, że będą dostępne dopiero po 18:40. Pokręciliśmy się po okolicy i przed podaną godziną wróciliśmy z powrotem . Słowa o dużej ilości chętnych na ten prom nie były przesadne. Przed sklepem ustawiła się długa kolejka, na którą składali się przede wszystkim mieszkańcy wyspy. Kolejka wyglądała jak za czasów komuny po mięso. Co najważniejsze nikt się nie przepychał i wszyscy cierpliwie czekali. My byliśmy jako jedni z pierwszych, więc bez problemu kupiliśmy bilety. Kosztowały nas 60 mvr, czyli łącznie 4$ (dla przypomnienia za szybką łódź zapłaciliśmy 30$).

Na koniec dnia zjedliśmy jeszcze ostatnią kolację w naszym hotelu i położyliśmy się  spać. O 6 czekała nas pobudka, żeby bez problemów zdążyć na prom. W nocy przebudziła mnie wielka burza, której pioruny tak rozświetlały niebo, że miało się wrażenie jakby nastał świt.

Dzień 7

W dzień powrotu wszystko odbyło się bez zarzutu, czyli śniadanie zostało przygotowane na czas, a my bez problemu znaleźliśmy się na pokładzie promu. Przeprawa z Maafushi do Male miała trwać 1:30h.

Gdy weszliśmy na prom był on już prawie pełny. Załoga rozstawiała dodatkowe krzesełka, żeby każdy mógł usiąść. Z przystani wypłynęliśmy według rozkładu o 7:30. Podróż była spokojna, choć parę razy były momenty kiedy mocniej bujało. Do Male dopłynęliśmy o 9. Po zejściu z promu podszedł do nas chłopak, który wybierał się właśnie na Maafushi. Podpowiedzieliśmy mu na jakie wycieczki warto się wybrać. W zamian dał nam swoją wizytówkę i powiedział, że jeśli będziemy lecieć kiedyś do Indii, to mamy dać mu znać – załatwi nam noclegi i ogólnie pomoże przy organizacji, bo mieszka w Bombaju. Po kilkuminutowej rozmowie poszliśmy poszukać sklepu z pamiątkami w Male. Stolica jest mała i posiada w zasadzie dwie główne drogi. My wybraliśmy jedną z nich i idąc mieliśmy wrażenie, że wciąż jesteśmy w tym samym miejscu. Mijaliśmy nieustannie sklepy z ciuchami, sklepy sportowe, sklepy z zabawkami, od czasu do czasu sklepy spożywcze i tak przez dwa kilometry. Sklep z pamiątkami znaleźliśmy tylko jeden i w dodatku był zamknięty. Chodzenie po stolicy z plecakami było mocno uciążliwe. Pełno ludzi, wąskie chodniki, trzeba było ciągle przepychać się, czy przedzierać między motorami. W takich okolicznościach zdecydowaliśmy się popłynąć jak najszybciej na lotnisko. Przeszliśmy na przystań i kupiliśmy bilety na prom. Ponownie kosztowały nas 20 mvr. Na lotnisku wymieniliśmy pozostałe rupie. Do Colombo odlecieliśmy o 15:25 pozostawiając za sobą prawdziwy raj.

Co sądzę o Malediwach? Jeśli szukacie spokoju i miejsca, gdzie jedynym obowiązkiem jest bycie rozleniwionym, to bez wątpienia mogę Wam polecić tą rajską krainę. Osobiście uważam, że gdybym miał siedzieć na jednej wyspie dłużej niż tydzień, to po prostu zacząłbym marudzić, że zaczyna się robić nudno. Malediwy są piękne, jakby z nieprawdopodobnego snu. Woda jest turkusowa, można w niej znaleźć i ładne rafy, i wiele gatunków ryb. Gdzie indziej tak łatwo można zobaczyć rekiny (choćby te małe, które my widzieliśmy) czy ogończe na wyciągnięcie ręki? Myślę, że bezdyskusyjnym numerem jeden na Malediwach jest odkrywanie podwodnego świata, który jest inspirujący. Plaże, resorty, sand banki – to wszystko się powtarza (jest praktycznie takie samo). Wyjazdy do resortów to temat dyskusyjny. Wszystko zależy od tego czy szukamy na Malediwach prywatności (wtedy płyniemy do resortu, szukamy leżaków z dala od wszystkich i wyłączamy się całkowicie), czy nie przeszkadza nam towarzystwo innych i plażujemy na lokalnej wyspie. My znaleźliśmy złoty środek dzieląc nasz czas między Maafushi i wycieczki do resortów czy na snoorkeling.

W zasadzie ciężko znaleźć minusy, które przemawiałyby za porzuceniem pomysłu wyjazdu na Malediwy. Co mi się jednak w tym miejscu nie podobało, a dokładnie na Maafushi? Otóż, zmorą tego miejsca są nasi irytujący, leniwi i pozbawieni zdrowego rozsądku polscy turyści. Nie sądziłem, że kiedyś do tego dojdzie, ale na Maafushi jak tylko słyszałem polski język to miałem ochotę pójść na drugi koniec plaży. Po prostu nasi rodacy podjarani tanimi biletami na Malediwy, postanowili ‚zaliczyć’ sobie to miejsce, żeby pochwalić się później na portalach społecznościowych. Wpisali sobie w google hasło Malediwy i wyskoczyły im rajskie plaże, domki na wodach i inne cuda wianki. Po czym zaczęli szukać hotelu i po wpisaniu tego samego hasła najtaniej wychodził nocleg na Maafushi. Zamiast sprawdzić co to za wyspa, jak oceniają ją inni, czego można się na niej spodziewać, po prostu kliknęli na ‚rezerwuj’ pod wpływem dalszego podniecenia. Tym samym mieli już „tani” przelot i nocleg, więc dopięli swego – lecą za grosze na Malediwy. Kiedy w końcu znaleźli się w swoim wymarzonym miejscu okazało się, że nie ma domków na wodzie, że nie ma prywatnej plaży, ba, że nie można kupić alkoholu (takie to dziwne, bo w końcu to kraj muzułmański), a po wyspie kręcą się jej mieszkańcy. Pierwsze wrażenie było więc bardzo negatywne. A jak wiadomo Polakom za wiele nie trzeba, żeby zaczęli narzekać dosłownie na wszystko. Wszędzie było tylko słychać: to za drogie, to się nie opłaca, bez sensu, bo hotele nie mają basenów (po co komu basen na Malediwach?!), Malediwy nic nie oferują oprócz plaż i wody (no tak, też się spodziewałem gór), jest brudno, woda za ciepła itp. No, ale jak dzwoniło się do Polski to oczywiście: „Malediwy to raj na ziemi, jak tu cudownie, fantastycznie, żałujcie że was tu nie ma”. Byłem mega szczęśliwy, gdy na wycieczki pływały z nami Czeszki, Serbka czy Węgrzy, zamiast zadufanych w sobie Polaków. Było to gwarantem udanej zabawy. Mam nadzieję, że już nigdy w podróży nie spotkam takich hipokrytów jak na Maafushi. Nie mam pieniędzy na podróż to nie jadę, a nie narzekam, że wszystko jest drogie (a wcale nie było) i bez sensu. Skoro nie pływam i jadę na Malediwy, to nie wkurzam się na to, że dookoła tylko wyspy i plaże. A co najważniejsze, jak jadę gdziekolwiek to wykazuję się instynktem samozachowawczym i sprawdzam czego mogę się spodziewać po miejscu do którego jadę, zbieram informację o cenach, czy interesuję się tym, co mogę tam robić (co zobaczyć, z czego skorzystać). Niestety, nasi rodacy liczyli, że przyjazd na Malediwy wiąże się bezpośrednio z tym, że stają się panami życia i zaraz po wyjściu z samolotu dostaną po 1000$ do ręki, prywatną łódź i domek ze służbą na bezludnej wyspie. Podsumowując, pomyślcie zanim przyjdzie Wam na myśl ‚zaliczyć’ jakieś miejsce.

Na koniec podsumowanie kosztów:

1. Hotel z all-inclusive (6 nocy) – 269$
2. Wycieczki – 320$
3. Jedzenie – 15$
4. Transport – 42$
5. Pamiątki – 10$

Łącznie:  657$ (9855 mvr = 2330 zł)

Do tego dochodzi oczywiście lot na trasie Colombo – Male Colombo za 1440 zł. Tym samym za tydzień ma Malediwach zapłaciliśmy łącznie 3770 zł, co na osobę daje 1885 zł.

 

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *