Wakacyjna przygoda.

Opublikowano Islandia

Dzień 1.

Po trzech latach postanowiliśmy wrócić do miejsca magicznego, znajdującego się na szczycie mojej listy podróżniczej. Chodzi o królową Islandię, która w 2014 roku wywarła na mnie niesamowite wrażenie i wryła się w pamięć na zawsze. Tym razem grupa podróżników zwiększyła się z pięciu do ośmiu osób. Względem pierwszej wyprawy zmienił się także środek transportu, którym poruszaliśmy się po wyspie. Chcąc odwiedzić interior oraz Fiordy Zachodnie, niezbędnym było posiadanie samochodu z napędem na cztery koła. Większość dróg prowadzących w te trudno dostępne miejsca jest niemożliwa do zdobycia przez zwykłe samochody osobowe.

Od 2014 do 2017 roku tanie linie lotnicze utworzyły aż cztery bezpośrednie trasy między Polską a Islandią. Niestety, w terminie naszego wyjazdu cena biletu była zbyt wysoka, żebyśmy zdecydowali się na zakup. Przy tak dużej grupie, nie mieliśmy szans zdobycia biletów w przyzwoitych cenach dla wszystkich. Rozwiązaliśmy problem kupując bilety na lot z przesiadką. Miejscem wylotu był Berlin, a przesiadkowym Luton. Oba loty przebiegły bez żadnych komplikacji.

Szukając wypożyczalni aut 4×4 natrafiłem na firmę IcePole, którą jak się później okazało prowadzą Polacy. Wypożyczyliśmy dwa samochody Mitsubishi Pajero, które miały sprawić, że żadne islandzkie drogi nie będą nam straszne.

Przez pierwsze 5 dni zamieszkaliśmy w domku, który zarezerwowałem przez stronę Airbnb. Był on położony 15 kilometrów na północ od miejscowości Hella. Usytuowanie domku pozwoliło nam na robienie całodziennych wycieczek po okolicznych atrakcjach. Bogate wyposażenie (jacuzzi, elektryczny grill) dało nam poczucie komfortu i umiliło pobyt na wyspie.

Na Islandii wylądowaliśmy o 8:15 czasu lokalnego (względem czasu polskiego byliśmy dwie godziny do tyłu). Zmęczeni nocnym koczowaniem na lotnisku Luton zmieniliśmy plan dnia, ograniczając atrakcje, które mieliśmy odwiedzić. Z kilku punktów zostawiliśmy trekking do gorących źródeł w Hveragerdi, które zachwalaliśmy po pierwszej wizycie. Dojazd z Reykjaviku do miasteczka, skąd rozpoczynał się szlak, zajął nam ponad godzinę. Trasa z parkingu do kąpieliska liczy trochę więcej niż 3 km. Piękny krajobraz, zmieniający się nieustannie z każdym krokiem zmienił ten dystans w krótką chwilę. Na miejscu okazało się, że Islandczycy przemienili dzikie i naturalne gorące źródła w darmowe kąpielisko. Powstały specjalne wiaty do przebierania oraz zrobiono kładki umożliwiające lepsze poruszanie się wzdłuż nurtu rzeki. Zaskoczył nas tłum turystów, który spotkaliśmy na miejscu. W maju byliśmy teoretycznie sami, natomiast w sierpniu musieliśmy szukać jakiegokolwiek wolnego miejsca. Źródła zdecydowanie straciły swój urok, choć miło było je ponownie odwiedzić.

Po powrocie z trekkingu zrobiliśmy większe zakupy w sklepie BONUS (najtańszym markecie na wyspie), a następnie pojechaliśmy zameldować się w domku. Zasnęliśmy szybko.

 

Dzień 2.

Drugiego dnia plan był bardziej napięty. Właśnie dzisiaj miało nastąpić pierwsze spotkanie z „kolorowymi górami” Landmannalaugar. Dojazd do doliny zajął nam 1,5 h. Ostatnie 30 kilometrów przebiega po dziurawej drodze szutrowej, na której popisać się mogły nasze terenowe samochody. Po przybycie na miejsce kupiliśmy mapę z wyznaczonymi szlakami. Kosztowała nas ona 700 koron islandzkich. Po zastanowieniu wybraliśmy optymalną trasę, która miała nam zapewnić niespotykane widoki, a jednocześnie jej przejście nie zajmowało całego dnia. Spacer rozpoczęliśmy szlakiem czerwonym, następnie wkroczyliśmy na zielony. Dawno nie widziałem tak fantastycznych widoków. Niecodzienne formacje skalne, zastygłe pola lawy porośnięte mchem, gorące źródła, czy różnorodność kolorów, którymi zostały „pomalowane” góry, uczyniły te miejsce magicznym. Jedynie silnie wiejący wiatr psuł nieco atmosferę, choć pewnie i w tym było trochę wyjątkowości. W sumie na trasie spędziliśmy 3 – 4 godziny.

 

W drugiej części dnia odwiedziliśmy pierwszy z większych wodospadów – Haifoss. Ten olbrzymi wodospad prezentował się jak zwykle okazale. Na pewno spacer wzdłuż urwiska były przyjemniejszy, gdyby nie wiał wiatr przekraczający 40 km/h. Po zrobieniu kilku zdjęć wróciliśmy do domku.

 

Dzień 3.

Trzeciego dnia kontynuowaliśmy jazdę po drodze nr 1, przy której znajduje się wiele islandzki perełek wartych odwiedzenia. Pierwszą z nich był wodospad Seljalandsfoss znany z wielu islandzkich pocztówek. Pogoda z rana nie należała do najpiękniejszych, ale z każdą minutą ulegała poprawie. Ludzi przy wodospadzie było ponownie mnóstwo. W sumie ledwo „na trzeciego” znaleźliśmy miejsce na parkingu, za który każą już sobie płacić 700 ISK za pojazd. Seljalandsfoss pod żadnym pozorem się nie zmienił i wciąż imponuje. Większa część wycieczki przeszła dostępną ścieżką tuż za jego plecami, fundując sobie przy tym darmowy prysznic z rana. Po obejrzeniu wodospadu przeszliśmy się biegnącą od niego ścieżką, docierając do innego ukrytego wodospadu. Mowa tutaj o wodospadzie Gljufrabui znajdującym się w jaskini. Można go zobaczyć ryzykując przejście po kamieniach ustawionych na wodzie. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch i… plum. Zwłaszcza, gdy z obu stron cisną się turyści. Jednak podjęcie ryzyka jak najbardziej się opłaca, ponieważ położenie Gljufrabui dodaje mu niesamowitego uroku. Osobiście wywarł na mnie większe wrażenie niż Seljalandsfoss.

 

Skoro zobaczyliśmy Seljalandsfossa, to nie mogliśmy zapomnieć również o Skogafossie. Zanim jednak do niego dotarliśmy, to zboczyliśmy z głównej drogi, żeby zażyć kąpieli w basenie geotermalnym. Seljavallalaug, który leży u stóp gór Eyjafjöll, od roku 1924 pełnił rolę największego basenu na Islandii. Taki stan utrzymał się do 1934 roku. Ciekawostką jest, że po wybuchy wulkanu w Eyjafjallajökull w 2007 roku został całkowicie wypełniony popiołem wulkanicznym. Na plus na pewno należy zapisać położenie Seljavallalaug. Na minus stan przebieralni oraz samego basenu, któremu na pewno przydałaby się lekka renowacja. Doświadczenia z tego miejsca mamy naprawdę pozytywne, choć temperatura wody była zdecydowanie niższa niż na źródłach w Hveragerdi.

 

W końcu przyszła pora na Skogafossa, który już z poziomu jezdni budzi respekt. Niestety dronem nie polatałem, gdyż przy wjeździe postawiona została tabliczka zakazująca latanie tym urządzeniem. Standardowo tuż przy spadzie pojawiła się tęcza, która nadała dodatkowych kolorów zdjęciom. Weszliśmy na taras widokowy pokonując sporo schodków. Po zrobieniu kolejnych fotografii usiedliśmy przy wolnej ławce i zrobiliśmy sobie piknik.

 

Po zjedzeniu przekąsek podjechaliśmy do ostatniej atrakcji tego dnia, czyli wraku amerykańskiego samolotu Dakota, który w 1974 roku awaryjnie lądował na plaży w okolicach Skogar. Po katastrofie, w której nikt nie zginął, samolot został pozostawiony działalności sił przyrody oraz rabusiów. Obie działalności wpłynęły na jego dzisiejszy stan. Dotarcie do atrakcji został bardzo ułatwione, ponieważ jeszcze rok temu trzeba było się nieźle natrudzić, żeby móc odnaleźć i zobaczyć wrak samolotu. Od niedawna istnieje parking stworzony przy drodze nr 1, od którego biegnie specjalnie zrobiona ścieżka prosto do miejsca, gdzie znajduje się wrak. Spacer do Dakoty trwa 30-40 minut w jedną stronę.

 

Dzień 4.

W końcu przyszedł czas na wyzwanie dla naszych kierowców. Do przejechania mieliśmy tego dnia aż 622 kilometry. W oddali wzywało nas jezioro Jokularson i nie mogliśmy mu odmówić. Z domku wyjechaliśmy wcześniej w stosunku do pierwszych dni na wyspie. Nie wszyscy byli dobrze wyspani, ponieważ w nocy odbyła się mała impreza w jacuzzi, a na dodatek na niebie pojawiła się zorza polarna, czyli zjawisko zupełnie nam obce. Nikt nie spodziewał się jej zobaczyć w połowie sierpnia, a jednak zaskoczyła nas i pojawiła się jeszcze w ciągu dwóch następnych nocy. Później jeszcze raz na Fiordach Zachodnich, gdzie była najintensywniejsza.

Pierwszy postój zrobiliśmy w miejscowści Vik, gdzie zatankowaliśmy auta i rozejrzeliśmy się za pierwszymi pamiątkami. Po wypiciu kawy ruszyliśmy dalej w drogę, oglądając wciąż zmieniający się krajobraz. Góry, wulkany, wodospady, pola mchu to wszystko towarzyszyło nam do momentu, gdy dotarliśmy do lodowca Svínafellsjökull. Było to kolejne miejsce, które ominęliśmy podczas pierwszej podróży na Islandię. Zastanawiam się jak mogliśmy to zrobić skoro jest tam tak pięknie. Dla chcących obcować dłużej z tym miejscem polecane są wycieczki po lodowcu z przewodnikiem. My mając ograniczony czas nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Z drugiej strony na pewno koszt takiej wycieczki do dobre kilka stówek, a nie wszyscy chcieliby pieniądze przeznaczać na ten właśnie cel. Nie męcząc się zbytnio wysłałem drona, żeby pokazał mi więcej, niż to co były w stanie zaobserwować nasze oczy.

 

Po spędzeniu 30 minut przy lodowcu ruszyliśmy do Jokularson. Najpiękniejsze jezioro polodowcowe jakie widziałem w życiu nadal nie przestaje zachwycać. Dane mówią, że każdego roku lodowiec może cofać się aż o 500 metrów, a sama powierzchnia jeziora w przeciągu 50 lat zwiększyła się czterokrotnie. Góry lodowe oderwane od jęzora lodowcowego Vatnajökull mogą dryfować po lagunie nawet kilka lat zanim się roztopią. Całe otoczenie robi niesamowitą atmosferę. Oczywiście i tym razem w wodzie pływały foki. Włączyłem drona, bo nie widziałem zakazu lotów, ale po jakimś czasie zostałem upomniany przez nadgorliwą przewodniczkę, której przeszkadzało, że robimy sobie zdjęcie. Jak odjeżdżaliśmy z parkingu, to faktycznie zauważyłem bardzo mały znak z zakazem lotów. Wystarczy zaparkować w innej części dużego parkingu, żeby w ogóle go nie zobaczyć. Tak czy inaczej nie było sensu ryzykować z dalszymi próbami lotu, drona schowałem, a całą resztę uchwyciłem aparatem.

 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze przy innym jeziorze polodowcowym, które zauważyliśmy z głównej drogi. Na Fjallsarlon Glacier Lagoon można odbyć rejs łodzią i tym samym zobaczyć jęzor lodowca z bliska. Nam wystarczył widok ze wzniesienia, który na fotografii można byłoby uwieczniać wieczność. Zdecydowanie w tym dniu najwięcej było koloru niebieskiego.

 

To nie był do końca szczęśliwy dzień, ponieważ w drodze powrotnej odpadło nam koło na prostej drodze. Na szczęście Piotrek zdążył opanować auto i bezpiecznie dotoczyć się na pobocze. Szybko poinformowaliśmy naszą wypożyczalnię o zaistniałej sytuacji. Dziewczyny odesłaliśmy do domu drugim samochodem, a sami w męskim gronie czekaliśmy na pomoc z wypożyczalni. Czas umilały nam popisy paralotniarzy, którzy tego wieczoru opanowali niebo. Ostatecznie wymieniono nam samochód na nowy, a jako formę rekompensaty zaproponowano wejściówki na basen geotermalny Blue Lagoon oraz flaszkę palonej żubrówki.

Dzień 5.

„ Co się odwlecze to nie uciecze”. Nie byliśmy w stanie odwiedzić pierwszego dnia wszystkich zaplanowanych atrakcji, dlatego postanowiliśmy przełożyć ich obejrzenie na piąty dzień, w którym mieliśmy po prostu odpoczywać. Pospaliśmy w końcu trochę dłużej i po zjedzonym śniadaniu ruszyliśmy zobaczyć Gulfossa oraz Geysir. Oba miejsca dla większości były już znane, ale moim zdaniem zawsze warto do nich wracać. Gulfoss nadal wydaje się olbrzymi, robi niezły hałas i moczy ludzi. Po Geysirze dalej nie wiadomo czego się spodziewać, bo raz wystrzeli mocniej, by za chwilę ledwo się podnieść. Zapach zgniłego jajka nadal nie opuszcza jego terytorium. Oczywiście w obu miejscach obowiązuje zakaz latania dronem, więc ponownie cały sprzęt został w plecaku. W zasadzie tego dnia nic szczególnego się nie wydarzyło. No może poza zniszczeniem podeszwy w butach, które zafundowała sobie Kasia wkładając przez przypadek buta do gorącego źródła. A tak to standard – dzień na plus.

 

Dzień 6.

Nadszedł czas wyprowadzki z naszego obecnego domku, który opuszczaliśmy z żalem. Od tego momentu czekało nas zmienianie noclegów każdego dnia. Pierwszy z nich miał miejsce pod miejscowością Búðardalur, która stała się naszym przedsionkiem na Fiordy Zachodnie. Zanim jednak trafiliśmy do domu, odbyliśmy pełen przygód trekking do wodospadu Glymur.

Początkowo trasa do wodospadu nie wydaje się trudna, jest wręcz banalna. Schody i to dosłownie, zaczynają się dopiero na rozwidleniu dróg. Do wyboru mamy dwie trasy: północną oraz południową. Jeśli macie w planach iść tylko jedną trasą, to wybierzcie południową (czyli do dołu po schodach), która gwarantuje lepszy widok na Glymura. My postanowiliśmy iść południową, a następnie wrócić północną, żeby całkowicie poznać trasę. Przed nami było 3,5 kilometra w jedną stronę.

Po schodach zeszliśmy bez problemu, przeszliśmy niewielka jaskinię by w końcu dojść do przeprawy rzecznej po kamieniach, a następnie kłodzie drzewa. Przez całą szerokość rzeki poprowadzona została lina, która miała ułatwić przejście z jednego brzegu na drugi. Przeprawa szła nam całkiem dobrze do momentu, aż nie stanąłem na kamieniach z całym ekwipunkiem. Mniej więcej w połowie drogi chcąc przemieścić się z kamieni na kłodę, zahaczyłem aparatem o linę, straciłem równowagę, a moje 7 kg na plecach skierowało mnie na spotkanie z krystaliczną i zimną rzeczką. Na szczęście lecąc do tyłu szybko przeliczyłem ile straciłbym wpadając do rzeki i przypomniałem sobie, że kiedyś byłem sportowcem. Chwyciłem linę w ostatnim momencie i podparłem się na niej unikając najgorszego.

W dalszej części szlaku czekały nas mordercze podejścia, co w pewnym stopniu uatrakcyjniło nasz trekking. Krajobraz z punktu widokowego był obłędny. Glymur, którego wysokość sięga 198 metrów wydawał się nie kończyć. Wąwóz, do którego spada robi także niemałe wrażenie. Drona wypuściłem dosłownie na minutę, ponieważ zaczęły atakować go ptaki.

Droga powrotna miła przebiegać bez zakłóceń. Okazało się jednak, że jeśli chcemy wrócić północnym szlakiem, to musimy przejść rzekę. Tym razem nie było do dyspozycji odpowiednich kamieni, kłody, ani liny. Byliśmy tylko my, rzeka i myśl jak zima musi być rzeka, którą musimy przekroczyć. Błądziliśmy jak dzieci we mgle szukając najrozsądniejszego miejsca do przejścia. Po godzinie prób i błędów znaleźliśmy się na drugim brzegu i mogliśmy kontynuować trekking do parkingu. Woda przynajmniej dla mnie nie okazała się aż tak zimna jak przypuszczałem. Dziewczynom nogi zdrętwiały, ale potrzeby amputacji nie było. Wszyscy wróciliśmy szlakiem północnym, który też krył przed nami niewielkie wyzwania.

 

Dzień 7.

Kolejny dzień to były nasze pierwsze odwiedziny Fiordów Zachodnich. Już po opuszczeniu Búðardalur droga szła w górę i w górę, później w dół, a później znowu w górę. Towarzyszyły nam piękne widoki. Trasa poprowadzona na ścianach fiordów jednocześnie fascynowała i przerażała. Kierowców tirów tylko fascynowała do osiągania absurdalnych prędkości na drodze. Wyglądali jakby jechali na granicy życia i śmierci. Wyjątkowo najpierw dojechaliśmy do hotelu, a nie do atrakcji. Po zameldowaniu w domku zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy trochę poplażować.

W drodze na plażę Raudisandur zatrzymaliśmy się przy kolejnym wraku, tym razem statku Garoar BA64. Złota nie znaleźliśmy, ale parę zdjęć zostało zrobionych. Dalej przed nami była już tylko plaża. Raudisandur jest perłą Islandii. „Czerwona plaża”, bo taka jest jej oficjalna nazwa rozciąga się na 10 kilometrów. Jej nazwa wzięła się od czerwonego piasku, który można na niej zaobserwować. Wszystko zależy od padania światła, które decyduje jakie barwy przybiera piasek. Tego dnia było naprawdę ciepło, więc przez chwilę mogliśmy się poczuć jak prawdziwi plażowicze w ciepłych krajach. To naprawdę niesamowite miejsce, które zachwyci nawet najbardziej wybredne osoby.

Zgodnie z informacją od właściciela naszego domku, tej nocy miała pojawić się zorza. Pojawiła się jak zawsze o 00:45, lecz to co zobaczyliśmy, trudno jest opisać słowami.

 

Dzień 8.

Ósmego dnia kontynuowaliśmy naszą podróż po Fiordach Zachodnich. Choć nie mieliśmy dużo kilometrów do przejechania to jednak musieliśmy się liczyć z czasem, ponieważ na 19 zarezerwowaliśmy sobie stolik w popularnej restauracji rybnej w Isafjourd.

Dzień o rozpoczęliśmy od kąpieli w jednym z najpopularniejszych dzikich kąpielisk na fiordach. W Talkanfjordur zastaliśmy trzy niecki, w których woda przekraczała 40 stopni Celsjusza. Wyparzyliśmy się w gorącej wodzie odzyskując siły witalne. Przy basenach stoi domek, który służy za przebieralnie. Jest również prysznic z chłodną wodą, który należy użyć do ochłodzeni ciała po wyjściu z basenów. Miejsce to choć mało atrakcyjne ze względu na stan niecek (raczej nikt tam nie sprząta) wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Zresztą kąpiel na fiordach zawsze wiąże się z pozytywnym wrażeniem.

 

Kolejnym punktem była dolina Hvestudalur, która na zdjęciach w google wyglądała imponująco z góry. Jadąc tam byliśmy przekonani, że dojedziemy do jakiegoś punktu  z widokiem na dolinę. Niestety, można było ją obserwować tylko z poziomu plaży. Co innego dron, on się po prostu wzniósł i widział wszystko lepiej i dokładniej niż my. Kocham mojego drona! Gdy opuszczaliśmy plażę, zauważyliśmy miejsce, gdzie ewidentnie odbywały się wcześniej wariacje samochodowe na piasku. Mając samochody terenowe Bartek z Martą i Piotrkiem również postanowili sprawdzić nasze maszyny. Frajda była niezastąpiona.

 

Tego dnia kąpiel w Talkanfjordur nie była jedyną, którą mieliśmy odbyć. Odwiedziliśmy jeszcze jeden basen geotermalny – Reykjarfjordur. To zdecydowanie większe kąpielisko, niż poprzednie. Na miejscu znajduje się również przebieralnia, więc nie pozostaje zrobić nic innego jak wskoczyć do wody i cieszyć się obcowaniem z naturą.

 

Na podwieczorek zostawiliśmy sobie wodospad Dynjandi (Fjallfoss), który jest największym wodospadem na Fiordach Zachodnich. Jego unikatowy wygląd oraz wielkość (czwarty pod względem wysokości wodospad na Islandii) czyni go atrakcyjnym miejscem, przy którym zawsze można spotkać wielu turystów. Pod Dynjandi znajduje się pięć innych wodospadów i każdy z nich posiada swoją nazwę. Piękne miejsce, którego nie można pominąć.

 

Na koniec dnia czekała nas kolacja w restauracji Tjoruhusid, znajdująca się w miejscowości Isafjordur. Miejsce jest na tyle popularne, że w sezonie trzeba rezerwować miejsce trzy dni przed wizytą. Jedzenie w tej restauracji jest oparte na prostej formule. Płacisz raz i jesz ile chcesz. Cena za tę ucztę wynosi aż 6000 ISK, co niektórych może odstraszyć. My jako osoby zakochane w jedzeniu musieliśmy sprawdzić to miejsce. Nie zabrałem ze sobą aparatu, dlatego musicie mi wierzyć na słowo, że wszystko co zostało przygotowane tego wieczoru było po prostu obłędne w smaku. Buffet serwowany jest od 19 do 21. O innej porze w ciągu dnia można zakupić pojedyncze dania.

Dzień 9.

Niestety nasza podróż dobiegała końca. Mieliśmy przed sobą jeszcze dwa dni na Islandii i trochę kilometrów do zrobienia. W przedostatni dzień mieliśmy przejechać drogą panoramiczną do Búðardalur skąd rozpoczęliśmy wycieczkę na Fiordy Zachodnie. Pomysł na ten dzień był prosty – jechać i zatrzymywać się, gdy uznamy to za zasadne. Przemierzyliśmy w ten sposób północną część fiordów obserwując na przykład wylegujące się na kamieniach foki.

 

Dzień zakończył się ponownie z przygodami, ponieważ na 50 kilometrów od domku padł nam silnik i dalsza podróż była niemożliwa. W konsekwencji zostawiliśmy jedno auto na poboczu, spisaliśmy współrzędne, a następnie wpakowaliśmy się z bagażami do drugiego samochodu i w 8 osób wróciliśmy do domku.

 

Dzień 10.

Poranek odbywał się pod dyktando oczekiwania na samochód zastępczy, który dostaliśmy dopiero po 12. Tego dnia nasz samolot odlatywał do Katowic o 22, więc mieliśmy sporo czasu, żeby wrócić do stolicy i odwiedzić pod lotniskiem Blue Lagoon, do której wejściówki załatwili nam chłopaki z IcePole w ramach rekompensaty za niedogodności na trasie. Jedna wejściówka w opcji standard to aż 50 euro, więc gdy nadarzyła się okazja odwiedzenia tego miejsca za darmo, to długo się nie zastanawialiśmy.

Blue Lagoon to uzdrowisko typu spa. Woda w kąpielisku jest bogata w minerały i ma właściwości lecznicze dla skóry. Z nieoficjalnych informacji wiem, że to bujda, ale interes wydaje się dobrze kręcić. Przy wejściu dostaje się ręczniki oraz szlafrok. Zanim nastąpi pełne zanurzenie należy umyć się pod prysznicem nago. Pierwsze wrażenie po wejściu jest bardzo miłe, ale z każdą minutą zaczyna się robić nudniej. W 30 minut odwiedziliśmy sauny, nałożyliśmy na ramiona i twarz maseczki i to w zasadzie byłoby na tyle. Atrakcja jest nieadekwatna do ceny jaką trzeba zapłacić za wejście. Osobiście gdybym miał wydać 50 euro ze swojej kieszeni, to wolałbym się trzy razy przejść do źródeł w Hveragerdi.

 

O 22 planowo wylecieliśmy z Islandii, wcześniej zdaliśmy auta i wyrównaliśmy rachunki z wypożyczalnią, tak że wszyscy byli zadowoleni.

Podsumowując, to była kolejna wizyta na wyspie, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że to miejsce jest wyjątkowe. Widzieliśmy wszystko – wulkany, lodowce, góry, gejzery, gorące źródła, fiordy, zorzę, plaże i przede wszystkim cudowną naturę. Mam porównanie z odwiedzin na Islandii poza sezonem (maj) oraz w sezonie (sierpień). W maju pogoda bywała kapryśna, ale można ją ocenić jako dobrą, natomiast w sierpniu na wyspie było prawdziwe lato. Dopiero w dzień wyjazdu pojawiły się chmury, a pod wieczór zaczęło padać. Tak przez większość czasu na niebie ciężko było dostrzec chmury. Oczywiście ceny w sezonie idą mocno do góry, ale w porównaniu z majem chyba nie odczułem znaczącej różnicy. Wcześniej zarezerwowane noclegi pozwoliły nam nie martwić się tak bardzo o nasze portfele. Największym obciążeniem były auta, bo kosztowały nas 320 000 ISK, czyli 11k złotych. Mogliśmy wybrać samochody osobowe, ale ta opcja uniemożliwiała nam spokojne dotarcie do wszystkich atrakcji. Zdecydowaliśmy nie kusić losu. Wyjazd na Islandię uważam za bardzo udany, a moim współtowarzyszom dziękuję za dobre zgranie i współpracę, która pozwoliła nam wszystkim cieszyć się wakacjami. Na koniec jeszcze jedna uwaga. Jeśli planujecie odwiedzić Islandię po raz pierwszy, koniecznie zróbcie to poza wysokim sezonem (lipiec, sierpień), wtedy zdecydowanie mocniej odczujecie ciszę i spokój, którą gwarantuje Islandia.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *