Wzdłuż wybrzeża.

Opublikowano Sri Lanka Sri Lanka cz.2

Dzień 1 i 2

Na Sri Lankę wróciliśmy po tygodniowej przerwie na Malediwy. Wykupiona za pierwszym razem wiza dwukrotnego wjazdu sprawiła, że nie musieliśmy ponownie płacić za pobyt na Cejlonie.

Pierwszy nocleg po powrocie mieliśmy zarezerwowany w Colombo. Tym razem nie musieliśmy się spieszyć na nic (lotnisko opuściliśmy ok. 17:30). Chcąc dotrzeć do stolicy zdecydowaliśmy się na transport prywatny (autobus). Za bilety z lotniska do Colombo zapłaciliśmy 220 lkr. Dla przypomnienia tuk tuk wyniósł nas 1500 lkr za pierwszym razem. Przejazd autokarem trwał ok. 40 min. Minusem wyboru tego środka transportu był czas oczekiwania na wyjazd z lotniska (kierowca czekał aż w autobusie zapełni się większość miejsc). Wydaje mi się, że jednak za tę cenę naprawdę warto skorzystać z oferty prywatnego przewoźnika i nie przepłacać za tuk tuki, a tym bardziej za taxi.

Tego dnia nic specjalnego nie robiliśmy. Jako atrakcję możemy zaliczyć włóczenie się po ulicach Colombo w poszukiwaniu otwartego kantoru oraz rozmowę z policjantami, którzy bardzo starali się, żeby wskazać nam właściwą drogę.

Następny dzień nie zapowiadał się także nadzwyczaj emocjonująco. Wróciliśmy do starych rozrywek czyli jeżdżenia po wyspie pociągami i autobusami. W tym pierwszym znaleźliśmy się już o 8:35. Pierwszy etap zakładał przejechanie pociągiem do Matary na południe kraju, a drugi przejazd autobusem z Matary do miejscowości Tissa, która była głównym celem naszej podróży. Na początku pociąg był strasznie zatłoczony. My wykupiliśmy bilety standardowo na 3 klasę bez rezerwacji miejsc (do wyboru była jeszcze tylko 2) za cenę 260 lkr. Na szczęście po 30 min. miejsca się zwolniły i mogliśmy resztę podróży przesiedzieć. Widoki za oknem były zgoła inne, niż te do których byliśmy przyzwyczajeni. Górskie widoki zamieniliśmy na plaże i ocean – trasa prowadziła wzdłuż wybrzeża. Do Matary dojechaliśmy w 3h 40min.

Terminal autobusowy od stacji kolejowej dzieli około 1,5 km. Po długiej jeździe pociągiem zdecydowaliśmy się rozprostować nogi i przejść ten dystans pieszo. Oczywiście musieliśmy powiedzieć jakieś 100 razy „nie, dziękuję” kierowcom tuk tuków, którzy bardzo chcieli nas zawieźć na przystanek. Mieliśmy szczęście, bo po drodze trafiliśmy do banku, gdzie po kursie 131 lkr za 1$ wymieniono nam pieniądze. Odwiedziliśmy przy okazji centrum handlowe, gdzie zakupy wśród mieszkańców trwały w najlepsze. Właściwy autobus do Tissy wskazała nam sprzedawczyni na targowisku. Na terminalu autobusowym znaleźliśmy się w odpowiednim momencie, bo tylko zdążyliśmy wejść do autokaru i zaraz ruszyliśmy. Styl jazdy podczas naszej kilkudniowej nieobecności na Sri Lance nie uległ zmianie. Wyprzedzanie na 4, wchodzenie przy sporej prędkości w zakręt, muzyka na full wewnątrz autobusu i zatrzymywanie się co 10 metrów. Tak wyglądała nasza podróż do Tissy, która trwała ok. 3h i kosztowała nas 270 lkr.

W Tiss nasz hotel znajdował się 3 km od centrum, ale z zajezdni autobusowej mieliśmy zorganizowany i darmowy transfer. Hotel okazał się być pięknie usytuowany nad jeziorem. Niestety znaczna odległość od centrum wiązała się z wyższymi cenami za jedzenie. Kolacja, którą nam przyrządzili w hotelu była najgorszą spośród wszystkich zjedzonych do tej pory na Sri Lance. Udało nam się ją jakoś przełknąć, bo nie było innego wyjścia. Wieczorem położyliśmy się spać z nadzieją, że wycieczka do parku Yala, którą mieli nam zorganizować następnego dnia będzie o niebo lepsza.

Dzień 3

Wyjazd do Parku Narodowego Yala zaplanowany był na 4:30. Na przekór dziwnym mocom, które nie chciały wypuścić nas z łóżka, zdołaliśmy odeprzeć ich atak i przyszykować się na umówioną godzinę.

Z hotelu wyjechaliśmy kilka minut po 4:30. Nasza grupa liczyła 4 osoby plus kierowca (przewodnik). Przed wjechaniem na teren parku kierowcy byli odpowiedzialni za kupienie nam biletów. My czekając w aucie obserwowaliśmy jak z każdą minutą powiększała się liczba przybyłych samochodów. Na parę minut przed 6 zauważyliśmy poruszenie wśród kierowców. Wszyscy nerwowo biegli do swoich aut, po czym odpalali silniki i zaczęli pędzić w kierunku głównej bramy. Nasz przewodnik zdążył nam tylko powiedzieć, że wyścig się właśnie rozpoczął.

Jak wygląda safari w parku Yala? Otóż, najważniejsze to mieć dobrego przewodnika, który zna sporą ilość innych kierowców i jest z nimi zaprzyjaźniony. Jeśli takiego posiadamy to możemy być pewni, że uda nam się zobaczyć pożądane zwierzęta. Praktyka polega na tym, że gdy jeden z kierowców zauważy słonie, czy np. leopardy, to informuje telefonicznie o tym swojego kolegę. Gdy kolega kolegę poinformuje, a ten przekaże wiadomość dalej, to zaczyna się najlepsza zabawa, czyli walka o pozycję. Podczas tej zabawy obserwujemy jaką wyobraźnię mają kierowcy jeepów. Wszystko to, żeby zadowolić klienta. My akurat mieliśmy szczęście, bo korzystaliśmy z usług przewodnika  (kierowcy), który zna się na rzeczy. Dzięki jego znajomościom, wiedzy i umiejętnościom znalezienia właściwego miejsca, mogliśmy obserwować leopardy, słonie, krokodyle, różnorodne ptaki, bawoły itd. Pamiętajcie, że jeśli kiedyś wybierzecie się na safari do tego parku to koniecznie musicie zabrać ze sobą teleobiektyw. Z pewnością jego obecność przyniesie Wam zdecydowanie lepsze zdjęcia. To samo tyczy się lornetki, która może okazać się w parku bezcenna. Nasze safari trwało od 4:30 do 12:30.

Po 12:30 przewodnik zawiózł nas do głównej bramy parku, gdzie przesiedliśmy się do samochodu z naszego hotelu. Para z UK, która towarzyszyła nam podczas safari kontynuowała dalej wycieczkę. My odpuściliśmy całodzienne jeżdżenie po parku i myślę, że była to trafna decyzja. Cały dzień w jeepie nie należy raczej do przyjemnych. Poza tym w środku dnia z uwagi na upały zwierzęta się chowają i ciężko je zaobserwować. Z tego też względu najlepszą porą na szukanie zwierząt są godziny ranne lub popołudnie. My za naszą 6h wycieczkę zapłaciliśmy 10000 lkr (kierowca, bilety, samochód, podatki, napoje i owoce).

Po powrocie do hotelu trochę odpoczęliśmy i pojechaliśmy do centrum zobaczyć jak wygląda Tissa. Zjedliśmy tam obiad oraz odwiedziliśmy buddyjską Świątynię Tissamaharama Raja Maha Vihara mającą już prawie 2200 lat. Oprócz ogromnej budowli i figurek Buddy nic specjalnego tam nie zobaczyliśmy. Dzięki darmowemu transferowi z centrum do hotelu, nie musieliśmy korzystać z usług tuk tukarzy. Po powrocie szybko padliśmy spać, zmęczeni ostatnim kilkudniowym wczesnym wstawaniem.

Dzień 4

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od przepysznego śniadania. Oprócz omletów i tostów z dżemem dostaliśmy cały przekrój świeżych owoców – banany, arbuza, ananasa, papaję oraz sok ze zmiksowanej papai oraz bananów. Nie chciało się odchodzić od stołu. Wręcz na siłę wpychaliśmy owoce w siebie, bo było wszystko tak bardzo smaczne. Kiedy już wyzerowaliśmy talerze przyjechała po nas darmowa taksówka i pojechaliśmy nią na dworzec autobusowy. Właściciel hotelu praktycznie wjechał w autobus, którym mieliśmy jechać do Matary. Wszystko po to żebyśmy przypadkiem nie pomylili się przy wsiadaniu. Podróż do Matary trwała 3h i ponownie kosztowała nas 270 lkr. Tym razem trafił nam się lux autokar, który miał zamontowany telewizor. Przez całą podróż leciała relacja z koncertu lankijskich artystów. Dla fanów disco polo koncert obowiązkowy!

Po przyjeździe do Matary chcieliśmy jeszcze rzucić okiem na plażę, ale w drodze na nią Pandzia wypatrzyła autobus do Unawatuny. Korzystając z sytuacji (planowaliśmy jechać pociągiem, ale nie wiedzieliśmy, o której godzinie odjeżdża) wsiedliśmy do niego i kontynuowaliśmy podróż do celu. Przejazd kosztował nas 120 lkr i trwał ok. 1h, czyli podobnie jakbyśmy chcieli jechać pociągiem.

W Unawatunie wysiedliśmy tuż przy naszym hotelu. Zrobiliśmy szybki check in i ruszyliśmy na plażę. Jako pierwszą wybraliśmy Unawatuna Beach z racji bardzo bliskiego położenia względem naszego hotelu. Na plaży zastaliśmy wiele restauracji i agencji turystycznych. Turystów nie było zbyt wielu, więc można było znaleźć wolne leżaki. Akurat tego dnia było pochmurnie, więc nie zdecydowaliśmy się na kąpiel czy opalanie. Cudem jednak było, że się nie rozpłynąłem. Było tak duszno, że z trudem nadążałem z wycieraniem potu z twarzy.

Następnie przeszliśmy na Jungle Beach polecaną przez tripadvisora jako kameralną i bez tłumu turystów plażę. Po dojściu naszym oczom ukazał się widok leżaka na leżaku, baru serwującego drinki oraz tłum turystów i ludności lokalnej. Z miłych akcentów jakie tam doświadczyliśmy były powbijane wzdłuż brzegu flagi różnych krajów, w tym także Polski. Nie wiem kto pisał recenzje na tripie, ale był w niezłym amoku. Plaża Jungle Beach w porównaniu z  Unawatuna Beach wypadła bardzo słabo. Ciężko mi znaleźć choćby jeden argument, który broniłby tę plażę.

Po zawodzie jaki nas spotkał na Jungle Beach trafiliśmy do pobliskiej świątyni Japanese Peace Pagoda. Początkowo robiliśmy zdjęcia z pewnej odległości, gdyż nie posiadaliśmy odpowiednich strojów, żeby móc podejść bliżej. Jednak opiekun świątyni zawołał nas i powiedział, że możemy obejść świątynię. Pandzia musiała się jednak przyodziać w szatę, którą dostała od opiekuna. Dookoła budowli można znaleźć cztery figurki Buddy oraz przeczytać legendę o nim. Po krótkim zwiedzaniu weszliśmy jeszcze do świątyni obok pagody, którą otworzył nam opiekun. Oczywiście zainkasował przy tym „co łaska”.

Idąc ze świątyni w kierunku głównej drogi natknęliśmy się na znak prowadzący do Jungle Beach White. Postanowiliśmy sprawdzić, czy plaża ma coś wspólnego z Jungle Beach. Po zejściu okazało się, że plaża jest zdecydowanie ładniejsza niż poprzedniczka – więcej przestrzeni, mniej ludzi, niewzburzona woda. Jedynym mankamentem (przynajmniej dla mnie) była bardzo głośna muzyka zupełnie tam niepotrzebna. Posiedzieliśmy chwilę na plaży i ruszyliśmy następnie w poszukiwaniu dobrego jedzenia.

W Unawatunie wybór lokali jest spory. My zdecydowaliśmy się na taki no name, który był rodzinnym biznesem. Wybór okazał się trafny, bo dostałem pysznego grillowanego steka z tuńczyka, zawiniętego w liść banana. Niestety, ale na wybrzeżu ceny są wyższe, a do tego brakuje miejsc, gdzie serwują kottu. Szukając lokalu do zjedzenia kolacji, poznaliśmy miejsce, gdzie przyrządzane są śniadania. Umówiliśmy się z właścicielem, że następnego dnia na pewno go odwiedzimy. W obliczu braku śniadania w hotelu w sumie nie mieliśmy innego wyjścia.

Po kolacji wróciliśmy do hotelu. W międzyczasie widzieliśmy na plaży tłumy uczniów, którzy tańczyli i śpiewali. Nie wiem co to miało oznaczać, ale jeśli chcieli wywołać deszcz, to ich misja zakończyła się sukcesem – przyszła wielka ulewa.

Dzień 5

Poruszanie się autobusami po Sri Lance opanowaliśmy do perfekcji. Nauczyliśmy się już nawet wskakiwać do jadącego autobusu, a później z niego wyskakiwać w trakcie jazdy. Najgorzej jest przy nieplanowanych przystankach. Tam to już trzeba osiągnąć wyższy poziom akrobatyki. Nam życie było miłe, więc staraliśmy się wysiadać  na „oficjalnych” przystankach, przy których kierowca zwalniał.

Tego dnia czekały nas kolejne przygody w lankijskich „czołgach”. Postanowiliśmy pojeździć trochę wzdłuż wybrzeża i pooglądać inne plaże. Najpierw udaliśmy się do Mirrisy. Bilet autobusowy kosztował nas z Unawatuny 100 lkr. W Mirrisie mieliśmy mały problem z wejściem na plażę. Wszędzie wybudowały się hotele z prywatnymi zejściami. W końcu znaleźliśmy przejście przy restauracji i mogliśmy zacząć rozeznanie. Plaża wydaje się być tej samej wielkości co ta w Unawatunie. Na pewno trudniej jest się kąpać, ponieważ przy brzegu opadają duże fale. Wzdłuż plaży rozstawione są leżaki (prawdopodobnie hotelowe) oraz znajduje się sporo barów i agencji organizujących wycieczki na oglądanie wielorybów. Co ciekawe 20 metrów od brzegu znajduje się wysepka, do której można dojść po płyciźnie. Po przejściu na wysepkę można wejść na punkt widokowy, z którego uzyskuje się widok na plażę od strony oceanu.

Po obejrzeniu plaży w Mirrisie wróciliśmy się do miejscowości przed nią – Weligamy. Bilety tym razem kosztowały nas jedyne 40 lkr. Plaża w Weligamie jest bardzo długa i można ją podzielić na dwie części – turystyczną, niezbyt wielką, gdzie znajduje się wszystko to, co na innych plażach oraz rybacką, znacznie większą, gdzie zacumowane są wszystkie łódki i katamarany. Miłośnicy deski powinni odwiedzić plażę dla turystów ze względu na duże fale, które mogą stanowić dla nich wyzwanie. Ja nie surfuję, więc zdecydowanie mocniej urzekła mnie druga część. Zobaczyliśmy wiele ciekawych i kolorowych łódek, sprzęt rybacki, a także rybackie zdobycze. W tej części jest kilka budek, gdzie sprzedawane są świeżo złowione okazy. Rybki, kalmary, czy krewetki wyglądały tak dobrze, że postanowiliśmy coś zjeść. Podeszliśmy do tematu ostrożnie, bo przypominając sobie ceny owoców morza w restauracjach mogliśmy szybko popłynąć. Zdecydowaliśmy się na jedną większą rybę i średniego kalmara. Gdy zapytaliśmy czy 1000 lkr wystarczy sprzedawca się tylko uśmiechnął i zaczął wrzucać kolejne sztuki na wagę. Ostatecznie w tej cenie, tj. ok. 7,5$ (jakieś 28zł) kupiliśmy 2 średnie kalmary, jedną dużą rybę i dwie średnie. Wszystko przyrządzili na miejscu rybacy, a nam pozostało już tylko dopełnić formalności. To co zjedliśmy było esencją tego, po co się przyjeżdża na Sri Lankę w te rejony. Najedzeni do syta pochodziliśmy jeszcze po plaży w Weligamie, a następnie pojechaliśmy do Galle.

Do Galle z Weligamy jechaliśmy 30 min. Podróż kosztowała 90 lkr. Na miejscu naszym celem było zobaczenie największej atrakcji miasta, czyli Fortu Galle. Wolnym krokiem przeszliśmy po jego murach, obserwując jednocześnie jak fale obijają się o nie. Ponownie lankijscy uczniowie brali udział w jakiś zabawach tańcząc i śpiewając dookoła. Galle Fort jest miłym miejscem na spacer, ale nic ponad to. Przed 19 wróciliśmy do Unawatuny, ponownie autobusem i ponownie za kwotę 40 lkr.

Dzień 6

Ostatni pełny dzień na Sri Lance spędziliśmy w środkach transportu. Ponownie chcieliśmy dostać się do Negombo. Mieliśmy także po raz kolejny zarezerwowany nocleg w tym samym hotelu, co poprzednio. Dostać się z Unawatuny do Negombo można na kilka sposobów. Wszystkie opcje oprócz zamówionego taxi wiążą się z przesiadkami. Przez Unawatunę jeździ bezpośredni bus między Matarą i Colombo. Jeśli z niego skorzystamy będziemy mieli tylko jedną przesiadkę. Nam niestety ten autobus odjechał sprzed nosa, aczkolwiek i tak zamierzaliśmy pojechać pociągiem po wcześniejszym dostaniu się do Galle. Na kolejny autobus nie musieliśmy długo czekać. Przy dworcu autobusowym zakupiliśmy w sklepie słodkie bułki oraz owoce. Później stojąc przed dylematem pociąg, czy autobus zdecydowaliśmy się ostatecznie na ten drugi. Czasowo i finansowo wychodziło tak samo, ale autobus wydawał się tym razem bardziej komfortowy. Do Colombo jechaliśmy trochę ponad 3h. W autobusie przez całą drogę leciała muzyka, a w zasadzie same basy, bo ani melodii, ani słów nie było słychać. Można było dostać świra.

Po przyjeździe do Colombo jednogłośnie stwierdziliśmy, że autobusów na ten jeden dzień nam wystarczy. Przeszliśmy na dworzec kolejowy i tam zakupiliśmy bilety do Negombo za 80 lkr. W pociągu Pandzia zaprzyjaźniła się z lankijską dziewczyną, która opowiedziała trochę o realiach pracy na Sri Lance. Osoba bez wykształcenia otrzymuje za wykonanie zwykłych prac 2500 lkr, natomiast osobom wykształconym i ze znajomością języka angielskiego jest o wiele łatwiej znaleźć pracę, za którą mogą otrzymać 15000 lkr wynagrodzenia. Na koniec rozmowy padło oczywiście pytanie „czy masz facebooka?”, po czym dziewczyna się pożegnała i wyszła z pociągu. Za chwilę dosiadła się druga koleżanka, która właśnie wracała z rozmowy kwalifikacyjnej. Na Sri Lance są dwa etapy rozmowy kwalifikacyjnej. Na pierwszej otrzymuje się oficjalne informacje na temat pracy oraz ustalane są warunki finansowe. Natomiast podczas drugiego etapu sprawdzana jest wiedza kandydata. Dziewczyna zapytała się, co zwiedziliśmy na Sri Lance i śmiała się, że ona mieszkając na Cejlonie jeszcze nigdzie nie była poza Colombo. Na koniec rozmowy dodała, że jak wrócimy kiedyś na Sri Lankę, to na pewno spotkamy się w pociągu.

Po przyjeździe do Negombo przeszliśmy się po zakładach jubilerskich, żeby wymienić kilka dolarów, a następnie udaliśmy się do hotelu. Właściciel nas pamiętał, a nasze zimowe rzeczy nie zginęły. Wieczorem wyszliśmy tylko na ostatnie lankijskie beef kottu oraz świeże wyciskane soki. Po powrocie przyszedł czas na ponowne przepakowanie plecaków. Przed nami pozostała już tylko ostatnia noc na Sri Lance.

Dzień 7

Ostatni dzień na Sri Lance skończył się dla nas przed południem. Wylot z Colombo zaplanowany był na 11:50. Liniami AirAsia polecieliśmy poznawać kolejny nieodkryty jeszcze przez nas zakątek świata – Malezję.

Na międzynarodowe lotnisko Colombo dojechaliśmy tym razem publicznym autobusem z Negombo za 50 lkr. Jest to bez wątpienia najtańsza opcja dostania się na lotnisko. Za pierwszym razem jechaliśmy zbyt wcześnie, żeby załapać się na ten autobus. Tym razem lot odbywał się o normalnej porze, dlatego bez kłopotów mogliśmy z niego skorzystać. Mankamentem tego rozwiązania jest fakt, że autobus nie dojeżdża do samego lotniska. Od ostatniego przystanku do portu lotniczego trzeba jeszcze przejść około kilometra albo podjechać tuk tukiem za 50 rupii.

Ciężko jest mi ocenić Sri Lankę. Z jednej strony to fantastyczne, różnorodne miejsce, a z drugiej chaotyczne i pełne interesownych ludzi. Nigdy nie zapomnę czasu spędzonego w pociągu, czy autobusie, ciągłego odpowiadania na bezinteresowne „hello”, krajobrazów, świątyń, czy poczucia wolności, którego tutaj można łatwo doznać. Z drugiej strony wciąż w pamięci będę miał naganiaczy, którzy utrudniali cieszenie się z pobytu; wielu ludzi pseudopomocnych, którzy za każdą przysługę chcieli pieniędzy; ściemniaczy przede wszystkim w osobach kierowców tuk tuków. Naprawdę wielu Lankijczyków widzi w turystach tylko pieniądz. Niektóre kobiety potrafią udawać za forsę zbieraczki herbaty, a niektórzy mężczyźni rybaków. Niszczą tym samym symbole Sri Lanki. Najgorsi są jednak Ci, którzy wysyłają własne dzieci, żeby krzyczały „money please”. Często bywało, że ustalona cena za coś się magicznie mnożyła. Po pewnym czasie straciłem resztki zaufania do tych ludzi i rozmawiałem z nimi z dystansem albo bezczelnie odchodziłem bez słowa. Po prostu usłyszane „Can I help you, sir?” było sygnałem do ucieczki. Jednak prawdziwie pomocnych i bezinteresownych ludzi także spotykaliśmy. Były to zazwyczaj pracujące osoby, wielu w naszym wieku, a także ludzie starsi, którzy koniecznie musieli wiedzieć skąd jesteśmy. Nie mieli oni żadnego zarobku z turystów, po prostu chcieli zagadać i czegoś się o nas dowiedzieć. Potrafili podpowiedzieć jak się gdzieś dostać, gdzie wymienić pieniądze itp. Najwięcej takich sytuacji było w 3 klasie pociągów, którymi się poruszaliśmy. Niestety, ale Lankijczycy nie mają kultury osobistej. Może to taki styl i tradycja, ale nie potrafią dbać o porządek (wszędzie wszystko wyrzucają choć śmietników pełno dookoła). Ludzie młodzi nie szanują starszych. Nie ustępują im miejsca w pociągach czy autobusach. To samo tyczy się starszych mężczyzn względem kobiet. Niektórzy potrafili stratować grupę ludzi, żeby tylko wrzucić torbę przez okno pociągu i zająć sobie miejsce. Tym samym każdego dnia piękne obrazy mieszały się z tymi, które ciężko akceptować. Myślę, że właśnie tak zapamiętam Sri Lankę – jako piękny obraz ze skazą, którą mam nadzieję uda się jeszcze z tego obrazu usunąć.

Koszty na Sri Lance:

1. Hotele (w większości ze śniadaniami): 45355 lkr.
2. Transport  (pociągi, autobusy, tuk tuki): 13060 lkr.
3. Jedzenie: 22950 lkr.
4. Bilety wstępów/atrakcje: 32800 lkr.
5. Inne: 5307 lkr.

Łącznie: 119 472 lkr (3250 zł)

Do tego dochodzą bilety lotnicze z Dubaju do Colombo – 1120 zł oraz wiza na Sri Lankę za 60$.

W przeliczeniu na złotówki za pobyt 17-dniowy zapłaciliśmy łącznie: ok. 4590 zł, czyli na osobę 2295 zł. Na pewno cenę można zbić na hotelach i jedzeniu. Atrakcje mają niestety oficjalne stawki, które są dla turystów niezmienne.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *