Wszystkie odcienie błękitu. Sardynia.

Opublikowano Włochy

Dzień 1

W końcu nadszedł dzień upragnionego wylotu na Sardynię. Tym razem musieliśmy się przenieść do Krakowa, skąd odbywają się bezpośrednio loty na włoską wyspę. Mając możliwość bycia w tym historycznym mieście, gdzie ostatnie moje kroki stawiałem kilkanaście lat temu, postanowiłem to wykorzystać. Z tego też względu wykupiłem bilety na PolskiegoBusa (10zł/osoba) i na dzień przed wylotem pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda Kraków dziś.

Dzień pierwszy (dzień wylotu) rozpoczął się od pobudki o godz. 8:40. Po szybkim prysznicu i ostatnich poprawkach w plecaku, udaliśmy się w kierunku Galerii Krakowskiej na poranne śniadanie. Autobus spod centrum handlowego na lotnisko miał planowo odjechać o 10:25. Mając kilka minut w zapasie zakupiliśmy bilety w maszynie biletowej (uwaga: w autobusie zakup biletów jest możliwy jedynie płacąc monetami). Koszt biletu na trasie Dworzec Główny Wschód – lotnisko Balice wyniósł nas 4zł/osoba. Autobus jechał około 40 minut.

Krakowskie lotnisko znajduje się w fazie przebudowy. Na miejscu zastaliśmy organizacyjny chaos, jednak udało się nam dosyć szybko przejść kontrolę lotniskową. Pierwsza pozytywna niespodzianka spotkała nas podczas odprawy. Otóż, na naszych kartach pokładowych z niewiadomych mi powodów znalazł się napis „priorytet”, czyli pierwszeństwo wejścia na pokład samolotu. Nadmienię tylko, że jest to płatna opcja w linii Ryanair. My otrzymaliśmy ją zupełnie za darmo. To był mój pierwszy i pewnie zarazem ostatni priorytet na karcie pokładowej. W innych okolicznościach nigdy by do tego nie doszło, gdyż uważam tę usługę za nieporozumienie (niejednokrotnie byłem szybciej w samolocie, niż osoby z priorytetem wejścia na pokład). Niemniej miło było skorzystać z okazji i wejść na pokład jako „vip”. Wylot z lotniska odbył się planowo i o 13:01 byliśmy już w powietrzu.

Po wylądowaniu na lotnisku Cagliari – Elmas ruszyliśmy w kierunku biura Europcar, z którego wypożyczaliśmy auto (fiat 500l) na 14 dni (500 euro), czyli cały okres pobytu. Tutaj z kolei spotkała nas niemiła niespodzianka. Okazało się, że Pandzia jest za młoda (choć regulamin pośrednika stanowił inaczej) i musieliśmy zrobić dopłatę do młodego kierowcy. Po kontakcie z pośrednikiem otrzymaliśmy informację, że reklamacja zostanie przyjęta dopiero po zwróceniu samochodu. Musieliśmy jakoś przecierpieć zwiększoną blokadę na koncie i ruszyliśmy w trasę. Nawigacja zrobiła nam małego psikusa (w sumie był to jej chrzest) i zamiast pokierować nas wybrzeżem, to skierowała nas do wnętrza wyspy, gdzie czekało na nas milion zakrętów. Trasę 160 km pokonaliśmy w… 3h, ale najważniejsze, że dojechaliśmy do mety. Noclegi przez pierwsze 2 dni mieliśmy zapewnione w miejscowości Tortoli. Na szczęście znalezienie hotelu nie było trudnym zadaniem. Po rozpakowaniu bagaży i chwili odpoczynku pojechaliśmy na pierwszą włoską pizzę. Następny dzień miał być bardziej aktywnym i nie chodziło tutaj o pokonanie jeszcze większej ilości zakrętów.

Dzień 2

W końcu miało się pojawić sporo zachwytów. Tego właśnie dnia chcieliśmy odwiedzić magiczne Golfo di Orosei, słynące z przepięknych plaż, umiejscowionych w wielu zacisznych zatoczkach.

Na wycieczkę zdecydowaliśmy się płynąć z miasteczka Arbatax. Już dnia poprzedniego dowiedzieliśmy się, o której wypływają statki z portu. Nad ranem wróciliśmy tylko dopełnić formalności i zakupić bilety u jednego z przewoźników (wybór padł na firmę www.mareogliastra.com). Do wyboru mieliśmy dwie trasy i ostatecznie padło na linię zieloną, dzięki czemu w naszym programie znalazł się czas na podziwianie takich plaż jak Cala dei Gabbiani, Cala Sisine i upragniona Cala Mariolu. Podczas tego rejsu mogliśmy skorzystać za dodatkową opłatą (8 euro/osoba) z wejścia do Grotte del Fico. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z tej możliwości, dzięki czemu mogliśmy przebywać dłużej na Cala Mariolu.

Wycieczka rozpoczęła się o godz. 9: 00. Z portu zabrała nas 3-osobowa ekipa. Już parę minut po wypłynięciu można było cieszyć oczy cudownym kolorem wody. Później było jeszcze lepiej. Początkowo pogoda była niepewna. Wprawdzie nic nie zapowiadało deszczu, lecz słońce było schowane za chmurami. Jednak Fortuna tego dnia nam sprzyjała. Jak tylko dopłynęliśmy do pierwszej plaży, to na niebie pojawiło się słońce i poczuliśmy jego pierwsze promienie.

Pierwszą odwiedzoną przez nas plażą była Cala dei Gabbiani, na której spędziliśmy ponad godzinę. Cudowna krystaliczna woda, złoty piasek (część plaży pokrywały kamienie), pasmo górskie i dużo słońca. Taki właśnie krajobraz towarzyszył nam przez czas pobytu na plaży. Pozytywne opinie na temat tego miejsca nie były przesadzone. Tak mógłby wyglądać raj.

Kolejną odwiedzoną przez nas plażą była Cala Sisine. To miejsce trochę mnie rozczarowało. Plaża mnie w ogóle nie zachwyciła, choć mieliśmy z niej piękny widok na góry. Jest ona w całości pokryta kamyczkami. Niecałe 100 m dzieli ją od restauracji, w której nie polecam jeść. Pomimo pięknego wystroju, dania w niej serwowane odbiegają od standardów. Stracone w niej pieniądze były jak do tej pory najgorzej wydanymi na Sardynii. Po obiedzie wróciliśmy na plażę i oddaliśmy się krótkiej drzemce. W tym czasie ukryte słońce niepostrzeżenie nas opalało.

Ostatnia plaża miała być uroczystym podsumowaniem naszej wycieczki do nadzwyczajnej krainy – Golfo di Orosei. Pomimo największego tłumu, Cala Mariolu oceniam najwyżej w każdej kategorii. Ta woda…

W drodze powrotnej naszą łajbą zaczęły władać fale. Dla jednych był to czas na kolejną zabawę, a dla drugich czas rozpaczy. Na szczęście nie doszło do żadnych niechcianych incydentów. Po godzinie 18 zeszliśmy z pokładu na ląd i można było zadać pytanie: „dlaczego to trwało tak krótko?”.

Całkowity koszt wycieczki wyniósł nas 35 euro za osobę.

Z Golfo di Orosei żegnaliśmy się na kilkanaście godzin, bowiem trzeci dzień na Sardynii przeznaczyliśmy także na ten wyjątkowy region. Tym razem naszym celem była Cala Goloritze, którą postanowiliśmy zdobyć pieszo.

Dzień 3

Dzień trzeci miał być kolejną wspaniałą przygodą i takim go zapamiętam. O poranku zeszliśmy na pierwsze włoskie śniadanie, które jest zazwyczaj przyrządzane na słodko. Niestety, nasze śniadanie nas nie zachwyciło, lecz po części była to też nasza wina. Po prostu dnia poprzedniego nie zgłosiliśmy w recepcji chęci jego wykupienia. Pomimo, że wszystko było robione na szybko, to okazało się jednak na tyle syte, że udało się nam przeżyć na nim aż do kolacji.

Po śniadaniu rozpoczęliśmy realizację planu na dzień trzeci. Pogoda była idealna – bezchmurne niebo i wysoka temperatura. Wspaniałe warunki do pokonania szlaku prowadzącego do rajskiej plaży Cala Goloritze. Szybkie pakowanie bagaży do auta i już byliśmy w drodze do Baunei. Po przejechaniu miasteczka wąskimi uliczkami, skierowaliśmy nasze auto w kierunku płaskowyżu Golgo, gdzie zaczyna się szlak. Po drodze mieliśmy przyjemność mijać pokojowo nastawione na turystów osiołki.

Wejście do parku kosztowało nas 1 euro za osobę. Tyle samo płaciliśmy podczas zostawiania auta na parkingu oraz za wejście na teren plaży. Trekking do plaży rozpoczynał się przy parkingu. Mi udało się przejść tę dosyć wymagająca trasę w 1h i 5min. Trochę czasu przeznaczyłem jednak na zdjęcia i kręcenie filmu. Warto zabrać ze sobą górskie buty i oszczędzić sobie cierpienia, idąc po licznych skałach, kamieniach, kamyczkach. Początek szlaku wiedzie do góry, po czym następuje zejście aż do samej plaży. Na końcu naszym oczom ukazuje się Cala Goloritze i wtedy mamy czas na zachwyty.

Powrót to już gorsze przeżycia, bo po całodziennym rozleniwieniu ciężko było zebrać się w sobie, opuścić plażę i przejść szlak, który tym razem biegł tylko do góry. Na szczęście pierwsze złe wrażenie zostało szybko zatarte i razem z Pandzią przeszliśmy go w 1h i 16 minut. Wielu ludzi, których mijaliśmy wyglądało jakby mieli stan przedzawałowy, a i my na samym końcu do najwytrwalszych się nie zaliczaliśmy. Cala Gorolitze zostało podbite, a my oczarowani jej urokiem.

Po trekkingu pojechaliśmy do miejscowości Orosei, gdzie zarezerwowałem nam kolejną bazę noclegową. Kolejne trzy dni nocowaliśmy w tym miasteczku, oglądając przy tym pobliskie plaże.

Dzień 4

Niestety, nad ranem obudził nas deszcz. Czyżby pierwsze załamanie pogody miało stać się faktem? Przed podjęciem decyzji jak rozplanować dzień, wybraliśmy się do marketu na większe zakupy. Śniadanie zjedliśmy na naszym duży balkonie. Czekając na koniec prania, dostrzegliśmy pierwsze promienie słońca. Dzień najwidoczniej nie miał być stracony. Chwila zastanowienia, dobra organizacja i już siedzieliśmy w aucie a naszym celem stała się Cala Brandinchi.

Na plaży przeleżeliśmy 2h, lecz nie było dane nam ujrzeć słońca. Choć pogoda nam nie sprzyjała, to plaża prezentowała się całkiem dobrze. Prosto z niej pojechaliśmy do pobliskiego Porto San Paolo, gdzie chcieliśmy rozejrzeć się za biletami na wyspy Tavolara i Molara. Po raz kolejny nie mieliśmy szczęścia, bo budka z biletami była tego dnia nieczynna. Dowiedzieliśmy się natomiast, że taki bilet kosztuje 25 euro za osobę za pełny pakiet.

W międzyczasie pogoda znacznie się poprawiła, więc należało to wykorzystać. Pojechaliśmy na pobliską Costa Dorada i w towarzystwie kilku osób spędziliśmy resztę dnia wygrzewając się na plaży. Ku mojemu zaskoczeniu pod wodą było ciekawiej, niż w poprzednich dniach.
Na koniec dnia znów nastąpiło załamanie pogody, lecz zdążyliśmy zobaczyć jeszcze plażę La Cinta. Zdecydowanie było to najbardziej rozrywkowe miejsce, które było dane nam odwiedzić do tej pory.

Dzień nie należał do najlepszych, ale na plus mogę zaliczyć kolację w lokalnej sardyńskiej restauracji – Sos Ozzastros. W końcu miałem okazję spróbować pożądane przeze mnie włoskie smaki (szynki, kiełbasy, sery, makarony, wątróbkę, pasztet z dzika, a także pieczone małe prosię). Całość dopełniła nielimitowana ilość domowego wina. Od pęknięcia nie dzieliło mnie zbyt wiele. Na szczęście dzień piąty zapowiadał kolejny trekking i nadmiar kalorii miał zostać ponownie zredukowany. Za całą ucztę trzeba było zapłacić 28 euro za osobę i nie żałuję wydanych pieniędzy. Kulinarnie zostałem zaspokojony na kilka dni.

Dzień 5

Czy można się do czegoś przyczepić na Sardynii? Po ostatniej nocy wiedziałem, że do komarów. Jeszcze w tym roku tylu nie widziałem. Ściany w naszym apartamencie przybrały od wojny kolor czerwony i musiałem je o poranku szorować. Kto by jednak roztrząsał spotkanie z komarem, gdy za oknem ponownie wróciła słoneczna pogoda. Warunki do trekkingu idealne. Z lekkim poślizgiem ruszamy do Cala Gonnone, by następnie udać się na plażę Cala Fuili, gdzie rozpoczyna się trasa do Cala Luna.

Na miejscu zameldowaliśmy się po 10. Na początku nie mogliśmy odmówić sobie zrobienia kilku zdjęć, bo widoki już nie po raz pierwszy były warte każdego pstryknięcia. Szlak zaczęliśmy pokonywać o 10:20. Parę minut po 12 byliśmy na plaży. W mojej opinii szlak do Cala Luna był trudniejszy, niż do Cala Goloritze. W niektórych momentach trzeba było naprawdę się wysilić, żeby pójść krok dalej. Zdziwiło mnie, że na szlaku spotkaliśmy wiele osób: starszych ludzi, całe grupy zorganizowane, rodziców z dziećmi, nawet niepełnosprawnych. Szacunek dla wszystkich, bo iść w taki upał łatwo nie było. W drodze powrotnej, żeby nie tracić czasu, zdecydowaliśmy się skorzystać z usług przewoźnika i wróciliśmy płynąc łódką po 8 euro za osobę do Cala Gonnone.

Po przyjeździe do hotelu czekało nas ponowne pakowanie. Następnego dnia z rana mieliśmy w planie jechać do Porto San Paolo, gdzie czekać już na nas miała kolejna łódź w kierunku wysp Tavolara i Molara. Tego dnia przenosiliśmy się także na północ wyspy, żeby skrócić dystans do Archipelagu La Maddalena, który mieliśmy odwiedzić w najbliższych dniach.

Dzień 6

Aż dziw bierze, że na wakacjach można wstać o tak absurdalnej porze. Szóstego dnia budzik zadzwonił o 6 rano. Czekało nas do przejechania 70 km, a na sardyńskich drogach może to trwać wieczność. Z hotelu wyjeżdżamy pięć po 7:00 i obieramy kierunek na Porto San Paolo. Pogoda dopisuje, więc wycieczka na wyspy Molara i Tavolara na pewno się odbędzie.

Na miejsce dotarliśmy ok. 8:30. W kasie biletowej zakupiliśmy bilety na dłuższą wycieczkę. Opcja ta pozwoliła nam obejrzeć jeszcze jedną wyspę – Molara, gdzie dostaliśmy czas na pływanie z rybami, obejrzeliśmy ciekawe formacje skalne oraz plaże w okolicach San Teodoro. Punktem kulminacyjnym była wizyta na wyspie Tavolara, na której odpoczywaliśmy kilka godzin (można było indywidualnie ustalić ile czasu chcemy pozostać na wyspie). Plaża na Tavolarze jest długa, a przy małym natężeniu turystów miało się wrażenie, że jest tylko dla nas. Woda w zatoce ma cudowny turkusowy kolor i niechętnie chciało się z niej wychodzić. Przy plaży działają bary i jedna restauracja, więc spragnieni sardyńskich eliksirów znajdą tam także swój azyl. Ponadto, na wyspie znajduje się cmentarz, na którym pochowano rodzinę królewską z Tavolary. Koszt wycieczki wyniósł nas 25 euro za osobę. Przy zrezygnowaniu z odwiedzenia Molary, koszt takiej wycieczki obniża się do 15 euro za osobę. Gdybym miał ponownie płynąć, to myślę, że wybrałbym krótszą opcję.

Do Porto San Paolo wróciliśmy po 17, skąd przenieśliśmy się do Palau. Tego dnia byliśmy już o krok od Archipelagu La Magdalena, na który mieliśmy dotrzeć następnego dnia.

Dzień 7

W końcu udało się trochę dłużej pospać. Organizm tak pragnął snu, że sam wyłączył budzik ustawiony na 8:45. O 10 mieliśmy wymeldowanie z hotelu, a wstaliśmy o 9:25. Trzeba było przyspieszyć ruchy, zwłaszcza, że o 10:45 odpływał nasz prom na La Magdalenę. Po raz kolejny nastąpiło szczęśliwe zakończenie i udało nam się wyrobić na czas. Po przyjeździe do portu w Palau, czekał już na nas prom. Bilety w dwie strony dla 4 osób i samochodu wyniosły nas 92 euro. Cała przeprawa promowa trwała około 15-20 minut. Po zjechaniu z pokładu, udaliśmy się w kierunku hotelu i po zameldowaniu w apartamencie rozpoczęliśmy naszą 7-dniową przygodę z Archipelagiem.

Pierwszy dzień postanowiliśmy przeżyć na całkowitym luzie i z tego też powodu udaliśmy się pieszo na najbliższą plażę przy hotelu. Padło na plażę Punta Tegge. Znaleźliśmy kilka miejsc na plażowanie, ale najbardziej przypadły nam do gustu kamienie, na których leżało się bardzo wygodnie i z których było bezpośrednie zejście do wody. Co do wody, to była jak zwykle krystaliczna. Na relaksie spędziliśmy kilka godzin, po czym poszliśmy do portu rozejrzeć się za pamiątkami, jak i oczywiście dobrym jedzeniem.

Na kolejny dzień zaplanowany został objazd po trzech maddaleńskich plażach, tj. Cala Spalmatore, Stagno Torno i Baia Trinita.

Dzień 8

Z racji, że La Maddalena jest bardzo mała i wszędzie jest blisko, pozwoliliśmy sobie na dłuższy sen. Na plaże leżące wzdłuż drogi panoramicznej wyruszyliśmy przed 11. Jadąc na pierwszą z nich staliśmy się uczestnikami wyścigu kolarskiego. Co jakiś czas policja kazała nam zatrzymywać się na poboczu. Kilka minut po 11 dojechaliśmy do plaż Baia Trinita. Dookoła znajdują się wydmy, a przy drodze stoi bar. Każda z plaż jest oddzielona od siebie skałami, które łatwo przejść. Zejście do wody jest łagodne. Najbardziej atrakcyjną wydaje się trzecia plaża umiejscowiona w małej zatoczce. Na piasku rozłożyć można tylko kilka ręczników.

Po 1,5h przenieśliśmy się na kolejną plażę. Tym razem było nam dane poleżeć na Stagno Torno. Mieliśmy szczęście, bo mimo niedzieli i pięknej pogody nie spotkaliśmy tłumu turystów. Tak jak przy poprzedniej plaży, również i tą otaczają wydmy. Stagno Torno również charakteryzuje się łagodnym zejściem. Plaża sprzyja dziecięcym kąpielom.

Ostatnią plażą tego dnia była Cala Spalmatore. Dwie plaże oddzielone molem, funkcjonujące dwa bary i plac zabaw na wodzie, gdzie za opłatą można spróbować swoich sił – tak najkrócej można opisać to miejsce.

Jedyną zmorą wszystkich plaży jest brak miejsca z cieniem. Jedyną możliwością ochłodzenia się jest wejście do wody lub do barów, w których nie zawsze klimatyzacja wygrywa z upałem. Czasami słońce było naprawdę męczące, a przy dosyć silnie wiejącym wietrze trzeba było uważać, żeby się nie spalić.

Dzień dziewiąty przeznaczony został na podbój plaży Cala Napoletana, leżącej na pobliskiej wyspie Caprera. Chcąc poznać jej piękno, zmuszeni byliśmy po raz kolejny włożyć buty trekkingowe na stopy i zmierzyć się z 40 minutowym marszem w słońcu.

Dzień 9

Nie udało się nam zrealizować celu postawionego dzień wcześniej. Plany popsuła nam pogoda. Słońce pozostawało za chmurami do południa, więc trekking do Cala Napoletana postanowiliśmy przenieść na kolejny dzień. W końcu piękne plaże wymagają odpowiedniej oprawy.

W zamian wybraliśmy się na oglądanie plaż trochę mniej okazałych, niż wspomniana Napoletana czy Cottico. Udaliśmy się na El Retiro oraz Cala Andreana. Obie znajdują się na południu Caprery – wyspy, będącej rezerwatem przyrody. Po dojechaniu na miejsce oprócz plaży, naszym oczom ukazał się opuszczony gród, którego odwiedzenia nie mogliśmy sobie odmówić. Na Caprerze znajduje się także Muzeum Giuseppe Garibladiego, znanego włoskiego wojownika o niepodległość. Po spacerze na murach przyszedł czas na plażowanie. Do pierwszej plaży – Cala Andreana idzie się ścieżką pośród krzewów. Na plaży nie ma zaplecza gastronomicznego, są za to spore wydmy.

Pięć minut pieszo od Cala Andreana znajduje się plaża El Retiro. Przed wejściem na nią stoi bar. Na spragnionych cienia czekają drzewa na skałach. Plaża jest szeroka i oferuje sporo miejsca. Kilka metrów od brzegu nadal jest grunt pod stopami.

Co najważniejsze, podczas leniuchowania wróciło słońce i uderzyło w nas ze zdwojoną siłą. Temperatura skoczyła nagle do ponad 30 stopni. Czego chcieć więcej…

Dzień 10

Niestety, nad ranem budzi nas deszcz. Tak zachmurzonego nieba jeszcze podczas tych wakacji nie było. Włoscy meteorolodzy zapowiadali burze na wtorek, ale miały się one pojawić dopiero pod wieczór. Robiąc śniadanie obserwujemy, co dzieje się za oknem.

Pogoda co chwilę się zmienia. Przypomina to historię dnia poprzedniego, gdzie też z rana walczyliśmy z brzydką pogodą, a w południe ciężko było wysiedzieć na gorącym piasku. W końcu decydujemy się na podjęcie szlaku prowadzącego do Cala Napoletana, która widnieje na większości sardyńskich pocztówek.

W tym celu ponownie wracamy na Caprerę i dojeżdżamy do końca północnej drogi. Tam rozpoczyna się szlak o czym informują wbite tablice. Trasę od znaku do plaży powinniśmy przejść w czasie 45 minut. W porównaniu z innymi szlakami, ten okazuje się najlżejszy i najmniej wymagający. Na jego końcu znajdujemy kolejną rajską plażę, która skąpana w słońcu zaprasza nas do orzeźwiającej kąpieli. Ulegamy…

Zatokę otacza pasmo skał, po których bardzo przyjemnie się chodzi. Wykorzystując czas na plażowanie, wybrałem się na eksplorację terenu.

W drodze powrotnej zmieniliśmy trasę. Naszą pieszą wędrówkę skończyliśmy na plaży Caprease, którą mija się podążając w stronę Cala Napoletana. Jak się okazuje dojście do niej do najłatwiejszych nie należy, ale ostatecznie pokonujemy głazy i cieszymy się z naszej pierwszej prywatnej plaży.

Na następny dzień przewidziana została wycieczka po wyspach Archipelagu La Maddalena – Spargi, Budelli i St.Maria. Z racji, że zapowiadali piękną pogodę czekała nas kolejna dawka pozytywnych emocji.

Dzień 11

Przyszedł długo oczekiwany przeze mnie dzień. Właśnie dzisiaj miała się odbyć wycieczka na wyspy otaczające La Maddalenę – Spargi, Budelli i Santa Maria. Zameldowaliśmy się w porcie po godzinie 10, żeby zapłacić za wcześniej zarezerwowane bilety. Wszystko odbyło się bez większych komplikacji i po chwili trzymaliśmy w dłoniach przepustkę do przepięknych miejsc archipelagu.

Wycieczkę wykupiliśmy w biurze Elena Tour w cenie 30 euro za osobę. Start zaplanowany był na 10:45 na La Maddalenie i 15 minut wcześniej w miejscowości Palau. Z portu wypłynęliśmy zgodnie z programem, a naszym pierwszym punktem stopu była plaża Corsara znajdująca się na wyspie Spargi. Czas przepłynięcia z wyspy na wyspę wyniósł około 20 minut.

Plaża Corsara ciągnie się na długości kilkudziesięciu metrów. W zasadzie są trzy plaże leżące w jednej zatoce. Po zejściu na ląd otrzymaliśmy 2 godziny na zapoznanie się z terenem. Po tym czasie wróciliśmy na łódź, gdzie czekał na nas lunch. Szef kuchni podał pastę w sosie pomidorowym z krewetkami.

Następnym punktem wycieczki było zobaczenie plaży Rossa, która słynie z różowego koloru piasku. Niestety, ale plażę można oglądać tylko z poziomu wody, a zejście na nią jest surowo zabronione. W moim odczuciu jest to miejsce przereklamowane, niczym nie odbiegające od innych plaż. Być może w pełnym słońcu prezentuje się okazalej, ale przy zachmurzonym niebie nie stanowi zapierającej dech w piersi atrakcji.

Nieopodal plaży Rossa i wyspy Budelli znajdują się naturalne baseny, w których wszyscy chętni mogli skorzystać z kąpieli. W zasadzie tylko ja na grupę ponad 50 osobową odważyłem się zejść na głęboką wodą i posnoorkować. Nie żałuję ani trochę, bo mogłem obejrzeć cudowny podwodny świat, w tym rybę giganta – około 2 metrowego miecznika, którego będący na statku kapitan określili mianem wegetariańskiego rekina. Kąpiel w naturalnych basenach trwała 25 minut, a jej czas był uzależniony od braku chętnych.

Przed ostatnim punktem naszej wycieczki była plaża Santa Maria na wyspie o tej samej nazwie. Od załogi łodzi otrzymaliśmy ponad godzinę czasu na zwiedzanie wyspy. Praktycznie wszyscy zamiast na plażę udali się w kierunku latarni morskiej, która okazała się być w remoncie. Po krótkim odpoczynku wróciliśmy na plażę, gdzie spędziliśmy resztę wolnego czasu.

Ostatnim punktem wycieczki było zwiedzanie La Maddaleny (opcjonalnie pieszo lub autokarem za 5 euro od osoby), którą my znaliśmy już bardzo dobrze. Odpuściliśmy więc sobie ostatni punkt i zakończyliśmy wyprawę w porcie. Była jeszcze możliwość płynięcia na Caprerę, ale z tą wyspą chcieliśmy się pożegnać następnego dnia, udając się pieszo na plażę Cottico.

Ogólnie wycieczkę pod kątem organizacji oceniam bardzo dobrze. Wszystko odbyło się zgodnie z planem, a załoga łodzi dokładała wszelkich starań, żeby atmosfera była przyjazna. Lunch także należy uznać za całkiem przyzwoity. Jedynym minusem wycieczki, na który nikt wpływu nie miał była pogoda. Śmiało można powiedzieć, że obraziła się na nas na amen. Od rana było pochmurnie i mimo przewidywanej poprawy do wieczora się nie zmieniła. Tym samym przez cały czas towarzyszyły nam chmury a czasami nawet i krótkie opady deszczu. Szkoda, bo właśnie słońce dodałoby jeszcze większej atrakcyjności odwiedzanym przez nas miejscom. Może następnym razem szczęście będzie nam bardziej sprzyjać. Mimo wszystko kolejny dzień uważam za udany.

Dzień 12

Nadszedł ostatni dzień naszego obcowania z Archipelagiem La Maddalena. Od samego rana było pogodnie, więc mieliśmy dobre warunki do trekkingu. Naszym celem stała się ostatnia z pięknych plaż Caprery – Cala Cottico, nazywana przez miejscowych Tahiti. Szlak nr 3 prowadzący do plaży rozpoczynał się 300 metrów wcześniej, niż ten do Cala Napoletana. Niestety, nie ma postawionego żadnego znaku. Nam w znalezieniu właściwego miejsca pomogła mapka ze szlakami, którą bezpłatnie można otrzymać w punkcie informacji turystycznej na La Maddalenie.

Trasa do Cala Cottico okazała się bardziej wymagająca, niż do Cala Napoletana. W pewnym momencie trzeba było zejść po mocno „wyślizganych” schodach. Dojście do pierwszej plaży zajęło nam około 30 minut . Pierwsza myśl jaka przeszła mnie po dotarciu na miejsce była – to chyba nie tutaj, bo plaża miała być bardziej spektakularna. Gdy reszta zaczęła rozkładać się na piasku, ja zdecydowałem się iść jeszcze kawałek dalej. Przeskoczyłem kilka kamieni, wspiąłem się na jeden z nich i ujrzałem w końcu upragniony widok – małą plażę a przed nią obłędną wodę. Do tej pory nie wiem, która to plaża Cottico, ale zdecydowanie ta druga przypadła mi do gustu. Pozostałą część dnia spędziliśmy właśnie na niej.

Droga powrotna mimo wrażenia trudnej okazała się łatwą przeszkodą, a jej pokonanie zajęło nam 30 min.

Wieczorem udaliśmy się na ostatnią maddaleńską kolację, gdzie nie odmówiłem sobie zamówienia tego co najlepsze, czyli owoców morza. Po kolacji czekało nas jeszcze pakowanie, a w piątek do 10 opuszczenie hotelu i przeniesienie się na Sardynię.

Do Palau odpłynęliśmy po 10. Przeprawa promowa znów odbyła się bez żadnych problemów. Na ten dzień, z racji przenosin nie było zaplanowane nic specjalnego. Na bieżąco podjęliśmy decyzję o zwiedzeniu miasta, a następnie plażowaniu przy naszym hotelu.

Tego dnia w Palau odbywał się targ, gdzie można było zakupić lokalne sery i wyroby mięsne. Można było wybierać spośród wielu produktów. Uwielbiam tego typu miejsca, gdzie można posmakować kraju, w którym się przebywa. Zresztą jak zawsze, podczas całego pobytu nie mogłem sobie odmówić czegokolwiek, co kojarzone było z Sardynią. Poza targiem i portem, Palau nie posiada zbyt wielu atutów, żeby zatrzymać u siebie turystów. Po 2h spaceru pojechaliśmy do znanego już nam hotelu i do czasu zameldowania odpoczywaliśmy na plaży.

Do wylotu pozostał już nam praktycznie jeden dzień, więc sobota była przeznaczona na pokonanie trasy z północy na południe z małymi atrakcjami.

Dzień 14

Na wakacjach nie powinno zabraknąć czasu, żeby położyć fundament pod przyszłe wakacje. Z tego powodu już od samego rana walczyłem z promocją linii AirSerbia na loty z Warszawy do Abu Dhabi. Dopiero wieczór przyniósł sukces i stałem się posiadaczem biletów do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Jeśli chodzi o Sardynię…trasa do stolicy nam się dłużyła. Dopiero, gdy wyjechaliśmy na drogę „szybkiego ruchu” coś się ruszyło. Po przejechaniu 200 km zrobiliśmy postój w Oristano na lody, a przy okazji zwiedziliśmy trochę miasto. Po 1,5 h ruszyliśmy w dalszą podróż do Cagliari, gdzie mieliśmy ostatni nocleg. Jak się okazało trafiliśmy do pięknej włoskiej posiadłości, gdzie odbywało się przyjęcie weselne. Na czas jego trwania (o 22 już było po weselu) pojechaliśmy do portu w stolicy i tam odbyliśmy ostatni spacer po sardyńskiej ziemi.

W niedzielę o 15:55 mieliśmy odlecieć do Krakowa. Niestety, pogoda w Polsce spowodowała opóźnienia w ruchu lotniczym i ostatecznie nasz samolot przyleciał do Cagliari po 18, a my stanęliśmy na płycie krakowskiego lotniska dopiero o 20:45. Krakowskie lotnisko jest najgorszym w Polsce. Mam nadzieję, że w końcu uda im się ukończyć budowę nowego terminala i poprawią swój wizerunek. Ja tymczasem odliczam czas do następnego wyjazdu, albowiem już w listopadzie lecę na Dominikanę po kolejne inspiracje.

Koszty wyjazdu na 14 dni:

Bilet lotniczy: 80 euro/osoba
Hotele: 250 euro/osoba
Samochód: 125 euro/osoba
Paliwo: 27,5 euro/osoba

Łącznie: 482,5 euro za osobę.

Wycieczki fakultatywne:

a) wycieczka po plażach Golfo di Orosei – 35 euro/osoba
b) wycieczka na wyspy Tavolara i Morala – 25 euro/osoba
c) prom na La Maddalenę – 92 euro/4 osoby + auto
d) wycieczka na wyspy Spargi, Budelli i St. Maria z lunchem – 30 euro/osoba

Koszty wyjazdu byłyby niższe, ale w ostatniej chwili wystawiła nas jedna osoba i wydatki trzeba było dzielić na cztery osoby, a nie jak było zakładane na pięć.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *